Bloog Wirtualna Polska
Są 1 202 593 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Prokuratura do zadań specjalnych

piątek, 03 lutego 2012 4:49

Prokuratura do zadań specjalnych

10 wrz 08, 07:00 Dorota Kania / Gazeta Polska

Takie zdanie coraz częściej można usłyszeć od śledczych, którzy w swoim zawodzie pracują od upadku komunizmu. Ich zdaniem cała energia kierownictwa resortu sprawiedliwości skupia się na sprawach politycznych, a pozostałe są zaniedbywane.

Zdaniem naszych rozmówców z Ministerstwa Sprawiedliwości klasyczny przykład skrajnego upolitycznienia prokuratury stanowi Płock, gdzie szefem jest Waldemar Osowiecki, nominowany na stanowisko za czasów, gdy ministrem sprawiedliwości i prokuratorem generalnym był Zbigniew Ziobro. Teraz płocka prokuratura znalazła się na pierwszej linii frontu wojny PO z PiS i jest jednym z najgorliwszych „żołnierzy” w tej walce.

– Niewykluczone, że uległa postawa prokuratora Osowieckiego wynika z chęci zachowania stanowiska za wszelką cenę i otrzymanie awansu na stopień prokuratora apelacyjnego, a później krajowego. Istotne znaczenie ma też jego zażyła znajomość z szefem Prokuratury Krajowej Markiem Staszakiem. Nie jest przecież tajemnicą, że obydwaj panowie uczestniczą w suto zakrapianych libacjach, gdzie są wymieniane nie tylko poglądy towarzyskie – twierdzą nasi rozmówcy.

Płynąć z prądem

Jak ustaliliśmy, Waldemar Osowiecki do pracy w prokuraturze przyszedł w końcu lat 80. Wyraził wówczas chęć wstąpienia do PZPR i jako kandydat do partii uczestniczył w kursach marksizmu-leninizmu. Pełnoprawnym członkiem PZPR nigdy jednak nie został – na przeszkodzie stanął "okrągły stół" i samorozwiązanie PZPR.

W pierwszej połowie lat 90. Waldemar Osowiecki pracował w Prokuraturze Wojewódzkiej w Warszawie, później został szefem Prokuratury Rejonowej w Wyszkowie.

– Zawsze miał bardzo dobre kontakty z ludowcami i zawsze dobrze żył z lokalną władzą – wspomina jeden z kolegów Osowieckiego.

Nazwisko szefa wyszkowskiej prokuratury stało się głośne jesienią 1999 r. po śmierci Bartłomieja Frykowskiego, który – według śledczych – popełnił samobójstwo, zadając sobie śmiertelny cios nożem w brzuch w domu Karoliny Wajdy, córki Andrzeja Wajdy i Beaty Tyszkiewicz. Waldemar Osowiecki nadzorował śledztwo w tej sprawie i zaakceptował decyzję o umorzeniu postępowania.

Przez lata wyszkowska prokuratura cieszyła się złą sławą. Miejscowe organy ścigania nie mogły sobie poradzić z niezwykle groźnym gangiem Sławomira O. ps. "Uchal". To właśnie bandyci z tej grupy w 1998 r. ciężko pobili kijami bejsbolowymi wyszkowskiego prokuratora Zbigniewa Siejbika, który prowadził śledztwo w sprawie gangu. Jednak nawet tak drastyczne wydarzenie nie przyczyniło się do zdecydowanej reakcji policji i prokuratury.

– Porządki w Wyszkowie zaczęto zaprowadzać dopiero wtedy, gdy ministrem sprawiedliwości został Lech Kaczyński – zauważyła w kwietniu 2005 r. "Gazeta Stołeczna" po wielkiej akcji policji, podczas której zatrzymano kilkudziesięciu gangsterów.

– Wcześniej rozbicie gangu nie było możliwe, bo miejscowi policjanci z nami współpracowali – zeznali na procesie członkowie grupy "Uchala".

"Gazeta Polska" dotarła do świadków koronnych, których zeznania przyczyniły się do rozbicia gangu.

– Korupcja w wyszkowskiej policji była na niespotykaną skalę, mieliśmy na bieżąco informacje o planowanych przeciwko nam akcjach. Znaliśmy się z policjantami i prokuratorami, wiele razy wspólnie rozgrywaliśmy mecze piłkarskie i prawie zawsze w drużynie grał prokurator Waldemar Osowiecki. Można powiedzieć, że był nawet z nami zaprzyjaźniony – mówi nam jeden ze świadków koronnych.

Waldemar Osowiecki (szef wyszkowskiej prokuratury w latach 1998–2001) zeznawał na procesie policjantów oskarżonych o korupcję i współpracę z gangsterami. Zeznania były korzystne dla policjantów i byłego szefa wyszkowskiej policji Andrzeja Sz., z którym – jak zeznał prokurator Osowiecki – współpraca układała się bardzo dobrze.

Do ostatecznego rozbicia wyszkowskiego gangu doszło dopiero w 2005 r., po zmianie kierownictwa wyszkowskiej komendy i prokuratury.

Poprawność polityczna

Waldemar Osowiecki jako szef płockiej prokuratury nadzorował postępowanie prowadzone przez śledczych w Gostyninie z zawiadomienia żony szefa PSL, a obecnie wicepremiera Waldemara Pawlaka. Według Elżbiety Pawlak mąż i teściowie znęcali się nad nią psychicznie. Ostatecznie sprawa została umorzona 29 czerwca 2006 r.

Kolejną umorzoną sprawą, którą prowadziła płocka prokuratura, a w której pojawiły się nazwiska polityków, było śledztwo w sprawie mafii paliwowej.

W czerwcu ubiegłego roku zarzut składania fałszywych zeznań usłyszała Maria Oleksy, żona byłego premiera.

Chodziło o jej zeznania z listopada 2006 r., w których powiedziała, że nie miała wiedzy na temat swego członkostwa w radzie nadzorczej firmy Pollex. Tymczasem materiały zebrane w śledztwie jednoznacznie wskazywały, że Maria Oleksy za zasiadanie w radzie nadzorczej Polleksu otrzymywała wynagrodzenie.

Rok temu, w lipcu 2007 r., czyli miesiąc po postawieniu zarzutów, Prokuratura Rejonowa w Płocku umorzyła śledztwo przeciwko Marii Oleksy. Jak poinformował Waldemar Osowiecki, podstawą umorzenia była znikoma szkodliwość społeczna czynu.

Co ciekawe, śledztwo w tej sprawie było jednym z wątków postępowania dotyczącego mafii paliwowej, prowadzonego przez Prokuraturę Apelacyjną w Krakowie, w którym powołany został zespół prokuratorski, w tym z udziałem prokuratora Prokuratury Okręgowej w Płocku.Właśnie z tego postępowania wyłączono do odrębnego zbadania sprawę fałszywych zeznań Marii Oleksy i przekazano ją płockiej prokuraturze. Informacja o powiązaniach Marii Oleksy ze spółką Pollex znalazła się w Raporcie sejmowej komisji śledczej ds. PKN Orlen z września 2005 r. w części "Ujawnione powiązania przedstawicieli świata polityki ze spółkami paliwowymi". "Spółka Pollex, jak wynika z materiałów śledztwa Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie, była zamieszana w aferę paliwową, a jej właściciele skazani prawomocnymi wyrokami sądu za wyłudzenie ok. 42 milionów złotych na szkodę rafinerii Glimar" – napisano w raporcie sejmowej komisji śledczej ds. PKN Orlen.

Autor: Dorota Kania Źródła: Gazeta Polska


Podziel się
oceń
0
2

komentarze (5) | dodaj komentarz

Przejażdżka, której nie było czyli historia prowokacji politycznej wobec M.Ostrowskiej

wtorek, 22 listopada 2011 4:57

Przejażdżka, której nie było czyli historia prowokacji politycznej wobec M.Ostrowskiej

Tomasz Słomczyński

2010-10-01 11:36:38, aktualizacja: 2010-10-01 12:14:22

Za sprawą fałszywych zeznań Małgorzata Ostrowska znalazła się na trzy lata w politycznym czyśćcu. Historię prowokacji wobec byłej posłanki lewicy - przypomina Tomasz Słomczyński

Ostatni dzień marca 2007 roku. Sejm, konferencja prasowa ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry. Pewny siebie polityk trzyma w ręku zadrukowane kartki papieru.

- To jest wniosek o pozbawienie immunitetu posłanki SLD Małgorzaty Ostrowskiej - mówi do zgromadzonego tłumu dziennikarzy, operatorów kamer, dźwiękowców. - Proszę państwa, nie ma wątpliwości, że posłanka Ostrowska ma związek z aferą paliwową
Zebraliśmy materiał pozwalający postawić jej zarzut przyjęcia korzyści majątkowej w wysokości przynajmniej 105 tys. zł.
W tym momencie słychać szum, jakby z boku, poza kadrem. Minister, dotychczas patrzący wprost do kamer, spogląda w stronę, skąd dobiega hałas. Dziennikarze przepychają się, wszyscy gwałtownie obracają się w stronę, skąd dobiega głos.

- Niech pan nie kłamie! Niech pan nie kłamie! - Małgorzata Ostrowska jest wyraźnie zdenerwowana. Krzyczy. Błyskają flesze. Za kobietą stoi poseł SLD Piotr Gadzinowski.
- Pan bezczelnie okłamuje społeczeństwo - krzyczy w stronę ministra sprawiedliwości.
Serwisy podają informację dnia: "Małgorzata Ostrowska jest podejrzewana o wzięcie łapówki od jednego z baronów paliwowych, Piotra K. Posłankę SLD mają obciążać m.in. zeznania byłego komendanta policji w Malborku Piotra M". "Są to dowody, które robią wrażenie" - ocenił Ziobro.
Zastępca prokuratora generalnego Jerzy Engelking stwierdził, że zebrane dowody przeciwko Ostrowskiej wystarczyłyby "do przedstawienia zarzutów dwóm, a nie jednej osobie".
Wówczas aferę paliwową rozpracowywał specjalny zespół krakowskich śledczych, którymi dowodził prokurator Marek Wełna. Został wyznaczony do tej roli przez samego ministra sprawiedliwości.

***
Piotr K., z wykształcenia technik mechanik, z zawodu biznesmen. Posiada obywatelstwo polskie i niemieckie. Przez dziennikarzy nazywany królem Sztumu, baronem paliwowym, działalność biznesową rozpoczął w połowie lat 90. Na początku jego firma zajmowała się budowami, przekopami. Pod koniec dekady uzyskał koncesję na obrót paliwami ciekłymi. Prokuratorzy wyliczyli, że do czasu zatrzymania w 2002 roku naraził Skarb Państwa na straty przekraczające 200 mln zł. Jak to zrobił? W "nielegalnym obrocie paliwami" chodzi o to, żeby kupić olej opałowy - tańszy, bez akcyzy i sprzedać go jako olej napędowy - znacznie droższy. Piotr K. stosował przy tym dwie metody: pierwsza polegała na odbarwianiu legalnie zakupionego oleju opałowego, druga na komponowaniu oleju napędowego z produktów ropopochodnych". Trudno to robić po cichu, metodą partyzancką. Potrzebne są tzw. mieszalnie. Piotr K. miał mieszalnię w miejscowości Stanowo. Potrzebował ochrony ze strony policji, potrzebował informacji, czy organy ścigania nie trafiły na ślad nielegalnego procederu. Prokuratorzy ustalili, że funkcjonariuszom płacił gotówką, paliwem, sprzedawał im samochody "po preferencyjnych cenach". Sami policjanci jednak do niczego się nie przyznali.
Piotrowi K. groziło nawet 15 lat pozbawienia wolności. Za współpracę ze śledczymi uzyskał jednak nadzwyczajne złagodzenie kary - trzy i pół roku więzienia. Odsiedział w sumie 27 miesięcy. Pozwolono mu opuścić granice Polski. Obecnie przebywa w Niemczech.
***
Co miała z tym wspólnego Małgorzata Ostrowska? Jeśli chodzi o obrót paliwami, to w zasadzie nic.
- Nigdy nie zaprzeczałam, że Piotr K. był u mnie w biurze. Przyprowadził go Piotr M., ówczesny komendant policji w Malborku. To było normalne, umówione spotkanie w biurze poselskim. Pierwszy raz na oczy faceta widziałam. Zero podejrzeń. Przyszedł normalny, dobrze ubrany facet w towarzystwie komendanta policji.
Został mi przedstawiony jako pan, który chce inwestować.
Piotr K. chciał rozwijać skrzydła - tak mówił posłance. W rzeczywistości musiał gdzieś zainwestować duże pieniądze, które zarobił w na obrocie paliwem. Myślał o sprowadzaniu węgla z obwodu kalinin-gradzkiego. Potrzebował nadrzecznego terenu pod przeładunek - upatrzył sobie działkę po upadłym zakładzie lniarskim Markop. Tylko, że tą samą nieruchomością interesowała się gmina. Potrzebne mu było wstawiennictwo kogoś ważnego.
Z Ostrowską rozmawiał o możliwościach nabycia działki, o zagospodarowaniu przestrzennym, o wymogach formalnych dla takiej transakcji. Spotkanie nie trwało dłużej jak pół godziny.

***
Jak wynika z aktu oskarżenia: "W czasie spotkania w biurze poselskim Piotr K. wręczył osobiście Małgorzacie Ostrowskiej, w obecności Piotra M., kwotę 5 tys. zł ze wskazaniem, że stanowi ona nieformalne dofinansowanie biura. Do przekazania kolejnej kwoty gotówki doszło za pośrednictwem Piotra M., któremu na ten cel Piotr K. wręczył łącznie 150 tys. zł. Z otrzymanej od P. K. kwoty Piotr M. przekazał Małgorzacie Ostrowskiej co najmniej 100 tys. zł w jej mieszkaniu, w czasie osobistej w nim wizyty".
Gdzie podziało się 50 tys. zł? Tego prokuratorzy nie ustalili.
Piotr K. nigdy - poza przyznaniem się do 5 tys. zł zostawionych w biurze poselskim - nie twierdził, że osobiście proponował czy przekazywał łapówkę Ostrowskiej. Wszystko miało odbywać się za pośrednictwem komendanta sztumskiej policji, Piotra M.
***
Zeznania Piotra K. prokuratorzy mieli już w 2005 roku. Jeśli miałyby one posłużyć do sformułowania oskarżenia przeciw Ostrowskiej, musiałyby zostać potwierdzone przez kogoś jeszcze, najlepiej samego Piotra M. Śledczy czekali na to ponad rok.
Piotr M. został zatrzymany 17 maja 2006 roku. Na początku nie wspominał o łapówce dla posłanki. Prokuratorzy postanowili doprowadzić do konfrontacji między policjantem i paliwowym przedsiębiorcą.Doszło do niej w sierpniu 2006 r. w gmachu krakowskiej prokuratury. Piotr M. dowiedział się wówczas, że paliwowy baron opowiedział śledczym historię wręczania łapówek Ostrowskiej, w której on sam miał odegrać rolę pośrednika i posłańca.
Mijają dwa miesiące, podczas których były policjant siedzi w areszcie śledczym. W październiku 2006 zeznaje prokurator Katarzynie Płończak, że wręczył łapówkę Ostrowskiej. Mówi wówczas: "Wychodząc z komendy, zaszedłem do Sławka T. i poprosiłem go, żeby ze mną pojechał, bo mam w mieście ważną sprawę do załatwienia. Kiedy wszedłem do niego, miałem w ręku tę reklamówkę (…). Zaparkowałem pod blokiem Ostrowskiej, w czasie drogi nie rozmawiałem ze Sławkiem T. o tym. On o nic mnie nie pytał. Pieniądze leżały na tylnym siedzeniu w reklamówce, wyszedłem z samochodu, zabrałem pieniądze, po wejściu do mieszkania zostałem poproszony o wejście do pokoju stołowego, gdzie na stojąco przekazałem do ręki pani poseł Małgorzacie Ostrowskiej wszystkie pieniądze. Ona zajrzała do siatki, zerknęła na zawartość. Nic nie powiedziała. Nie wyglądała absolutnie na zaskoczoną. Następnie powiedziałem do niej, że ja znikam, bo naprawdę nie mam czasu. Podziękowała i wyszedłem. Pojechałem następnie [ze Sławomirem T. - przyp. red.] do restauracji Zamkowa w Malborku na kawę. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym, i w pewnym momencie mnie zapytał, co takiego załatwiałem z Ostrowską dla Piotra K. Powiedziałem, że załatwiłem jedną bardzo ważną sprawę, ale nie mogę mu teraz o tym powiedzieć . Wstyd mi było nawet przed najbliższym kolegą".
Ostatnie zeznania policjanta miały miejsce 11 grudnia 2006 roku. Po tygodniu jego obrońca złożył wniosek o wypuszczenie z aresztu. Piotr M. spędził święta w domu.Miałem czas, więc się zgodziłem. Wsiedliśmy do samochodu Piotra i w czasie drogi powiedział mi, że jedziemy do poseł Małgorzaty Ostrowskiej. (…) Piotr wysiadł z samochodu, miał w ręce pakunek, taki z reklamówki. (…) Ja zostałem w samochodzie, Piotr wszedł do klatki schodowej tego budynku (…). Nie było go chwilę, kiedy wrócił, zaproponował, żebyśmy podjechali do restauracji Zamkowa na kawę. Zapytałem go, co też załatwiał z panią poseł, na co on mi odpowiedział, że załatwiał coś dla Piotra K. Pytałem go, o co chodziło, ale bliższych szczegółów nie chciał mi podać, więc nie naciskałem".
Sławomir T. nie pamięta, jaki to był miesiąc - mówi, że to było lato. Nie pamięta, jaki dzień tygodnia, poza tym, że roboczy - był wówczas w pracy.

***
Ten właśnie materiał zrobił tak duże wrażenie na ministrze sprawiedliwości, kiedy wnioskował o odebranie immunitetu posłance Ostrowskiej.
Małgorzata Ostrowska jeszcze po trzech latach nie kryje satysfakcji, kiedy o tym wspomina.
- Odbyło się głosowanie w Sejmie, korzystne dla mnie. Nawet posłowie ówczesnej koalicji PiS - LPR - Samoobrona głosowali przeciw. Na sali sejmowej miałam wtedy kosmetyczkę, w której były rzeczy osobiste i lekarstwa, bo nie wiedziałam, czy - jeśli Sejm zagłosuje za odebraniem immunitetu - nie wyprowadzą mnie w kajdankach.

***
W sierpniu 2007 r. zostaje rozwiązany Sejm. We wrześniowych wyborach Małgorzata Ostrowska nie uzyskuje mandatu poselskiego i przestaje być chroniona immunitetem. To kolejny etap opowieści posłanki.
- Następnego dnia po wygaśnięciu mojego mandatu zgłosiłam się do prokuratury w Krakowie. Wszystkie lokalne i ogólnopolskie media o tym wiedziały. To był dla mnie szok. Ciekawe, skąd dziennikarze wiedzieli, że będę jechać do Krakowa do prokuratury? Na spotkanie umawiałam się tylko z panią prokurator. Cały dzień przedtem "Fakt" stał pod moim domem. To było najgorsze... Człowiek nie wiedział - dlaczego stoją? Może zaraz ktoś zapuka, wejdzie, wyprowadzi mnie w kajdankach, a oni mają o tym cynk, chcą zrobić zdjęcia... Takie myśli krążyły po głowie. Mąż mnie uspokajał. Potem ci z "Faktu" jechali za mną samochodem do dworca. W Krakowie też już czekali. To było obrzydliwe. Złożyłam wyjaśnienia, żadnego wniosku o areszt nie było, wróciłam do domu. I tyle.

***
We wrześniu 2007 Zbigniew Ziobro przestaje być ministrem sprawiedliwości. W aktach sprawy pojawiają się wówczas dwa lakoniczne oświadczenia odwołujące wcześniejsze zeznania dotyczące łapówki dla Ostrowskiej. Ich autorzy: Piotr M. i Sławomir T. zapowiadają, że szerszych wyjaśnień udzielą przed sądem, wtedy, gdy rozpocznie się proces.***
Jesienią 2009 roku rusza proces. Na ławie oskarżonych zasiada sześć osób, wśród nich Małgorzata Ostrowska - oskarżona o przyjęcie łapówki, Piotr M. - oskarżony o wręczenie łapówki i "współpracę" z Piotrem K. oraz Sławomir T. - oskarżony o "współpracę" z Piotrem K. Proces rozpoczyna się od zeznań oskarżonych.
Zeznaje Piotr M.:
- Uważam, że moje zatrzymanie, aresztowanie miało tylko jeden cel - pani poseł Małgorzata Ostrowska.Kierując się własną ludzką słabością, której ogromnie żałuję, podjąłem taką, a nie inną decyzję. Przed świętami do aresztu przyszła pani prokurator. Zapytała, czy widziałem w telewizji posła Pęczaka...
Andrzej Pęczak, znany polityk SLD, został tymczasowo aresztowany w listopadzie 2004 roku w związku z zarzutami korupcyjnymi. W grudniu 2007, kiedy Piotr M. rozmawiał z prokurator Katarzyną Płończak, media pokazały polityka, który schudł i podupadł na zdrowiu w areszcie śledczym.
- Szkoda tak wyglądać, mówiła pani prokurator. Czy nie lepiej wrócić do domu, do rodziny, do dzieci? Przyzna się pan do zarzutu wręczenia pieniędzy pani Ostrowskiej, wyjaśni ten proceder, mnie potrzeba będzie trochę czasu do zweryfikowania tych wyjaśnień i do świąt Bożego Narodzenia jest pan w domu.
Piotr M. mówi z trudem. Z jednej strony sali patrzy na niego Małgorzata Ostrowska, z drugiej prokurator Katarzyna Płończak.
- Przez siedem miesięcy w areszcie miałem do czynienia ze skazanymi za zabójstwa. Gdy dowiedzieli się, że jestem policjantem musiałem walczyć o życie. Moja sytuacja za kratami była gorsza niż pedofila. Za obietnicę wyjścia z aresztu zgodziłem się ześwinić. Obciążyłem Małgorzatę Ostrowską.
Gdy to mówi, siedząca na ławie oskarżonych posłanka wyciera łzy.
Po Piotrze M. zeznaje w gdańskim sądzie Sławomir T. On również wycofuje wszystkie zeznania obciążające posłankę. Przeprasza Małgorzatę Ostrowską. Mówi, że wstydzi się tego, co zrobił. Podkreśla, że żadnej przejażdżki do Malborka nie było, nigdy nie było żadnej reklamówki na tylnym siedzeniu. Obaj oskarżeni ustalili między sobą te zeznania. Sławomir T. mówił, że prokuratorskie sugestie, kogo obciążyć, żeby wyjść na wolność, były bardzo czytelne.***
Wówczas - jesienią ubiegłego roku z trzech zeznań, które miały obciążyć posłankę, zostało już tylko jedno - zeznanie Piotra K. Materiał wskazujący na łapówkę w wysokości "przynajmniej 105 tys. zł" skurczył się do zeznań wskazujących na 5 tys. zł pozostawionych w biurze posłanki przez Piotra K.
Po roku od rozpoczęcia procesu zdetronizowany już "król Sztumu" został wezwany na świadka.20 września 2010 roku stanął przed gdańskim sądem. Przyjechał z Niemiec.
- Ja osobiście pani Małgorzacie Ostrowskiej nigdy nie przekazywałem żadnych korzyści majątkowych. Nie proponowałem jej żadnej tego typu korzyści. Była sytuacja [w której zapytałem] czy mogę dofinansować biuro poselskie pani Ostrowskiej. Pani Małgorzata Ostrowska odpowiedziała, że w żadnym przypadku. Przypominam sobie dokładnie, że kiedy wychodziłem z biura poselskiego, pani Małgorzata Ostrowska pierwsza wyszła z biura, a następnie wyszedł Piotr M., ja jeszcze brałem neseser i wyjąłem w kopercie 5 tys. zł i położyłem je na biurku. Z całą pewnością stwierdzam, że pani Małgorzata Ostrowska nie widziała tego jak zostawiałem te pieniądze.
- Nigdy nie widziałam żadnej koperty. Nie wiem dlaczego on opowiada takie rzeczy - mówiła po rozprawie posłanka. - Nie znalazłam w biurze żadnych 5 tysięcy. Nigdy nie wzięłam żadnej łapówki.

***
Od wybuchu afery minęło trzy i pół roku. Dziś już wiemy, że nie ma mocnych dowodów na to, że Małgorzata Ostrowska przyjęła łapówkę - bo przecież "pozostawienie koperty", której nikt nie widział, trudno uznać za wiarygodny dowód...
- Ostatnie lata to nie był dobry czas - mówi Ostrowska. - Ale nie poddaję się Piotrowi K. i spółce... Wracam do polityki. Będę w nadchodzących wyborach ubiegała się o mandat do Sejmiku Województwa Pomorskiego, będę startowała na stanowisko burmistrza Malborka.

***
Prawdziwy happy end dla Małgorzaty Ostrowskiej nastąpi po prawomocnym wyroku sądu. Czyli za kilka lub kilkanaście lat, zważywszy na to, że do przesłuchania jest jeszcze ponad stu świadków, że pierwszy wyrok będzie nieprawomocny, że strony będą mogły składać apelacje, a sąd może nakazać powtórne przeprowadzenie całego procesu.

***
Pod koniec 2008 roku o tzw. naciskach zrobiło się głośno. Na krótki moment, kiedy krajowe serwisy informacyjne obiegła informacja o tym, że...
"Marek Wełna, były szef zespołu tropiącego mafię paliwową, był dwa razy przesłuchiwany przez Prokuraturę Okręgową w Płocku. Twierdzi, że ciągle naciskano na niego na gromadzenie i analizowanie dowodów obciążających ludzi lewicy - ówczesnych posłów SLD, m.in. Małgorzatę Ostrowską".
"...Były minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro (PiS) zaprzecza, by naciskał na zespół prokuratorski badający mafię paliwową, by ten zajmował się politykami związanymi z lewicą. Przyznał jednak, że oczekiwał od Wełny, by przyspieszył pracę nad śledztwem dotyczącym mafii paliwowej. Ziobro zaznaczył, że działał w interesie publicznym...".
"...Jarosław Kaczyński powiedział przed sejmową komisją śledczą ds. nacisków, że nic nie wie o naciskach na prokuratorów, m.in. na Marka Wełnę. - Nic o tego typu naciskach nie wiem, uważam je za wysoce nieprawdopodobne - podkreślił J. Kaczyński".***
Piotr K. - mieszka w Niemczech, stawia się na rozprawy w charakterze świadka, zajmuje się biznesem.
Piotr M. - jest emerytowanym policjantem, zasiada na ławie oskarżonych w trwającym procesie.
Sławomir T. - również jest emerytowanym policjantem, również zasiada na ławie oskarżonych w trwającym procesie, wykonuje zawód doradcy finansowego.
Prokurator Marek Wełna - w maju 2010 stracił stanowisko zastępcy prokuratora apelacyjnego w Krakowie. Obecnie pracuje jako szeregowy prokurator w Wydziale Nadzoru nad Postępowaniem Przygotowawczym.
Prokurator Katarzyna Płończak - w maju 2010 awansowała z szeregowego prokuratora na stanowisko naczelnika Wydziału ds. Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji.

Link http://www.dziennikbaltycki.pl/rejsy/314581,przejazdzka-ktorej-nie-bylo-czyli-historia-prowokacji,7,id,t,sa.html

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Z BARONA cham - Tygodnik NIE

wtorek, 22 listopada 2011 4:22

Z BARONA cham

Numer: 42/2009
Autor: MATEUSZ CIEŚLAK
Strona: 6

MATEUSZ CIEŚLAK

Z BARONA cham

Nie ma żadnej mafii paliwowej – ustalił sąd,potwierdzając to, co „NIE” pisze od dawna.

W zeszłym tygodniu sąd oczyścił ze wszystkich zarzutów biznesmena Adama B., który miał być jednym ze śląskich baronów paliwowych. Powoli pryska mit mafii paliwowej istniejącej jedynie w wypowiedziach niektórych polityków, żądnych kariery prokuratorów i usłużnych wobec nich dziennikarzy. Zamiast sukcesu w zwalczaniu rzekomej organizacji przestępczej szykuje się totalna kompromitacja organów ścigania i miliardowe rekompensaty za nielegalne aresztowania, bezprawne konfiskaty majątków i bankructwa.
•••
Zacznijmy od definicji słowa mafia. Jest to rozgałęziona i potężna organizacja przestępcza, posiadająca wpływy w organach ścigania, wymiarze sprawiedliwości i wśród polityków. Ma strukturę hierarchiczną: szef, zarząd, kierownicy działów i obszarów itd. Czyli jest to coś więcej niż banda czy gang. Mafia paliwowa miała być jakąś podziemną organizacją, która tworzyła firmy handlujące paliwami i zarabiała, popełniając przestępstwa. Były one następujące: wprowadzanie lewego paliwa do sprzedaży, fałszowanie faktur, uchylanie się od płacenia akcyzy, wyłudzanie podatku VAT.
•••
Przed laty „Wprost” (nr 10/2001) pisał: Największa afera gospodarcza III RP. Około miliarda złotych stracił w ubiegłym roku skarb państwa i prywatne firmy w wyniku oszustw dokonywanych przez grupę „przedsiębiorców” działających w sektorze paliwowym. Według szacunków Ministerstwa Finansów, z powodu niezapłaconych podatków pośrednich za paliwa budżet państwa traci rocznie około 500 mln zł. W oszustwa paliwowe zamieszani są najwięksi importerzy paliw, politycy, sędziowie i prokuratorzy.
Sejm powołał komisję śledczą badającą tzw. aferę orlenowską. Przy okazji postawiono tezę, iż mafia paliwowa od co najmniej 1998 r. tworzyła ogólnopolską zorganizowaną strukturę (pisała Julia Jaskólska w Rydzykowym „Naszym Dzienniku” w 2001 r.).
•••
Wśród głównych tropicieli mafii paliwowej znajdował się Antoni Macierewicz. Skłaniał się ku tezie, że ta złowroga hydra zżerająca od wewnątrz państwo polskie, została nam zafundowana przez Rosjan. W proceder były zaangażowane Wojskowe Służby Informacyjne i m.in. dlatego trzeba je było zlikwidować. Temu swojemu przekonaniu Macierewicz wielokrotnie dawał wyraz. W lecie 2007 r. telewidzowie, którzy włączyli TVP 1 i obejrzeli program „Forum”, mogli się dowiedzieć, co Macierewicz sądzi na temat prób przejęcia polskiego sektora paliwowego przez rosyjskie służby specjalne oraz zaangażowania WSI w budowę mafii paliwowej.
Pod koniec rządów SLD powołano specjalną grupę do spraw mafii paliwowej. Na jej czele stanął bohater wojny toczonej z mafią paliwową – wielokrotnie opisywany w tygodniku „NIE” Marek Wełna z Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie. Ogromną wagę do działań tego zespołu przywiązywał minister Zbigniew Ziobro.
Mafię paliwową wykorzystywano w walce politycznej. Ziobro polecił pokazać akta śledztwa paliwowego Jarosławowi Kaczyńskiemu, gdy ten jeszcze nie był premierem, lecz tylko prezesem PiS. Zaś kilku rzekomych mafiosów paliwowych ujawniło, że prokuratorzy namawiali ich, by w zeznaniach obciążyli polityków lewicy.
•••
Szefów firm oskarżonych o przynależność do mafii paliwowej nazwano baronami. Baronów wsadzano do aresztów, zabierano im to, co posiadali, ich pozamykane na kłódkę firmy padały. Po latach okazywało się, że nie wszyscy baronowie byli baronami, nie wszystkie firmy przykrywkami do prowadzenia działalności przestępczej, nie wszystkie transakcje były nielegalne, nie każde paliwo chrzczone. Przykład: w lecie tego roku w Ostrowcu Świętokrzyskim prokurator (kolejny oddelegowany do prowadzenia sprawy) umorzył jedno z największych śledztw w kraju dotyczących tzw. mafii paliwowej. Oczyszczeni z zarzutów przedsiębiorcy odzyskali zabrane im kilkadziesiąt milionów złotych, samolot, helikopter, jacht. Swoją drogą, przy wielu śledztwach dotyczących przestępstw paliwowych pojawia się stwierdzenie: jedno z największych w kraju. Prawie zawsze bowiem chodzi o dziesiątki albo i setki milionów złotych.
•••
Jakie metody stosowano, by dopaść baronów rzekomej mafii paliwowej? Przyjrzyjmy się najpierw stronie prawnej zagadnienia. Prokurator Jacek Kępa z Prokuratury Rejonowej Katowice-Wschód pisał tak (Postanowienie o umorzeniu śledztwa, sygnatura akt 1 Ds. 401/09): Głównym zarzutem w tzw. sprawach paliwowych przedstawianym zazwyczaj oskarżonym jest oszustwo popełniane na szkodę Skarbu Państwa, związane z wyłudzeniem zwrotu podatku VAT oraz z niepłaceniem podatku VAT i akcyzy.
Z pozoru wygląda to na wykroczenia podatkowe określone w ustawie karno-skarbowej. No, ale wówczas po baronów nie można by wysyłać plutonów antyterrorystycznych, rzucać na glebę, skutych kajdankami sprowadzać na przesłuchanie, a wreszcie wsadzać do aresztów.
Prokuratura sobie poradziła z tym problemem, a jak, to wyjaśnił prokurator Marek Wełna. W swych wyjaśnieniach był szczery do bólu. Na szczerość pozwolił sobie zapewne dlatego, że mówił dla czytelników niskonakładowego „Czasu Bocheńskiego” (czerwiec 2006 r.). A oto, co powiedział:
Wełna: Popatrzyłem na tę sprawę z nieco innej optyki, niż prokuratorzy prowadzący podobne sprawy w kraju. Oni patrzyli na nią przez pryzmat przepisów karno-skarbowych, ja przez pryzmat kodeksu karnego. To powoduje pewną bardzo istotną różnicę.
Gazeta: Jaką?
Wełna: W zakresie, o którym mówimy polskie prawo karne charakteryzuje pewien dualizm. Chodzi o to, że podobne typy przestępstw, jak np. oszustwa czy fałszerstwa dokumentów przez oba kodeksy są zagrożone karami o ogromnej różnicy dolegliwości. Chociaż działania przestępcze w swej istocie polegają na tym samym – następuje fałsz na dokumencie – to w ramach kodeksu karno-skarbowego kara za ich popełnienie jest bardzo niska, natomiast w ramach kodeksu karnego dolegliwości są większe. Można stosować m.in. areszt, a w ślad za tym prowadzić bardziej stanowcze kroki w celu ujawnienia przestępstwa.
Gazeta: Zatem, abstrahując już od wpływu aresztu na skuteczność postępowania, potraktowanie sprawy nie jako przestępstwa karno-skarbowego, ale karnego umożliwia skazanie na wyższą karę?
Wełna: Nie tylko. Kodeks karny stwarza możliwość odebrania przestępcom nielegalnie zdobytych majątków. Oszustwa tego typu są zagrożone karą ośmiu lat pozbawienia wolności. Natomiast pranie pieniędzy w ramach działalności w zorganizowanej grupie przestępczej to już 15 lat więzienia. Co tu dużo mówić: jeśli niektórzy z tych ludzi zarabiali dziennie nawet i milion złotych, to czym dla nich była grzywna, nawet w maksymalnej wysokości 720 tys. zł? Kierownikiem zespołu zostałem m.in. właśnie dlatego, że bardzo szybko dostrzeżono słuszność takiego spojrzenia na sprawę i podzielono mój punkt widzenia co do oceny prawnej tych przestępstw.
To, co mówi prokurator Wełna, brzmi niesłychanie. Prezentuje on siebie jako autora patentu na zamykanie ludzi. Przepisy zbyt łagodne olano. Patent Wełny trafił na sprzyjający grunt – władzę w Polsce przejęli bracia Kaczyńscy, a z nimi Zbigniew Ziobro. Ich dewiza to cel uświęca środki. Manipulowano więc paragrafami, by móc łamać ludzi.
•••
Wśród łamanych byli oczywiście oszuści, lecz byli również ludzie niewinni. Byli nawet i tacy, którzy sami usiłowali zapobiec oszustwom i informowali o nich policję, CBŚ. Tu przechodzimy od prawnej do praktycznej strony zagadnienia.
Adam B. zajmował ważne stanowisko w firmie paliwowej (był prokurentem). Kiedy trafił na ślad przekrętów paliwowych, usiłował zainteresować nimi policję, a potem CBŚ. Usiłowania te przez pewien czas były bezskuteczne, natomiast dla Adama B. skończyły się one tragicznie – sam trafił za kraty, a potem został oskarżony o udział w przekrętach. Adam B. uważał swoje zatrzymanie za niesprawiedliwe, napisał więc na nie zażalenie (tam było to wszystko, czego nie raczył ująć prokurator w swoim wniosku o zapuszkowanie podejrzanego). Prokurator ukrył to zażalenie przed sądem. Po roku zażalenie odnalazł w prokuraturze inny prokurator i przekazał sądowi. Sąd rzeczywiście uznał zatrzymanie Adama B. za bezzasadne i nielegalne. Sąd o wszystkim poinformował Prokuraturę Okręgową w Katowicach (co opisaliśmy w artykule „Moczenie długiego języka”, „NIE” nr 3/2009).
Prokuratura Okręgowa już zdążyła zbadać sprawę nielegalnego zatrzymania Adama B. Okazuje się, że bezprawne pozbawienie kogoś wolności nie jest w Polsce przestępstwem. Niczego przed sądem nie ukryto, lecz tylko nadano ze znacznym opóźnieniem. Adam B. miał szczęście, że opóźnienie nie trwało, dajmy na to, 25 lat.
•••
We wtorek 6 października sąd w Siemianowicach Śląskich uniewinnił Adama B. od wszystkich przestępstw, o które oskarżył go prokurator. Według prokuratora mężczyzna miał być jednym z baronów. Sam, pozostając w ukryciu, kierował gangiem paliwowym. To on wymyślił mechanizm popełniania przestępstwa, a czasami sam  przenosił fałszywe faktury pomiędzy firmami uczestniczącymi w nielegalnym procederze. Tyle że 16-miesięczny areszt i późniejsze szykany nie „wydobyły” z Adama B. przyznania się do winy, a sąd stwierdził, że nie przedstawiono nawet cienia dowodu tej winy.
•••
Prawdziwi oszuści, zasiadający wraz z Adamem B. na ławie oskarżonych, zostali skazani. Sąd jednak zmienił kwalifikację prawną ich czynu. Odrzucił argumenty prokuratury, że należy ich skazać za przestępstwa kryminalne. Uznał, że popełnili czyny opisane w ustawie karno-skarbowej. Konstrukcja wprowadzona przez prokuratora Wełnę się zawaliła.
•••
Metoda Wełny nie sprawdzi się w większości spraw tzw. mafii paliwowej. Podejrzanym stawiano zarzuty uszczuplania dochodów skarbu państwa – wyłudzania zwrotu VAT oraz uchylania się od płacenia podatków. Jednocześnie zbierano dowody nielegalnej działalności podejrzanych. Tylko czy to, co nielegalne, można opodatkować?
W ostatnich latach Sąd Najwyższy kilkakrotnie zajmował się tą kwestią: w wyroku z 19 marca 2008 r. (sygnatura dikk 347/07) i w wyroku z 12 grudnia 2008 r. (sygnatura kk 76/08). Orzekł, że nielegalny handel paliwami nie stanowi oszustwa na szkodę skarbu państwa.
W innym wyroku z 1 grudnia 2005 r. Sąd Najwyższy stwierdzał, iż opodatkowaniu podlega tylko legalna działalność podmiotu (sygnatura IV kk 122/05). Prokuratorzy zaangażowani w krucjatę przeciwko mafii paliwowej powinni ten werdykt znać.
•••
Będą gigantyczne odszkodowania. Co gorsza, otrzymają je nie tylko niewinnie oskarżeni, lecz także prawdziwi oszuści.

MATEUSZ CIEŚLAK
mcieslak@redakcja.nie.com.pl
PS Adam B. ponownie prowadzi działalność gospodarczą. Z tego względu nie publikujemy pełnego brzmienia jego nazwiska.

 

Podziel się
oceń
0
1

komentarze (7) | dodaj komentarz

Jak zbierano haki: tajne protokoły z zeznań Marka Wełny i Wojciecha Miłoszewskiego

wtorek, 22 listopada 2011 4:19

Jak zbierano haki: tajne protokoły z zeznań Marka Wełny i Wojciecha Miłoszewskiego

Nowy Ekran dotarł do protokołów z zeznań krakowskich prokuratorów, którzy 3 listopada zeznawali na sprawie cywilnej, którą prezes PiS Jarosław Kaczyński wytoczył Romanowi Giertychowi.

Poszło o wypowiedź , w której Giertych zarzucił Kaczyńskiemu, że kazał zbierać haki na przeciwników politycznych.

Prokurator Marek Wełna obciążył ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobrę, jego zastępcę Janusza Kaczmarka i prokuratora (późniejszego szefa ABW) Bogdana Święczkowskiego. "Każda z 3 wymienionych osób oczekiwała ode mnie przedstawienia materiałów, które mogłyby kompromitować polityków, w szczególności Sojuszu Lewicy Demokratycznej chodziło im o takie osoby jak: Leszek Miller, Jacek Piechota, Józef i Maria Oleksy, Aleksander i Jolanta Kwaśniewscy, innych nazwisk nie pamiętam " - czytamy w protokole. "Pan Święczkowski, Ziobro, Kaczmarek wydając mi takie polecenia i sugestie mówili mi wprost, że takie są oczekiwania pana Jarosława Kaczyńskiego - mówił Wełna. Zdaniem prokuratora po objęciu władzy przez PiS liczono, że zostanie im udzielona pomoc. "Po pierwszych kontaktach  z osobami sprawującymi nadzór w Ministerstwie Sprawiedliwości, moje oczekiwania zostały zniweczone." Jego zdaniem decydenci (Ziobro, Kaczmarek, Święczkowski) "nie byli zainteresowani rzetelnym prowadzeniem śledztwa. Chodziło im tylko o pokazanie spektakularnych akcji przeciwko ich przeciwnikom politycznym. Śledztwo to, po objęciu władzy przez PiS stanęło w miejscu. Moi przełożeni, ci bezpośredni i ci z Warszawy, wymagali przede wszystkim analiz materiału dowodowego pod kątem ciekawych osób, które mówią o jeszcze ciekawszych osobach."

Kolejny ciekawy fragment dotyczy przecieków. "Dokumenty były przekazywane do dyrektora Święczkowskiego, do Janusza Kaczmarka. Obaj informowali mnie, żebym kupił sobie czasopismo prawicowe, w którym za dwa tygodnie miała  się ukazać publikacja dotycząca wyników mojego śledztwa, nie pamiętam teraz nazwy tego czasopisma, ale redaktorem był Sakiewicz. Mówili mi, że ukarzą się publikacje upokarzające SLD, po zapoznaniu się z tymi publikacjami, dochodziłem do wniosku, że były one oparte na przekazywanych wcześniej przeze mnie informacjach do Warszawy."

Z kolei prokurator Wojciech Miłoszewski zeznał, że służby specjalne torpedowały śledztwo w sprawie mafii paliwowej. Ujawnił również, że został odsunięty przez swojego szefa od przesłuchania ważnego świadka Zbigniewa Siemiątkowskiego, byłego szefa Urzędu Ochrony Państwa i Agencji Wywiadu, polityka SLD. Miało to się stać na polecenie "kierownictwa Ministerstwa Sprawiedliwości". Zwrócił też uwagę na jak to określił "bezprecedensowe" polecenie zwierzchników, aby informować o każdej czynności w śledztwie. Jego zdaniem naruszało to niezależność prokuratury.

Link http://tylkownowymekranie.nowyekran.pl/post/37702,jak-zbierano-haki-tajne-protokoly-z-zeznan-marka-welny-i-wojciecha-miloszewskiego

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Generał ukarany za pomoc mafii paliwowej

piątek, 24 czerwca 2011 11:32
Grzegorz Kaźmierczak 16-03-2011,

 

Były komendant śląskiej policji gen. Mieczysław K. został skazany na trzy lata więzienia za ujawnianie mafii paliwowej tajemnic służbowych
 – Sąd nie musi mówić, jak olbrzymim niebezpieczeństwem będzie dla Polski, jeżeli generałowie policji zaczną ujawniać informacje niejawne osobom podejrzewanym o popełnianie przestępstw. Trzeba będzie zamknąć policję, prokuraturę, sądy i przestać cokolwiek robić – uzasadniał wyrok sędzia Maciej Strączyński.

Wyrok Sądu Okręgowego w Szczecinie kończy głośną sprawę, w której jednym z oskarżonych był człowiek zaliczany w przeszłości do grona najważniejszych postaci w polskiej policji. Generał Mieczysław K. zrezygnował ze stanowiska jesienią 2002 r., tłumacząc się złym stanem zdrowia i spiskiem podwładnych, którzy wmieszali go w aferę paliwową. Jako emeryt tłumaczył dziennikarzom, że spotykał się z baronami paliwowymi ze Śląska po ich wyjściu z aresztu, „bo chciał się przekonać, czy jego podwładni nie manipulowali w śledztwie". Proces pokazał, że prawda była inna.

Prokuratura Apelacyjna w Krakowie oskarżyła generała o przekazanie śląskiemu baronowi paliwowemu Arturowi K. kserokopii tajnych dokumentów, w których znajdowały się informacje dotyczące zwalczania mafii paliwowej.

Była to decyzja Marka Biernackiego, byłego szefa MSWiA, oraz nadinspektora Jana Michny, byłego komendanta głównego policji, o powołaniu specjalnej grupy do walki z gangami paliwowymi. Pismo zawierało dane, których ujawnienie mogło zagrozić życiu policjantów, m.in. nazwiska szefa grupy i funkcjonariuszy z różnych

wydziałów Centralnego Biura Śledczego, którzy wchodzili w jej skład. Generał przekazał także dokument sporządzony na jego polecenie i określający mechanizmy działania mafii paliwowej, zawierający dane firm i nazwiska osób zamieszanych w przestępczy proceder. Te informacje pozwalały gangsterom unikać policyjnych zasadzek.

Zdaniem sądu generał za przekazanie tych informacji nie wziął od  Artura K. pieniędzy, ujawnił mu je po znajomości.

W marcu 2001 r. funkcjonariusze CBŚ znaleźli tajne dokumenty podczas przeszukania w szczecińskiej spółce paliwowej BGM, która według prokuratury jest głównym ogniwem paliwowej ośmiornicy. Były w teczce jej prezesa Jana B. O winie generała przesądziła m.in. ekspertyza sądowa, z której wynikało, że układ mikrośladów zostawionych przez toner na kserokopiach znalezionych w Szczecinie pokrywa się z tymi na należących do niego oryginałach.

– Generał Mieczysław K. bronił się znakomicie, ale o tej ekspertyzie się nie zająknął, ponieważ był to fakt nie do obalenia – mówił sędzia Strączyński.

Sąd uniewinnił generała od dwóch zarzutów przyjęcia łapówek od Artura K. Oficer miał wziąć 500 tys. zł za załatwienie zwolnienia Pawła K. zatrzymanego na polecenie częstochowskiej prokuratury.

– Jak można zarzucić człowiekowi, że przyjął łapówkę za zwolnienie kogoś z aresztu, jeżeli nie przesłuchano prokuratora, który podjął taką decyzję? – pytał sędzia.

Kolejne 200 tys. zł miało być zapłatą za odstąpienie CBŚ od kontroli cystern z komponentami do produkcji paliwa wyjeżdżającymi z rafinerii w Trzebini do firm paliwowych. Pieniądze na przekupienie szefa śląskiej policji Artur K. dostał od Przemysława K., właściciela spółki Note z Częstochowy, zajmującej się produkcją mieszanego paliwa.

– Nie było żadnych kontroli operacyjnych, nikt, ani CBŚ, ani wrocławska policja, nie jeździł za cysternami wyjeżdżającymi z Trzebini, ale prokurator tego nie sprawdził – podkreślał sędzia. Dodał, że policjanci z CBŚ nie podlegali generałowi, więc nie mógł mieć wpływu na ich działania. Zdaniem sądu oba zarzuty korupcyjne to efekt pomówień Artura K., który wziął pieniądze na łapówkę, ale schował je do własnej kieszeni.

Generała uznano za winnego jeszcze jednego zarzutu, niemającego związku z mafią paliwową. Został skazany także za to, że w połowie maja 2005 r., podczas jego zatrzymania groził po pijanemu bronią funkcjonariuszom Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego.

Trzej właściciele spółki BGM (oprócz Jana B. to Arkadiusz G. i Zdzisław M.), którzy byli oskarżeni o nakłanianie policjantów do ujawnienia tajnych informacji, zostali uniewinnieni.

– Nie ma najmniejszych dowodów, że ci ludzie wiedzieli o wydobyciu tych dokumentów i chcieli za to zapłacić. Prokuratura udowodniła jedynie, że Jan B. te dokumenty dostał, ale w Polsce to nie jest karalne – zaznaczył sędzia.

Artur K. za m.in. nakłanianie generała do przekazania poufnych informacji, a także późniejsze zlecenie wydobycia z policji dokumentów znalezionych w BGM dostał cztery i pół roku więzienia, a także 60 tys. zł grzywny.

Policjant z komendy wojewódzkiej we Wrocławiu Edward C., który regularnie przyjmował łapówki od mafii paliwowej za ujawnianie informacji z prowadzonych postępowań, został skazany na cztery lata i trzy miesiące więzienia. Przez siedem lat nie może być policjantem. Policjant z wrocławskiego CBŚ Wojciech K., który przekazał C. jeden z dokumentów i wziął za to 100 tys. zł, dostał karę półtora roku pozbawienia wolności w zawieszeniu na cztery lata. Tomasza K., który był pośrednikiem między policjantami a mafią paliwową, sąd skazał na dwa lata więzienia w zawieszeniu na pięć lat i grzywnę 60 tys. zł. Byli esbecy Andrzej Ł. i Jerzy B., którzy na zlecenie Artura K. podjęli się przekupienia szczecińskich policjantów i wydobycia dokumentów znalezionych w BGM, dostali po trzy lata więzienia i grzywny po 7,2 tys. zł. Zbigniew Ś., który miał im w tym pomóc, także został skazany na trzy lata pozbawienia wolności i grzywnę 8 tys. zł. Sąd uznał, że do przekupienia policjantów nie doszło, a cała trójka pieniądze na łapówki wzięła dla siebie. Wyrok jest nieprawomocny.

Rzeczpospolita

 

Link


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Mafii nie było?

niedziela, 08 maja 2011 8:38

 

Cezary Łazarewicz dla POLITYKA.PL
22 stycznia 2010

Klęska śledczych w procesie mafii paliwowej

Mafii nie było?

Wali się proces tzw. mafii paliwowej. Kluczowy dowód w sprawie jest niewiarygodny.

Tak przynajmniej uznał w czwartek zielonogórski sąd – i po czterech latach zwrócił prokuraturze akta sprawy. Tej spektakularnej porażki doznała krakowska prokuratura apelacyjna, która przez wiele lat tropiła mafię paliwową. W trakcie procesu okazało się, że zarzucane oskarżonym kwoty oszustw paliwowych zostały wzięte z sufitu.

W 2002 roku „Rzeczpospolita”, powołując się na ustalenia prokuratorów, napisała, że w Polsce działa mafia paliwowa, na machinacjach której budżet państwa stracił co najmniej 10 mld zł. Ta przestępcza struktura miała powstać w 1998 r., tworząc sieć 1263 firm podejrzanych o nadużycia paliwowe.

Zdaniem prokuratury przez wiele lat byli bezkarni, bo nikt nie potrafił połączyć wielu spraw w jedną, spójną całość. Dopiero w 2002 roku krakowska Prokuratura Apelacyjna rozpoczęła śledztwo na gigantyczną skalę, ogłaszając, że Polskę oplata gigantyczna ośmiornica mafii paliwowej. Według policji i prokuratury na szczycie mafii stali trzej udziałowcy szczecińskiego BGM Petrotrade Poland: inżynier Jan B., były marynarz Arkadiusz Grochulski i były zawiadowca stacji Zdzisław Marszałek – od ich nazwisk powstała nazwa spółki. Wszystkich udziałowców aresztowano. Proces Zdzisława Marszałka i Jana B. odbywa się w Krakowie. Arkadiusza Grochulski, który najpóźniej trafił do aresztu, bo przebywał za granicą, trwa właśnie w Zielonej Górze.

Głównym dowodem przestępstwa miały być faktury znalezione w BGM. Arkadiuszowi Grochulskiemu prokuratura zarzuciła oszustwa podatkowe na 421 mln zł z tytułu nie odprowadzonego VAT-u i akcyzy. Sąd jednak uznał, że pisemna ekspertyza przygotowana na zlecenie prokuratury jest niewiarygodna. Wątpliwości miało rozwiać październikowe przesłuchanie biegłych – Teresy i Sławomira Lisek. Jednak przed sądem nie potrafili oni wyjaśnić, w jaki sposób obliczyli kwotę, na którą Skarb Państwa został oszukany.

Nie udało się wyjaśnić sądowi, dlaczego choć wszyscy udziałowcy BGM mają te same zarzuty, to prokuratura przypisuje im zupełnie różne kwoty oszustw – Grochulskiemu 421 mln, a Janowi B. i Zdzisławowie Marszałkowi tylko 277 mln.

Teresa Lisek odmówiła nawet wydania opinii uzupełniającej, tłumacząc się tym, że nie ma do tego odpowiednich kwalifikacji.

„Biegli odpowiadali w sposób niejasny, zasłaniali się niepamięcią lub hipotetycznym charakterem swojej opinii. Ich przesłuchanie nie tylko nie pozwoliło usunąć ujawnionych braków, ale wręcz je pogłębiło” – uznał sąd, uznając, że wymienione braki dyskwalifikują materiał dowodowy.

W czwartek 21 stycznia zielonogórski sąd zdecydował o odesłaniu akt sprawy do Krakowa. Prokuratura ma pół roku by znaleźć ekspertów, którzy w oparciu o dokumenty urzędów skarbowych zbadają, czy firmy tzw. mafii paliwowej faktycznie oszukiwały państwo, a jeśli tak, to jakie straty państwo z tego tytułu poniosło.

Nie będzie to łatwe, ponieważ akt oskarżenia przeciwko BGM przygotowywany był przez cztery lata. Większość dowodów przestępstwa zgromadzonych przez prokuraturę to właśnie faktury skonfiskowane w BGM, które miały świadczyć o oszustwach. Sąd podważając ten dowód postawił w bardzo trudnej sytuacji krakowską prokuraturę. Jej wieloletnia praca została de facto zakwestionowana.



Więcej pod adresem http://www.polityka.pl/kraj/analizy/1502503,1,kleska-sledczych-w-procesie-mafii-paliwowej.read#ixzz1LjxDIOhp

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Koszule brudne od nafty cz. III

poniedziałek, 25 kwietnia 2011 19:50

Mafia Paliwowa cz. 3: Koszule brudne od nafty

Kazimierz Turaliński

 

2007-06-29

 

Do cel aresztów śledczych trafiła niespotykana dotąd liczba urzędników państwowych oraz powiązanych z nimi osób. Wśród nich znalazł się m.in. Ryszard W., były prezes katowickiego Urzędu Kontroli Skarbowej. ABW zabezpieczyło dowody obciążające szwagra wojewody śląskiego.

W czerwcu 2001 roku zatrzymano Mariolę J., naczelnika II Urzędu Skarbowego w Częstochowie, Zdzisława M., zastępcę dyrektora Izby Skarbowej, a także Henryka K., pracownika Urzędu Kontroli Skarbowej w Częstochowie. Oficer Damian N. pracował w Wydziale Wywiadu Kryminalnego zachodniopomorskiej Komendy Wojewódzkiej Policji, jednocześnie ochraniał poszukiwanego listem gończym Arkadiusza G. z BGM. Wiadomo też o dwóch szczecińskich agentach CBŚ, którzy przyjęli łapówkę w wysokości 200 tys. zł.

Kwotę tę przekazać mieli emerytowani oficerowie SB, w zamian za podmienienie dowodów rzeczowych obciążających czynnych policjantów. Do aresztu trafił Krzysztof W., policjant współpracujący ze spółką Wrostar. Z podmiotem związana była także córka przełożonego W. - kierownika sekcji w wydziale kryminalnym wrocławskiej komendy wojewódzkiej. Tam też pracował Edward C., nieoficjalny wspólnik Tomasza K., rezydenta szczecińskich baronów na Wrocław. C. szukał kandydatów na słupów, pomagał rejestrować fikcyjne podmioty i fałszował dokumenty. Współpraca biznesmena z policjantem kosztowała Skarb Państwa co najmniej 277 milionów zł.

Policjanci do wynajęcia

Zarzut ujawnienia tajemnicy służbowej obciąża też podinspektora Wojciecha K. z wrocławskiego CBŚ. W maju 2006 roku zatrzymano Piotra M., byłego szefa policji w Malborku, a ówczesnego dyrektora biura strategii KGP w Warszawie, oraz komendanta powiatowego policji w Sztumie Sławomira T. Obaj przyjmować mieli comiesięczną pensję od baronów w wysokości 10 tys. zł. W zamian zapewniali ochronę cystern, a także na telefoniczne wezwanie zmuszali uczciwych funkcjonariuszy do odstępowania od kontroli.

W latach 2002 - 2005 transporty komponentów z Trzebini chronił podinspektor Wiesław G. z CBŚ, doświadczony policjant, który m.in. wyśledził w Meksyku zabójcę Pershinga. W procederze uczestniczyły też jego córka i konkubina. Dla grup paliwowych pracował emerytowany nadkomisarz Krzysztof P., przyjaciel katowickiego gangstera o pseudonimie Simon. W Sosnowcu ABW zatrzymała, pod zarzutem zalegalizowania 70 milionów zł, Andrzeja D., doradcę prawnego klubu parlamentarnego Samoobrony.

Samoobrona Krzysztofa R.

W lipcu 2006 roku, w czasie spektakularnej akcji, zatrzymano znanego detektywa i byłego posła tej samej partii - Krzysztofa R. Odpowiadać ma on za udział w zorganizowanej grupie przestępczej, pranie pieniędzy pochodzących z przestępstw paliwowych oraz powoływanie się, w zamian za korzyści majątkowe, na wpływy w Sejmie RP i w organach ścigania. Wcześniej, bytomska prokuratura oskarżyła Krzysztofa R. o bezprawne pozbawienie wolności trzech osób i złamanie przepisów ustawy o usługach detektywistycznych. Mocodawca detektywa, Henryk M., odpowiada za narażenie Skarbu Państwa na stratę 430 milionów zł.

Pod koniec 2005 roku zatrzymano członka zarządu rafinerii w Gorlicach, który przyjąć miał 3 miliony zł łapówki w zamian za nielegalną sprzedaż komponentów do produkcji paliwa. Podobne zarzuty usłyszeli członkowie kierownictwa, należącej w większości do PKN Orlen, rafinerii w Trzebini, a także prezes podlegającej spółki Petronaft. Liczbę aresztantów uzupełniają skorumpowani, szeregowi pracownicy policji i różnych urzędów. Śledztwo jest rozwojowe, wciąż dochodzi do kolejnych zatrzymań.

Zmarli milionerzy

W międzyczasie rozbite zostają terenowe rezydentury syndykatu. Jedna ze śląskich grup w ciągu jedynie kilkunastu miesięcy zarobiła ponad 100 milionów zł. Przedsiębiorstwa Piotra K. w latach 2000 - 2002 nielegalnie wzbogaciły się, o co najmniej 218 milionów zł. Pod zarzutem oszustw podatkowych zatrzymano założyciela wrocławskiej spółki Wrostar. Ten były oficer WSI w ciągu roku osiągnął obrót rzędu 180 milionów zł. Sprzedawał komponenty do produkcji oleju napędowego podmiotom nieposiadającym koncesji na produkcję paliw.

Mimo pozornych sukcesów, brak realnych perspektyw odzyskania należnego podatku. Zazwyczaj postępowanie urywa się na etapie fikcyjnego bezpośredniego wykonawcy. Wielu figurantów już nie żyje, natomiast podmioty z osobowością prawną są zazwyczaj w stanie finansowej zapaści. Pomimo śmierci, figuranci nadal realizowali transakcje paliwowe. Najczęstszymi przyczynami zgonów był wylewy krwi do mózgu lub ataki serca. Zwłoki rzadko poddawano sekcji zwłok. Przedsiębiorstwa rozpracowywane przez policję, a zarejestrowane na nisko postawione w hierarchii osoby, wykorzystywano po raz ostatni zaciągając ogromne pożyczki.

Wiarygodność finansową zyskiwały one dzięki dotychczasowym fikcyjnym obrotom. W kilku jedynie przypadkach wyłudzono z banków łącznie ponad 100 milionów zł. Odnogi grupy przestępczej wykryto w wielu regionach kraju. Prawie za każdym razem straty Skarbu Państwa wyceniano na setki milionów złotych. W głównym śledztwie, prowadzonym przez krakowską prokuraturę, straty Skarbu Państwa wyceniono na ponad miliard zł.

Pytania bez odpowiedzi

Podobnie jak w innych skomplikowanych sprawach gospodarczych, precyzyjne oszacowanie rzeczywistej skali procederu najprawdopodobniej nie będzie nigdy możliwe. Prognozować można jedynie całościowe straty państwa na kwotę oscylującą w granicach kilku do kilkunastu miliardów złotych. Nowe światło na sprawę rzuciły sensacyjne zeznania, złożone przez uwikłanych w aferę przedsiębiorców - Danutę G. oraz Andrzeja Czyżewskiego. Oboje byli udziałowcami spółki paliwowej "Dansztof" z Bogatyni, a ich historia została nagłośniona przez sejmową komisję śledczą ds. Orlenu.

Według zeznań G., trzeci wspólnik Dansztofu doprowadził do przejęcia spółki przez grupę przestępczą powiązaną rzekomo z PKN Orlen S.A. oraz BGM. Przestępcy mieli zmusić poszkodowaną do podpisania dokumentów umożliwiających legalizację milionów zł oraz zaciągnięcie równie wysokich kredytów bankowych. Sama organizacja miała charakter typowo mafijny, gdyż chronili ją funkcjonariusze państwowi, przedstawiciele organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości. Ponadto, o działalności syndykatu paliwowego i bezczynności w tej sprawie dolnośląskich organów finansowych, poinformowany miał być, pełniący wówczas obowiązki ministra finansów, Marek Belka.

Świadkowie obciążają: Kurnik, Semik, Janik, Baranina

Działania CBŚ skierowane przeciw przestępcom miały być zaś "blokowane przez grupę wysokich funkcjonariuszy MSWiA i Komendy Głównej Policji, panów [Romana] Kurnika i [Józefa] Semika, powołujących się na upoważnienia pana Krzysztofa Janika". Natomiast prokurent firmy paliwowej Pollex powoływać miał się na protekcję Józefa Oleksego, wyraźnie stwierdzając, iż z racji tego "jest nie do ruszenia".

Czyżewski wskazał na bezpośredni nadzór znanych polityków nad działaniami grup paliwowych, co tłumaczyć ma konstrukcje norm prawnych sprzyjających oszustwom. Według niego, rzeczywistymi organizatorami procederu byli oficerowie tajnych służb zarówno PRL jak i III RP. Ponadto, przedsiębiorcy wraz z politykami szczegóły działań uzgadniać mieli we wrocławskiej willi Jeremiasza Barańskiego. Baranina sam miał dowodzić dolnośląskim odłamem syndykatu. Policja bardzo szybko zdementowała wiadomość, ogłaszając, że znany gangster nie dysponował domem w tej okolicy. Większość biznesowych powiązań wskazanych przez świadka, znajduje potwierdzenie w posiadanych przez niego dokumentach.

Andrzej Czyżewski był w latach 80-tych prokuratorem. Ze względu na współpracę z "Solidarnością": został pozbawiony stanowiska. Wyjechał do Niemiec, gdzie zajął się pośrednictwem w handlu paliwami. Pod koniec lat 90-tych został udziałowcem "Dansztof-u". Wtedy to spółka prowadziła nielegalne interesy z BGM. Choć działania podmiotu doprowadziły do strat Skarbu Państwa w wysokości 27 milionów zł, nikt nie wszczął z tego tytułu postępowania. Natomiast względem Czyżewskiego bardzo szybko wydano nakaz aresztowania, pod zarzutem działania na szkodę spółki.

Wiarygodność świadków

Przeciwko G. wszczęto siedem postępowań karnych i karno-skarbowych. Świadków oskarżono, gdy ci składali do organów państwowych doniesienia o działaniach tzw. "mafii paliwowej". Obecnie Czyżewski przebywa w Niemczech. Sześciokrotnie doszło do zamachów na jego życie. Od czasu, gdy rozpędzony mercedes próbował wepchnąć na autostradzie jego samochód pod tira, Czyżewski korzysta z ochrony tamtejszej policji. Decyzje o likwidacji obu świadków zapaść miały na konferencji w Wierzchowni.

Wskazane zeznania obciążające znanych polityków nie zostały poparte dowodami i nie uwzględniono ich w końcowym raporcie sejmowej komisji śledczej. Sami politycy zdementowali oskarżenia. Należy jednak podkreślić, iż żona Oleksego, Maria, zasiadała w radzie nadzorczej właśnie paliwowej spółki "Pollen". Ten sam podmiot przekazał w użytkowanie Józefowi Oleksemu luksusowego Volkswagena Passata wraz z kierowcą. Później, prezes "Pollen-u" został skazany za oszustwa w obrocie paliwem, na których zagarnięto 42 miliony zł. Potwierdzono także istnienie wrocławskiej willi Jeremiasza Barańskiego.

W czerwcu 2006 roku CBŚ zatrzymało w Żyrardowie Sławomira M. - przyrodniego brata byłego premiera Leszka Millera. Miał on oferować pomoc baronom paliwowym z Górnego Śląska, powoływać się na wpływy w UOP, urzędach skarbowych i celnych oraz oferować kontrakty w sektorze paliwowym, a także sprzedaż benzyny oraz komponentów do jej produkcji.

 

Opracowano na podstawie książki Kazimierza Turalińskiego "Dokumentacja III RP - Objawy Mafii"

Link http://www.lead.pl/mafia-paliwowa-cz.-3-koszule-brudne-od-nafty,d1590.html


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

WSI a sprawy paliwowe Raport Antoniego Maciarewicza

sobota, 02 kwietnia 2011 6:10

Raport WSI cz.7

PRZEWODNICZĄCY KOMISJI WERYFIKACYJNEJ

Antoni MACIEREWICZ



R A P O R T

o działaniach żołnierzy i pracowników WSI oraz wojskowych jednostek organizacyjnych realizujących zadania w zakresie wywiadu i kontrwywiadu wojskowego przed wejściem w życie ustawy z dnia 9 lipca 2003 r. o Wojskowych Służbach Informacyjnych w zakresie określonym w art. 67 ust. 1 pkt 1-10 ustawy z dnia 9 czerwca 2006 r. "Przepisy wprowadzające ustawę o Służbie Kontrwywiadu Wojskowego oraz Służbie Wywiadu Wojskowego oraz ustawę o służbie funkcjonariuszy Służby Kontrwywiadu Wojskowego oraz Służby Wywiadu Wojskowego" oraz o innych działaniach wykraczających poza sprawy obronności państwa i bezpieczeństwa Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej

Dla Ministra Obrony Narodowej w sprawie wykorzystywania infrastruktury wojskowej Marynarki Wojennej do magazynowania i przepompowywania materiałów ropopochodnych na rzecz prywatnych przedsiębiorców.

W ramach bieżącej działalności Wojskowe Służby Informacyjne uzyskały następujące dane dotyczące wykorzystywania infrastruktury wojskowej Marynarki Wojennej do magazynowania i przepompowywania materiałów ropopochodnych na rzecz prywatnych przedsiębiorców:

1. W latach 1992-2001 Komenda Portu Wojennego (KPW) w Gdyni zawarła osiem umów na przeładunek i składowanie paliw z następującymi przedsiębiorcami:

• PHU "ARION" sp. z o.o. z siedzibą w Sochaczewie przy ul. Senatorskiej 8/92;

• PUM "SHIP SERVICE" z siedzibą w Szczecinie przy ul. Przejazd 1;

• "SOG Energy Polska Ltd" z siedzibą w Szczecinie przy ul. Miecha 24;

• "OKTAN ENERGY V/L SERVICE S.C." z siedzibą w Szczecinie przy ul. Jagiellońskiej 39B;

• "BMG PETROTRADE POLAND" sp. z o.o. z siedzibą w Szczecinie przy ul. Jagiellońskiej 39B.

2. Powyższe umowy dotyczyły sposobu i warunków wykorzystania rurociągu MW (z portu Wojennego Gdynia do 35 Składnicy Materiałów Pędnych i Smarów w Dębogórzu) do przeładunku materiałów pędnych z tankowców zaopatrujących ww. firmy.

3. Na terenie wymienionej składnicy ww. firmy dzierżawiły dwa zbiorniki, w których magazynowano zakupione środki mps.

4. Całość czynności związanych z realizacją ww. umów odbywała się pod nadzorem osób funkcyjnych z tych firm, natomiast zabezpieczenie techniczne realizowała kadra MW, otrzymując z tego tytułu, za pośrednictwem KPW, stosowne wynagrodzenie.

5. Z niepotwierdzonych informacji, zebranych przez WSI, wynika, że materiały mps rozładowywane w Porcie Wojennym w Gdyni, po przetłoczeniu do Składnicy, były mieszane z innymi produktami mps w celu poprawienia właściwości chemicznych. Z tankowców pobierany był olej opałowy, który w wynajętych zbiornikach był mieszany z paliwem lotniczym, dzięki czemu uzyskiwano produkt parametrami zbliżony do oleju napędowego. Podczas tych prac na terenie Składnicy przebywali przedstawiciele Rafinerii Czechowice, którzy nadawali temu produktowi "klasę", zatwierdzali ważność badań laboratoryjnych oraz wyrażali zgodę na jego dystrybucję, w następstwie czego paliwo to cysternami kolejowymi trafiało do dystrybutorów ww. rafinerii.

6. WSI zgodnie z rozdziałem kompetencyjnym całość zebranych informacji dotyczących powyższej działalności przekazały do Centralnego Biura Śledczego.

7. W 2000 r. w KPW Gdynia została przeprowadzona przez Departament Kontroli MON kontrola, w wyniku której zakazano dalszego podpisywania umów na dokonywanie przeładunków środków mps na rzecz prywatnych przedsiębiorców.

8. WSI nie wykorzystują w sektorze paliwowym oficerów oddelegowanych, nie mają wiedzy o zatrudnianiu tam byłych oficerów WSI, jak również nie korzystają z pomocy zatrudnionych tam osób.



k. 222 "P" t. I



TEZY

na przesłuchanie przez Sejmową Komisję Śledczą ds. PKN Orlen SA.

1. Zasadnicza działalność PKN Orlen SA nie należała i nie należy do ustawowych kompetencji WSI jako wojskowej służby specjalnej.

2. WSI w okresie mojego kierowania, nie były i nie są wykorzystywane do nielegalnych nacisków na organy wymiaru sprawiedliwości.

3. WSI nie uczestniczyły w zatrzymaniu prezesa Andrzeja Modrzejewskiego.

4. Zgodnie z przepisami ustawy o WSI (art. 3 ust. 1 pkt 2 lit. d), służby te realizują zadanie rozpoznawania, zapobiegania i wykrywania przestępstw podlegających orzecznictwu sądów wojskowych w zakresie szeroko rozumianego obrotu paliwami w jednostkach organizacyjnych Sił Zbrojnych RP, w innych jednostkach nadzorowanych przez Ministra Obrony Narodowej, a także w innych jednostkach wykonujących zamówienia na potrzeby obronności państwa lub Sił Zbrojnych RP. W tym zakresie WSI współpracują i wspierają działania innych organów, w tym w szczególności prokuratury wojskowej i Żandarmerii Wojskowej.

5. WSI nie są w żaden sposób związane z aferą paliwową czy też działalnością tak zwanej mafii paliwowej. Tego typu powiązania sugerowane przez niektórych świadków zeznających przed Komisją są gołosłownymi, prywatnymi opiniami nieznajdującymi żadnego odzwierciedlenia dowodowego w faktach i dokumentach.

6. Nie jest nowym i nieznanym zjawiskiem podszywanie się wielu osób "pod flagę" wojska, a w szczególności wojskowych służb specjalnych. WSI nie są w stanie zapobiec sytuacjom, gdy ktoś dla uwiarygodnienia swojego stanowiska, jego ochrony bądź nadania mu odpowiedniej wagi, powołuje się na wyimaginowane powiązania z tymi służbami, ich zainteresowanie sprawą lub osobą, czy wręcz przedstawia się jako żołnierz tych służb, choć w rzeczywistości tak nie jest. Sytuacje takie są umacniane przez sensacyjne dziennikarstwo, epatujące określeniami o rzekomej "wszechmocy" i "wszechobecności" ludzi z wojskowych służb specjalnych. Z drugiej strony, jeżeli w pojedynczym przypadku, konkretnej osobie, która w przeszłości była związana z tymi służbami, stawiany jest zarzut, nie można z tego przypadku wywodzić tezy o uwikłaniu WSI w działalność przestępczą.



k. 340-341 "P" t. I



TEZY

W ramach bieżącej działalności Wojskowe Służby Informacyjne uzyskały następujące dane o nieprawidłowościach występujących w obszarze obrotu produktami naftowymi a mających związek z resortem ON:

1. Fakty docierania grup przestępczych zajmujących się obrotem paliwami do składów paliwowych pozostających w dyspozycji MON celem ich wykorzystywania do przechowywania i mieszania (uzdatniania) paliw.

2. Wykorzystywanie przez podmioty cywilne uzdatniające paliwo, pustych składów znajdujących się na terenach zamkniętych WP do fałszowania parametrów jakościowych produktów naftowych.

3. Wykorzystywanie uprawnień Szefostw Wojskowych Przewozów Kolejowych do priorytetowego traktowania kolejowych transportów paliwa realizowanych dla prywatnych przedsiębiorców.

4. Wykorzystywanie bocznic kolejowych pozostających w dyspozycji WP do ukrywania przed organami kontroli skarbowej faktycznych końcowych odbiorców przewożonego paliwa (na bocznicach następowała zmiana dokumentów przewozowych, a paliwo z nowymi dokumentami było rozprowadzane przez fikcyjnych przedsiębiorców).

Fakt, iż przytoczone wyżej czynności odbywały się na zamkniętych terenach wojskowych, skutkowało brakiem jakichkolwiek kontroli ze strony uprawnionych organów cywilnych.

5. Wykorzystywanie istniejących przepisów dotyczących przechowywania paliw (związanych z procesami utleniania) do uzyskiwania niezależnych korzyści materialnych.

http://archiwum.naszdziennik.int.pl/informacje/wsi-7.html

6. Występowanie nieprawidłowości w organizacji procedur przetargowych na dostawy produktów paliwowych dla potrzeb MON, skutkujących faworyzowaniem poszczególnych przedsiębiorców i częstokroć realizacją zakupów po zawyżonych cenach.

W trakcie realizowania czynności operacyjnych-rozpoznawczych ustalono, że firma International Bussines Contact Sp. z o.o. z Poznania, należąca do obywatela Ukrainy Aleksandra Woznego, sporządziła dla rosyjskiej firmy AO "STOUZ" z Moskwy, należącej do b. szefa KGB gen. Bondarenki, analizę ekonomiczną Rafinerii Gdańskiej przed jej prywatyzacją, uwzględniającą różne aspekty jej przejęcia przez konsorcja paliwowe wywodzące się z państw b. ZSRR. Z dokonanej wstępnej analizy rosyjskojęzycznych materiałów wynika, że rosyjskie podmioty gospodarcze opracowały, a następnie wdrożyły do realizacji program strategiczny mający na celu przejęcie planowanych do restrukturyzacji polskich rafinerii oraz przedsiębiorstw kompleksu energetycznego. O powyższym fakcie Wojskowe Służby Informacyjne poinformowały Przewodniczącego Gruszkę, a także ABW, z którą nawiązano współdziałanie operacyjne.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Kryminalizacja działalności gospodarczej wg Lecha Kaczynńskiego

sobota, 26 marca 2011 17:49

Kryminalizacja działalności gospodarczej wg Lecha  Kaczynńskiego

{ Opublikował: Jan M. Fijor Data: 07 paź 2005 by }

Polskie areszty zapełnione są ludźmi przedsiębiorczymi. Wielu z nich siedzi w nich bez wyroku, bez sprawy sądowej, wielu z nich uwięziono na podstawie zwyczajnego pomówienia, bez rzetelnych dowodów winy. Stosunkowo mało ludzi wie o tym, że było to możliwe dzięki rozporządzeniom b. ministra sprawiedliwości, Lecha Kaczyńskiego, który tym samym ubezwłasnowolnił niezawisłe sądy, podporządkowując je wszechmocnym odtąd prokuratorom.

Dzięki Lechowi Kaczyńskiemu zaczęto powszechne stosowanie kodeksu karnego w sprawach gospodarczych, mimo iż w III Rzeczypospolitej istnieje odrębne prawo karne, gospodarcze i podatkowe. Wróciła więc „komuna” w znacznie gorszym wydaniu niż w PRL-u.
W PRL-u stosowano kodeks karny w sprawach gospodarczych ze względów ideologicznych, bo przedsiębiorca, prywaciarz to byli ludzie samodzielnie myślący, zagrażający ustrojowi totalitarnemu. Praktyka ta osiągnęła apogeum za rządów Władysława Gomułki, który w ten sposób usprawiedliwiał niewydolność gospodarczą systemu komunistycznego, uspokajając nastroje społeczeństwa odczuwającego dotkliwie braki w zaopatrzeniu. Wyrazem tej tendencji była nieustanna walka ze „spekulacją”, która jest przecież niczym innym jak zwykłym handlem. W oparciu o dekret o walce ze spekulacją wykonywano nawet wyroki śmierci. Spekulanci byli winni braków na rynku, trzeba było więc chronić naród przed nimi. Rozporządzenia Lecha Kaczyńskiego, jako żywo przypominają te czasy represji wykonywanych – tak wtedy, jak i dzisiaj – dla przypodobania się spauperyzowanemu społeczeństwu i pozyskania jego głosów. Dzięki tym rozporządzeniom bracia Kaczyńscy wprowadzili do Sejmu w 2001r. świeżo powołaną partię Prawo i Sprawiedliwość, która ma niewiele wspólnego z prawem, czy ze sprawiedliwością.

Fatalne rozporządzenia

Lech Kaczyński, będąc ministrem sprawiedliwości za rządów AWS, wydał co najmniej dwa specyficzne rozporządzenia. Pierwsze z nich, zobowiązywało sądy do bezkrytycznej akceptacji wniosków prokuratorów i urzędów prokuratorskich. Zobowiązywało bowiem sądy, aby w przypadku odmowy ustanowienia aresztu, szczegółowo uzasadniać odmowę. Zamiast zobowiązać je do szczegółowego uzasadniania pozbawienia wolności obywatela (przed jego osądzeniem), nakazano sędziom, szczegółowo i wnikliwie uzasadniać dlaczego – wbrew wnioskowi prokuratora – akurat pozostawiają kogoś na wolności. To cyniczne rozporządzenie, mimo iż niezgodne z prawami człowieka, okazało się bardzo skuteczne. Któremu sędziemu chciałoby się analizować obszerną dokumentację? Któryż sędzia chciałby ryzykować pomyłkę czy konflikt z prokuratorem? W ten sposób, prokuratorzy manifestują dziś swoją władzę, uzasadniając wnioski o areszt lakonicznie, często tylko jednym zdaniem: prawdopodobieństwem matactwa ze strony oskarżonego, ewentualnością jego ucieczki zagranicę czy choćby zagrożeniem jakie niesie popełniony rzekomo czyn. Bez dowodu, bez podstaw, wystarczy podejrzenie. W większości przypadków tymi, którzy przyklepują wnioski prokuratorskie są młodzi sędziowie „dyżurni”; ludzie bez doświadczenia, bez należytego umocowania, często też bez należytej wiedzy.
Kiedy Jerzy Buzek zrozumiał, że jego minister sprawiedliwości, doprowadził swoimi rozporządzeniami do kryminalizacji działalności gospodarczej, chcąc w ten sposób zrobić karierę polityczną i wprowadzić do Sejmu świeżo powołane, Prawo i Sprawiedliwość, było już za późno.
Drugim rozporządzeniem ministra Kaczyńskiego, umożliwiającym bezkarność funkcjonariuszy aparatu ścigania, było zobowiązanie sądów, by w przypadku decyzji o umorzeniu postępowania karnego wobec podejrzanych o przestępstwa z kodeksu karnego, miały obowiązek szczegółowego uzasadnienie swej decyzji. Zgodnie z wytycznymi Lecha Kaczyńskiego sądy mogły odtąd odrzucić wnioski prokuratury okręgowej tylko w bardzo szczególnych (i uzasadnionych z detalami) przypadkach. Stąd już tylko krok do kolejnych nadużyć, jakimi było zastępowanie kodeksu karno – skarbowego, kodeksem karnym.
Sojusznikiem prokuratury stały się tu media, nagłaśniające wyłącznie tzw. afery gospodarcze mające przekonać masy, że wszelka bieda jest rezultatem działających w „białych kołnierzykach”, przedsiębiorców i biznesmenów. Rozporządzenia Kaczyńskiego sprawiły, że prokuratorzy mogą dziś niemal dowolnie aresztować każdego, wedle własnego widzimisię, nie ponosząc za to osobistej odpowiedzialności, gdyż formalnie decyzję taką podjął Sąd (podlegający ministrowi sprawiedliwości czyli naczelnemu prokuratorowi). Jest to nie tylko dewastacja podstawowych praw obywatelskich, lecz także dewastacja ustroju demokratycznego. Została tym samym stworzona sytuacja znacznie gorsza niż w PRL, kiedy to wprawdzie prokuratorzy mogli także samowolnie ludzi aresztować, ponosili jednak za to osobistą odpowiedzialność.

Sojusznicy ministra

Rozporządzenia Lecha Kaczyńskiego trafiły na podatny grunt w organach ścigania i urzędach prokuratorskich, gdyż odtąd ściganie przestępstw gospodarczych nie wymagało od przedstawicieli organów ścigania większych kwalifikacji ekonomicznych. Prokuratura uwolniona została od ciążącej na niej od początku lat dziewięćdziesiątych, kontroli niezawisłych sądów, to jest od konieczności uzyskania zgody sądu na represjonowanie podejrzanych.
W efekcie nagłośniane przez policjantów i prokuratorów afery po latach śledztwa okazują się pseudoaferami. Takich przypadków mamy dzisiaj coraz więcej.
Należy co prawda walczyć z każdą przestępczością, ale szczególnie w stosunku do tzw. przestępstw gospodarczych potrzebna jest fachowość, niezbite dowody, a nie podejrzenie czy przeczucie prokuratora. Sprawy te należy ścigać z dużą delikatnością i dyskretnie, aby nie nagłaśniać pseudoafer i nie psuć atmosfery wokół działalności gospodarczej, która jest przecież głównym źródłem zasilania budżetu i tworzenia majątku narodowego.
Ostatnia walka PiS podjęta przez posła Zbigniewa Ziobro o wydłużenie okresu przedawnienia w stosunku do afer gospodarczych, to kolejny dowód cynizmu polityków z Prawa i Sprawiedliwości, dowodzący że istniejące organy władzy są w sprawach o przestępstwa gospodarcze niekompetentne, więc trzeba im dać więcej czasu. Wydłużenie okresu przedawnienia i tak nic nie da, bowiem prokuratorzy nauczyli się już tuszować swoją ignorancję. Jak słyszę, że jakiś prokurator przekazał do sądu akt oskarżenia w 200 tomach akt, po 500 stron każdy, to wiem, że niczego w nim oskarżonemu nie udowodnił.
Lechowi Kaczyńskiemu, który umożliwił ściganie przestępstw gospodarczych przez prokuratorów działających w oparciu o kodeks karny, a nie przez bardziej fachowych inspektorów kontroli skarbowej, działających w oparciu o kodeks karno – skarbowy, nie zależało wcale na skutecznym zwalczaniu rzeczywistych przestępstw gospodarczych, lecz na nagłaśnianiu walki z tzw. nieuczciwymi przedsiębiorcami. To, że Kaczyński uchodzi za polityka skutecznie zwalczającego przestępczość, jest zasługą mediów, które nagłaśniają fakt rozpoczęcia śledztwa, spektakularne aresztowania (jak ostatnio w przypadku wiceszefa NFZ, Kamińskiego, którego wsadzono do kryminału za podejrzenie dokonania korupcji wartości….700 zł), zapominając o przebiegu żmudnego, przeciągającego się śledztwa czy o długotrwałym procesie sądowym. Konia z rzędem temu, kto wiedział, że Stanisław Grobelny został w końcu uniewinniony z braku zarzutów, a przecież kiedyś, jego aresztowanie było przebojem medialnym….
Gdyby ktoś zadał sobie trud przeanalizowania rezultatów głośnych afer gospodarczych zakończonych prawomocnym wyrokiem skazującym, okazałoby się, że skuteczność działania Lecha Kaczyńskiego jest bardzo mizerna. Dobre prawo i sprawiedliwość nie polegają na bezpodstawnym znęcaniu się nad podejrzanymi, lecz na sprawnym osądzeniu i wyroku.
Nie do pomyślenia jest, że zgodnie z Kodeksem Postępowania Karnego, podejrzany może przebywać w śledztwie 3, a nawet 4 lata. To ewenement w świecie demokratycznym. Po tylu latach więzienia przedsiębiorcy bez osądzenia, czy nawet po latach procesu, nagle okazuje się, że afera była…pseudoaferą, a prokurator czy policjant, którzy się nie spisali, zostali już dawno awansowani, otrzymali nagrodę, czy inną korzyść osobistą. Dlatego pewnie, prawie żadna afera gospodarcza w Polsce nie zakończyła się dotychczas prawomocnym wyrokiem skazującym. W głośnej sprawie przeciwko prezesowi Optimusa, Romanowi Klusce, oskarżonemu niezgodnie z prawem podatkowym przez Prokuraturę Apelacyjną w Krakowie, sprawca tej kpiny ze sprawiedliwości, prokurator W. Nocoń został niedługo potem…awansowany.

Produkcja kryminalistów

Kryminalizacja działalności gospodarczej polega na stosowaniu ostrzejszego kodeksu karnego w miejsce adekwatnego kodeksu karno – skarbowego. Jest to ewidentny powrót do praktyk stosowanych w komunizmie, kiedy to w sprawach gospodarczych stosowano wyłącznie kodeks karny, wzmacniany ustawami specjalnymi.
Prokuratorzy szybko wykorzystali okazję, ścigając przedsiębiorców z kodeksu karnego, który – chociażby ze względu na swoją rangę – ułatwiał aresztowanie „kandydatów na podejrzanych”. Prokurator oskarżający za przestępstwa gospodarcze z (bardziej ogólnego) kodeksu karnego, nie musi się znać na gospodarce, na finansach, na przepisach podatkowych. Wystarczy pomówienie wystraszonego przez organa ścigania, niekompetentnego świadka. W przypadku stosowania adekwatnego w sprawach gospodarczych kodeksu karno – skarbowego wymagana jest wiedza ekonomiczna, zaś oskarżenie może nastąpić tylko w oparciu o kompetentną analizę dokumentacji, po zastosowaniu postępowania odwoławczego przed Sądami Administracyjnymi. Ogólniejszy i bardziej rozciągliwy kodeks karny, celowy i skuteczny w przypadku przestępstw pospolitych, jest zupełnie nieprzydatny i szkodliwy społecznie w stosunku do przestępstw podatkowych czy gospodarczych. Również metody śledztwa prowadzone przez prokuratorów oskarżających w sprawach gospodarczych z kodeksu karnego, są w sprawach gospodarczych zupełnie nieprzydatne. Dlatego tak trudno doprowadzić do wyroku. W sprawach gospodarczych dowód przed sądem mogą stanowić wyłącznie opinie ekspertów, biegłych sądowych. Tymczasem, wykorzystywani przez prokuratorów inspektorzy kontroli skarbowej – którzy w przeciwieństwie do biegłych sądowych, którzy za swoje ekspertyzy czy opinie biorą odpowiedzialność cywilną i karną – nie są ekspertami, stąd ich protokoły, czy opinie nie są brane przez sąd pod uwagę. Uwięzienie kandydata na podejrzanego ma na celu znęcanie się nad nim w celu wymuszenia samooskarżenia, które i tak przed sądem nie ma żadnego znaczenia, gdyż można je podważyć ekspertyzą biegłego sądowego. Dzięki zarzutom z kodeksu karnego wiele zwykłych przestępstw podatkowych nabiera znamion przestępstw pospolitych. Do tej grupy należą m.in.

1) uszczuplenie podatku, precyzyjnie opisane w kodeksie karno-skarbowym, staje się w oczach kodeksu karnego wyłudzeniem, a przecież, aby kogoś oskarżyć o przestępstwo wyłudzenia, trzeba mu najpierw udowodnić, że sfałszował wniosek o zwrot podatku z urzędu skarbowego. Błędy, czy nawet świadome zatajenie danych w deklaracji podatkowej, to tylko uszczuplenie podatku, ścigane z kodeksu karno – skarbowego i nie ma znaczenia opinia zastraszonej księgowej czy innego świadka.

2) wierzytelność nie może być oszustwem, a w każdym razie nie każda wierzytelność, jak tego dowodzą niekompetentni prokuratorzy. Wierzytelność jest przede wszystkim zobowiązaniem, które powinno być dochodzone z Kodeksu Cywilnego lub przez firmy windykacyjne. Wierzytelność staje się oszustwem na podstawie – jakże często wymuszonego przez organy ścigania – doniesienia od wierzyciela. Trzeba pamiętać, że wierzyciel, który pod wpływem nacisków ze strony policji czy prokuratury, kieruje na dłużnika doniesienie do organów ścigania – działa na szkodę swojej firmy, gdyż – zamiast ściągać wierzytelności – chroni się przed zwolnieniem z pracy.

3) Popularnym zarzutem kierowanym wobec przedsiębiorców jest ostatnio tzw. działanie w zorganizowanej grupie przestępczej. Prokuratorzy zapominają, że powołany uchwałą udziałowców zarząd odpowiada imiennie majątkowo z Ordynacji Podatkowej (art. 116) oraz z Kodeksu Spółek Handlowych (art. 299) i to jest jego najważniejsza rola. Stawiając prezesowi zarządu zarzut działania w zorganizowanej grupie przestępczej zwalnia się go z odpowiedzialności majątkowej, gdyż dochodzenie odszkodowania z Ordynacji Podatkowej czy Kodeksu Spółek Handlowych przedawni się (najprawdopodobniej) przed zapadnięciem prawomocnego wyroku „karnego”.

4) Patologią jest stawianie zarzutu niegospodarności członkom zarządu firmy, w czasie gdy właściciele firmy nie mają wobec prezesa zarządu najmniejszych pretensji.

5) Modnym, zwłaszcza ostatnio jest zarzut prania brudnych pieniędzy. Wynika to z faktu, że artykuł 299. kodeksu karnego, dotyczący prania pieniędzy, sformułowany jest tak ogólnikowo, że można go postawić każdemu kto pobiera lub wpłaca gotówkę na konto. Szczególnie, gdy urzędnik bankowy (ze strachu, w obronie swojej posady) złoży doniesienie do policji lub prokuratury.

6) I wreszcie, częsta, a przy tym niezwykle medialna oręż walki z przedsiębiorcami, jaką jest zarzut korupcji. W efekcie, dowody wdzięczności wobec lekarzy, czy nauczycieli oraz prowizje dla pośredników w biznesie stają się podstawą do oskarżenia o korupcję.

PiS (Prokurator i Socjalizm)

Naciąganie kodeksu, przestępcze praktyki organów ścigania i prokuratorów, możliwe dzięki cynicznym rozporządzeniom Lecha Kaczyńskiego należy czym prędzej ukrócić. Tym bardziej, że grozi nam perspektywa prezydentury ich twórcy.
Krytykami rozporządzeń bywają – nieliczni, bo nieliczni, ale jednak – nawet sami prokuratorzy. Jednym z nich jest z-ca prokuratora okręgowego ze Szczecina, Tadeusz Kuligowski, który w wywiadzie udzielonym Rzeczpospolitej w lipcu 2002 r. stwierdził, że podstawą do oskarżenia w sprawach podatkowych jest kodeks karno – skarbowy i fachowa analiza dokumentów finansowo – księgowych, a nie pomówienie przestraszonego świadka. Przyznał też, że prokuratorom i policjantom brakuje odpowiedniego przygotowania ekonomicznego do prowadzenia śledztw w sprawach podatkowych. Ubolewał wprawdzie, że przestępstwa podatkowe ścigane z kodeksu karno – skarbowego przedawniają się już po 3 latach (a w szczególnych przypadkach po 5 latach), ale był to rok 2002, dzisiaj sprawa przedstawia się znacznie gorzej. Mimo to nie sugerował naciągania prawa i stosowania, ostrzejszego kodeksu karnego. Niestety, podobna postawa jest wśród prokuratorów ewenementem. Prokurator Kuligowski został za nią ukarany. Odebrano mu nadzór nad śledztwem w sprawie mafii paliwowej i przekazano go Prokuraturze Apelacyjnej w Krakowie, co – niestety – śledztwu temu niczego dobrego nie wróży. Prowadzący je, prokurator Marek Wełna ogłosił swoje kredo odnośnie ścigania przestępstw gospodarczych w innym wywiadzie, tym razem udzielonym Gazecie Krakowskiej kilka miesięcy później, stwierdzając m.in. że „widoczna ostatnio większa skuteczność w ściganiu przestępstw podatkowych jest możliwa dzięki temu, że (…) przestępstwa te mogą być ścigane (…) z surowszego kodeksu karnego”.
Prokurator Wełna to jeden z najpilniejszych uczniów ministra Kaczyńskiego, działający w myśl formuły: „dajcie mi człowieka, a ja paragraf znajdę”. Z okręgu krakowskiego wywodzi się kwiat partii Prawo i Sprawiedliwość, który gdy dojdzie do władzy, prawdopodobnie zaostrzy jeszcze kodeks karny i wydłuży okres przedawnień, o czym świadczy wspomniana wypowiedź posła Ziobro (z Krakowa).

Strzelanie w stopy

Działaczom PiS nie zależy na rozwoju przedsiębiorczości, dzięki której można by chociaż zmniejszyć bezrobocie i przyczynić się do wzrostu dobrobytu. Im zależy wyłącznie na władzy nad społeczeństwem polskim. Ci ludzie i ich przywódcy są chorzy na władzę, co wyraźnie czuć w ich działaniu. Oni się nawet z tym nie kryją. Za rządów braci Kaczyńskich nadużycia władzy jeszcze się nasilą, większa będzie także ich bezkarność. Jest to jednak typowe strzelanie sobie w stopy.

1. Prowadzenie spraw o przestępstwa podatkowe z kodeksu karnego, przed zakończeniem postępowania skarbowego przez Urzędy Kontroli Skarbowej, było i jest działaniem na szkodę Skarbu Państwa. Każdy Urząd Kontroli Skarbowej zawiesza postępowanie karno – skarbowe, aż do zakończenia postępowania odwoławczego, zakończonego prawomocnym orzeczeniem przed Sądami Administracyjnymi.
2. Postępowanie z kodeksu karnego zakłada przeprowadzenie rewizji przez policję i zajęcie dokumentacji finansowo – księgowej podejrzanej firmy (przedsiębiorcy). Policja, zajmująca dokumentację w sprawach podatkowych, czyni to często niedbale i niefachowo. W efekcie, zajęta dokumentacja jest potem nieprzydatna do postępowania skarbowego. O więcej, w ramach kodeksu karnego, podejrzany przedsiębiorca ma prawo odmowy współpracy z organami ścigania. Może więc odmówić wskazania miejsc, w których przechowywana jest jego dokumentacja. Zapewnia mu to art. 74 wspomnianego kodeksu. Może także odmówić porządkowania i opisania zajętej dokumentacji, a także uczestniczenia w postępowaniu skarbowym. Odmowa polega na tym, że nie wyraża zgody na kontrolę skarbową w firmie, wobec której rozpoczęto postępowanie karne. W przypadku kontroli skarbowej odmowa taka powodowała pewne utrudnienie, jednak po kilku tygodniach starań, inspektorzy skarbowi uzyskiwali zgodę na przeprowadzenie kontroli z pominięciem zgody prezesa firmy. Kiedy jednak represjonowany prezes firmy odmówił podpisania zgody na przeprowadzenie kontroli skarbowej w trakcie postępowania karnego, miał także prawo odmowy podpisania protokołów z tej kontroli oraz decyzji wydanej przez Urząd Kontroli Skarbowej. W rezultacie, decyzje Urzędu Kontroli Skarbowej były nieskuteczne i praktycznie zawieszały postępowanie skarbowe bez potrzeby prowadzenia postępowania odwoławczego. Zawieszone zostawało również postępowanie karno – skarbowe wobec prezesa firmy.
3. Prowadzenie spraw karno – skarbowych równolegle z postępowaniem z kodeksu karnego jest niezgodne z prawem i stanowi nadużycie nawet wówczas, gdy nierozważny przedsiębiorca zgadza się na postępowanie skarbowe równolegle z postępowaniem karnym.
4. Jeśli więc przedsiębiorca podejrzany w sprawie karnej ma wystarczająco siły woli, odporności psychicznej i potrafi wytrzymać znęcanie się nad nim policjantów i prokuratorów, może mimo tego wszystkiego uniknąć problemów majątkowych.
5. Rozpoczęcie postępowania karnego przed zakończeniem postępowania skarbowego, było i jest dla Skarbu Państwa szkodliwe, gdyż mądry przedsiębiorca jest w stanie wykorzystać bezprawie organów władzy, unikając zobowiązań wobec Skarbu Państwa, nie mówiąc już o wierzycielach. I to nawet wówczas, gdy takie zobowiązania jest zasadne. Na tym polega ewidentna szkodliwość penalizacji działalności gospodarczej.

Zmiany

Nowelizacja ordynacji podatkowej dokonana w czerwcu 2005r. przez Sejm, uniemożliwia bezprawne działanie organów władzy. Chodzi o zamianę w art. 181 ordynacji podatkowej mówiącą, że Urząd Kontroli Skarbowej nie może korzystać z dowodów zgromadzonych przez policję i prokuraturę w postępowaniu karnym, aż do czasu prawomocnego wyroku w procesie karnym. I dobrze, że współpraca organów skarbowych z urzędami prokuratorskimi została tym artykułem zablokowana, bo przecież dotychczas była ona niezgodna z prawem. Nie jest to dla nikogo żadna strata, gdyż dowody zgromadzone w postępowaniu karnym w sprawach podatkowych, nie mają wartości w postępowaniu skarbowym.
Nowelizacja natomiast może się przyczynić do tego, że ściganie przestępstw podatkowych prowadzone będzie wreszcie z litery kodeksu karno – skarbowego, a nie karnego. Oszczędzi to także strat Skarbowi Państwa, któremu nadużywanie prawa generowało ogromne koszty wynikające z zaniechania postępowania skarbowego. To jednak nie wyczerpuje problemu. Nowy minister sprawiedliwości powinien przywrócić rangę społeczną i godność niezawisłym sądom, zdewastowanym rozporządzeniami Lecha Kaczyńskiego, gdy był Ministrem Sprawiedliwości.

1. Należy zatem anulować rozporządzenia Lecha Kaczyńskiego umożliwiające więzienia ludzi bez sądu całymi latami. Nie ma to nic wspólnego z prawem czy sprawiedliwością. To co najwyżej mściwość; aresztowanie przedsiębiorcy służy często uniemożliwieniu mu skutecznej obrony.
2. Należy anulować rozporządzenia Lecha Kaczyńskiego, aby nie blokowały postępowań karnych wytoczonych przeciwko prokuratorom nadużywającym władzy.
3. Należy zlikwidować Prokuraturę Krajową, która jest azylem dla wielu prokuratorów zasłużonych wobec władz komunistycznych, jak choćby Andrzej Kończ, czy Wiesław Nocoń.
4. Należy skończyć wreszcie z patologią prawa, traktującą przedsiębiorców jako kryminalistów. Wymaga to m.in. trzymania PiS z dala od zarządzania prawem i sprawiedliwością.

Jan M. Fijor
Wiktor Rębacz

Autorzy: Zasad bezpiecznego biznesu – czyli jak ochronić firmę i majątek własny przed nadużyciami władz skarbowych. Fijorr Publishing Warszawa


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Mafia czeka na przeprosiny

środa, 16 marca 2011 23:59

Mafia czeka na przeprosiny

Numer: 47/2010 NIE
Autor: ANDRZEJ ROZENEK
Strona: 5

 

Po latach procesów zapadają prawomocne wyroki w sprawie rzekomej mafii paliwowej. Okazuje się, że oskarżano, trzymano w aresztach i niszczono niewinnych ludzi.

- Otwierać, policja! - zza drzwi słychać było podniesione głosy licznych funkcjonariuszy. Był mroźny warszawski poranek, 6.00 rano 14 grudnia 2002 r. Półprzytomny Wojciech Stefan Jaroń zwlókł się z łóżka i otworzył. Do mieszkania wpadli policjanci z Centralnego Biura Śledczego, założyli mu kajdanki i zawieźli na przesłuchanie do Szczecina. Mieszkanie Jaronia dokładnie przeszukano. - Udział w zorganizowanej grupie przestępczej wyłudzającej podatek akcyzowy - usłyszał Jaroń. Marcin Kowalski, prokurator Prokuratury Rejonowej w Szczecinie oddelegowany do Prokuratury Okręgowej, przypisał mu jeszcze funkcję księgowego mafii paliwowej i przybił funkcjonowanie w 300, oczywiście przestępczych, przedsiębiorstwach z tej branży. - Areszt na trzy miesiące - orzekła stanowczo sędzia Beata Półkownik-Łucyk, przewidując naturalnie możliwość mataczenia i zagrożenie wysoką karą. Wojciech Jaroń był dyrektorem finansowym Przedsiębiorstwa Budowlano-Handlowego Kamar, które zajmowało się między innymi sprzedażą oleju opałowego. Prowadził też firmę doradczą i działalność naukową. Kilka tygodni przed aresztowaniem napisał na Politechnice Radomskiej pracę pt. "Wybrane zagadnienia nadzoru akcyzowego w obrocie przetworami naftowymi". Zdaniem jednych była to kompleksowa analiza aktów prawnych regulujących rynek paliw, zdaniem innych gotowy poradnik, jak sprzedawać paliwo i nie płacić akcyzy. Tak czy inaczej, była to jedna z najbardziej poczytnych prac naukowych w Polsce. Na kilka dni przed zatrzymaniem, dokładnie 6 grudnia 2002 r., jako członek Polskiej Izby Paliw Płynnych, naukowiec i przedstawiciel firmy paliwowej, łączący teorię z praktyką, wybrał się Jaroń do Prokuratury Krajowej. Odbył dłuższą rozmowę z ówczesnym dyrektorem Departamentu Przestępczości Zorganizowanej w Ministerstwie Sprawiedliwości Zbigniewem Rychlikiem. Przedstawił analizę aktów prawnych, które jego zdaniem umożliwiały powstanie nielegalnego obrotu paliwem, wskazał wszystkie dziury w prawie, które przedsiębiorcom paliwowym pozwalały omijać podatek akcyzowy. Nie mamy pewności, czy wizyta u prokuratora Rychlika spowodowała nieszczęścia, które dotknęły później Jaronia. To tylko hipoteza. Jaroń w areszcie "tymczasowym" przesiedział osiem miesięcy. W tym czasie do prasy poszedł przeciek, "Rzeczpospolita" napisała, że Wojciech J. oszukał skarb państwa na ok. 4 min zł, nie płacąc akcyzy. Autorzy tej poczytnej gazety dodali jeszcze, że Jaroń oferował współpracę CBS, czyli że chciał kapować. Gazetę ktoś podrzucił pod celę w Areszcie Śledczym w Szczecinie, gdzie Jaroń siedział. Doszło do próby pobicia "rozjebusa" przez grypsujących. Szczęśliwie po ośmiu miesiącach Jaroń opuścił areszt tymczasowy względnie w jednym kawałku. Pierwszy wyrok zapadł 24 listopada 2006 r. Sąd Rejonowy w Łomży w całości uniewinnił Jaronia od zarzucanych mu przez prokuraturę czynów. 30 kwietnia 2007 r. wyrok ten w całości utrzymał sąd drugiej instancji. Prokuratura wniosła o kasację, jednak sama ją cofnęła. Wojciech Jaroń jest więc całkowicie NIEWINNY! W uzasadnieniu obydwa sądy zauważyły, że akt oskarżenia został wniesiony w oparciu o wadliwe rozporządzenie ministra finansów, które było niezgodne z ustawą o podatku od towarów i usług oraz podatku akcyzowym, tudzież z konstytucją. Czyli winę za oskarżenie niewinnego człowieka de facto ponosi ówczesny minister finansów. Rozporządzenie zostało podpisane 5 stycznia 1998 r., ministrem finansów był wówczas Leszek Balcerowicz. Również zarzut udziału Jaronia w zorganizowanej grupie przestępczej okazał się, zdaniem sądu, całkowicie bezzasadny: prokuratura za taki związek uznała, współpracujące ze sobą na zwykłych zasadach rynkowych, podmioty gospodarcze. Jaroń otrzymał już 50 tys. zł tytułem zadośćuczynienia, wywalczył też wyrok nakazujący przeprosiny. 1 października tego roku Sąd Okręgowy w Szczecinie nakazał skarbowi państwa, Prokuraturze Apelacyjnej w Szczecinie oraz komendantowi głównemu policji zamieścić w dzienniku "Rzeczpospolita": W związku z wyrokiem Sądu Rejonowego w Łomży z dnia 24 listopada 2006 r. w sprawie o sygn. akt II K/55/05 oświadczam, że tymczasowe aresztowanie pana Wojciecha Stefana Jaronia i jego oskarżenie w tej sprawie były całkowicie bezzasadne. Za Skarb Państwa: Prokurator Prokuratury Apelacyjnej w Szczecinie i Komendant Główny Policji w Warszawie. Zadośćuczynienie jest symboliczne, 50 tys. zł nie wynagrodzi Jaroniowi kompletnie zniszczonego życia. Od czasu odsiadki i publikacji w "Rzepie" przez wiele osób jest traktowany jak gangster, a co najmniej nieuczciwy przedsiębiorca. To nie ułatwia życia, w szczególności źle służy interesom. Również przeprosiny (o ile w ogóle nastąpią, bo póki co skarb państwa nie śpieszy się z realizacją postanowienia sądu) ze strony innych osób niż te, które zniszczyły Jaronia, są mało satysfakcjonujące. Koniec lat 90. ubiegłego wieku i początek XXI był to czas największego rozkwitu rynku paliwowego. Mało znane i niewielkie firmy w szybkim tempie zarabiały na obrocie paliwami gigantyczne sumy. Jak już wiele razy pisaliśmy, działo się tak, gdyż parlament i ministerstwa produkowały ułomne prawo. Zagmatwane przepisy i luki w prawie stały się pożywką, na której wyrosło to, co dziś nazywa się mafią paliwową. Jedni obchodzili przepisy, bo dało się je łatwo obejść, inni, mniej zaradni, widząc szybkie wzbogacenie się konkurencji, po prostu prawo łamali. Jednych i drugich wsadzono do jednego wora i okrzyknięto paliwową mafią, która niemalże rozkłada polską gospodarkę. W krótkim czasie straty skarbu państwa zaczęto szacować w setkach milionów, a nawet w miliardach rocznie. Zamiast uszczelnić przepisy, państwo nadal je gmatwało, otwierając paliwowym bossom kolejne furtki pozwalające omijać akcyzę. A wystarczyło przeczytać pracę naukową Jaronia i wyciągnąć z niej wnioski. Jednocześnie do opinii publicznej trafił kłamliwy przekaz: wydajemy wojnę mafii paliwowej. Powstał słynny międzyresortowy zespół do zwalczania mafii paliwowej, w skład którego weszli najlepsi rzekomo policjanci, skarbowcy i prokuratorzy. Zespół otrzymał znaczące środki i wszelkie możliwe błogosławieństwa. W sprawie Jaronia szczególnie się "zasłużył" członek tej specgrupy, podinspektor I Wydziału CBŚ Zenon Parchimowicz. Na czele zespołu prokuratorskiego stanął opisywany wiele razy w "NIE" prokurator Marek Wełna z Krakowa. Przez Polskę przeszła fala zatrzymań, sądy decydowały o wielomiesięcznych, a nawet wieloletnich aresztach tymczasowych. Do dziś próżno szukać innych wyników pracy tego zespołu. Prawomocnie skazano jednego prawdziwego barona paliwowego, ale nie udało się odebrać kilkuset milionów, które ukradł skarbowi państwa. Piotr K. ze Sztumu większość swojej fortuny ulokował na bezpiecznych lokatach w Szwajcarii i zapewne nieźle sobie z nich żyje, bowiem już od dawna przebywa na wolności. Reszta baronów i pseudobaronów nie doczekała się jak dotąd prawomocnych wyroków, akty oskarżenia są fatalnie przygotowane, polegają najczęściej na zalaniu sądów setkami tomów makulatury, które niczego nie dowodzą. Funkcjonariusze państwa, którzy zniszczyli życie Wojciecha Jaronia, mają się świetnie. Sędzia Beata Półkownik-Łucyk już nie ogłasza za marne grosze wyroków, zdjęła łańcuch z orłem, żeby zostać szanowaną adwokat. Prokurator Marcin Kowalski poszedł w jej ślady, również jest adwokatem. Podinspektor Zenon Parchimowicz już w 2004 r. przeszedł z policji do Orlenu. W tym największym w Polsce koncernie paliwowym zajął stanowisko... specjalisty ds. bezpieczeństwa, z pensją około 20 tys. zł. Leszek Balcerowicz jest posiadaczem 12 tytułów doktora honoris causa najbardziej szanowanych uczelni, kawalerem Orderu Orła Białego oraz kilkudziesięciu innych odznaczeń. Wciąż uchodzi za gospodarczego guru. Jaroń kupuje codziennie "Rzeczpospolitą", licząc, że może ktoś więcej poza jego rodziną dowie się o tym, że nie jest bandytą. ?


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Aresztowania w śledztwie dotyczącym fikcyjnego obrotu paliwami i prania brudnych pieniędzy

niedziela, 26 grudnia 2010 9:35

11 14:14

Lublin: Aresztowania w śledztwie dotyczącym fikcyjnego obrotu paliwami i prania brudnych pieniędzy


Czterech męższczyzn podejrzanych o udział w grupie przestępczej zajmującej się wystawianiem faktur VAT potwierdzających fikcyjny obrót paliwami aresztował sąd w Lublinie. Dotychczasowe ustalenia wskazują, że mogło dojść do zalegalizowania w ten sposób około 10 mln zł pochodzących z nieustalonych źródeł - poinformował w poniedziałek PAP zastępca szefa lubelskiej prokuratury okręgowej Andrzej Lepieszko.

Wśród aresztowanych jest wiceprezes spółki Dom Wydawniczy Edukacja w Warszawie, 69-letni Roman G. Prokuratura zarzuciła mu udział w grupie przestępczej fałszującej dokumenty oraz wystawienie faktury potwierdzającej fikcyjną sprzedaż przez spółkę 30 tys. litrów oleju napędowego o wartości 83 tys. zł.

Dom Wydawniczy Edukacja jest firmą, która dostarczyła Samoobronie 50 tys. kompletów podręczników, które partia Andrzeja Leppera rozdała ubogim. O aresztowaniu członka kierownictwa firmy współpracującej z Samoobroną napisało w sobotę "Życie Warszawy".

Aresztowany został także pracownik spółki Edukacja Cezary D., któremu obok udziału w zorganizowanej grupie przestępczej prokuratura zarzuciła wystawienie 13 faktur na pozorowaną sprzedaż ponad 36 tys. litrów oleju napędowego o łącznej wartości ponad 1 mln zł.

Pozostali aresztowani to właściciel firmy z Mławy 29-letni Artur O., który miał wystawić 18 faktur dotyczących zakupu prawie 630 tys. litrów paliwa wartości ponad 1,8 mln zł oraz 28-letni Marcin S., który według prokuratury, jako dyrektor handlowy kieleckiej spółki wystawił trzy faktury potwierdzające sprzedaż 83 tys. litrów paliwa o łącznej wartości 243 tys. zł. Marcin S. miał też nakłonić właściciela firmy w Skarżysku-Kamiennej do udziału w kilkudziesięciu fikcyjnych transakcjach paliwami o łącznej wartości niemal 8 mln zł.
Śledztwo w tej sprawie od roku prowadzi wydział ds. przestępczości zorganizowanej Prokuratury Okręgowej w Lublinie przy udziale funkcjonariuszy Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Centralnego Biura Śledczego i Inspekcji Celnej. Zostało ono wszczęte po doniesieniu Głównego Inspektoratu Finansowego, który poinformował prokuraturę o dokonywanych w 2004 i 2005 r. częstych przelewach bankowych na znaczne kwoty pomiędzy kilkunastoma podmiotami. Uzasadnieniem przelewów miały być transakcje paliwami. Zachodziło podejrzenie, że chodzi o pranie brudnych pieniędzy.

"Często w ciągu jednego dnia pieniądze przelewano przez rachunki bankowe czterech firm i wypłacano w gotówce. Z ustaleń śledztwa wynika, że w tak krótkim czasie nie można było przeprowadzić takiej liczby transakcji paliwami, biorąc pod uwagę, że każdorazowo miała być badana jakość paliwa w specjalistycznych laboratoriach jeszcze przed dokonaniem zapłaty" - powiedział Lepieszko.

Wszystkim aresztowanym grozi kara do 8 lat więzienia. Według Lepieszki wkrótce należy się spodziewać kolejnych zatrzymań w tej sprawie. (PAP)

kop/ pz/ jra/


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Red. Michał Stankiewicz z szczecińskiej Rzepy aktywny i etyczny

czwartek, 11 listopada 2010 13:43

Red. Michał Stankiewicz z szczecińskiej Rzepy aktywny i etyczny

Już w 2008 odnotowałem ,iż Michał Stankiewicz, szczeciński korespondent ”Rzeczpospolitej” (Presspublica), odchodzi z końcem roku z gazety. Dla ”Rz” pracował w Szczecinie ponad 10 lat. Stankiewicz nie zdradza planów zawodowych.

Jako partner medialny w randze korespondenta Rzeczypospolitej  w akcji politycznej Pt. „mafia paliwowa” dziennikarki śledczej Anny Marszałek wyrzuconej z SDP nie powiedzieli słowa przepraszam. Czy SDP odbierze im członkowstwo i nagrody przyznane za zniszczenie Szermietiewa Anna Marszałek i inni śledczy  nie powiedzieli słowa przepraszam. Czy SDP odbierze przyznane za zniszczenie Szeremietiewa , Kempskiego i firm paliwowych w zakresie  płodzenia knotów o rzekomej mafii.
 
Obecnie identyfikowany z szczecińskim magazynem PRESTIŻ  jako prezes wydawcy pod nazwą Fabryka Słowa Sp. z o.o.. Zawdzięczam red. Michałowi Stankiewicz z Szczecina ,iż wskutek tzw. „przecieku kontrolowanego” z prokuratury i szczecińskiego CBŚ w dniu 17 grudnia 2002 spłodził artykuł Pt. „Zamiast do CBŚ trafił do aresztu” o pisujący mnie osobiście , którego egzemplarz  podrzucony pod celę szczecińskiego Aresztu Śledczego spowodował ,iż musiałem walczyć gołymi pięściami o życie z grypsującymi.
 
Sąd Okręgowy w Szczecinie I Wydział Cywilny dał wiarę dowodom i stwierdził naruszenie moich dóbr osobistych art.24 k.c. w wyroku z dnia 01 pażdziernika 2010r..
 
Zasada umożliwienia wypowiedzenia się osób, o których gromadzi się i wykorzystuje w publikacji materiał prasowy, zapoznanie ich ze sformułowanymi pod ich adresem zarzutami, oraz weryfikacja uzyskanych informacji w oparciu niezależne i obiektywne źródła ( inny niż inspirowany politycznie „przeciek”- to kanon zawodowego dziennikarstwa.

Naruszenie tych zasad, w wypadku Anny Marszałek i Michała Stankiewicza  rażące ich naruszenie, dla zawodowego dziennikarza, parającego się od wielu lat tym zawodem - winna stanowić podstawę do prawnego orzeczenia o zakazie wykonywania tego zawodu.
 
Wojciech Stefan Jaroń

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Mafia gazowa - wg. posła Nowaka

niedziela, 05 września 2010 11:40

W związku z debatowaniem   w dniu dzisejszym nad projektem przepisów o podwyższeniu akcyzy na olej opałowy oraz   LPG do celów komunalnych, dedykujemy informacje Inspekcji Handlowej w przedmiocie nieprawidłowości przy dystrybucji  gazem LPG.

Obecnie toczy sie około 230 śledztw, obejmujących ponad 2 tyś podmiotów, które dotyczą przekretów w mafii paliwowej. Teraz  nie chce się zrównać akcyzy na w.w  produkty, co po-woduje, że dalej bedziemy mieli patologie w tym zakresie. Jaki to problem,  z r ó w n a ć   akcyze tak, aby została  pobrana  na stacji od każdego w pełnej wysokości, a po przedłożeniu rachunku na zakup, uzyskać zwrot od Urzędu Skarbowego lub Urzędu Celnego w drodze potrącenia z PIT lub CIT lub innej decyzji?

Większe wpływy z akcyzy np.  o 2 mld, mogły by sie przyczynić  również do obniżenia tej daniny. Póki co hodujemy kolejną mafię gazową. Brawo dla populistów.

 

ZASTĘPCA GŁÓWNEGO
INSPEKTORA INSPEKCJI HANDLOWEJ
Bogumił Ciaś

BK/WP-070-14/05/MC

Warszawa,  15 marca 2005 r

Pan
Zbigniew Nowak
Poseł na Sejm RP

W związku z pismem z dnia 20 lutego 2005 r. uprzejmie informuję i wyjaśniam, co następuje.

Rok 2004 był kolejnym rokiem wzrostu wolumenu sprzedaży gazu płynnego na polskim rynku. Największą dynamikę wzrostu zanotowano na rynku autogazu, którego sprzedaż, w stosunku do roku 2003, wzrosła o 35 % i wyniosła l min 440 tyś. ton. Polska stała się tym samym największym konsumentem autogazu w Europie, wyprzedzając Włochy.

Tak dynamiczny wzrost konsumpcji tego rodzaju paliwa wynika z wzrastającej z roku na rok ilości pojazdów samochodowych napędzanych gazem płynnym. W roku 2004 w Polsce przybyło 350 tyś. pojazdów z instalacją gazową. Po naszych drogach porusza się już l milion 450 tyś. samochodów,  w których do napędu używany jest właśnie ten rodzaj paliwa.

Niewątpliwie taka sytuacja ma miejsce głównie za przyczyną relacji cenowych gazu LPG w stosunku do paliw ciekłych.

W związku z tym wzrasta również skala problemów i ilości skarg na jakość tego paliwa napływających od konsumentów, którzy korzystają z gazu LPG.

Niestety brak jest obecnie odpowiednich regulacji prawnych pozwalających na kontrolę i obiektywną ocenę jakości gazu LPG do pojazdów samochodowych, oferowanego konsumentom przez różne podmioty gospodarcze. Według posiadanej przez IH wiedzy, w Ministerstwie Gospodarki i Pracy prowadzone są prace zmierzające do nowelizacji ustawy z dnia 23 stycznia 2004 r. o systemie monitorowania i kontrolowania jakości paliw ciekłych i biopaliw ciekłych (Dz. U. Nr 34, poz.293 z późn. zm.) oraz wydania stosownych rozporządzeń wykonawczych, umożliwiających prowadzenie kontroli tego rodzaju paliwa, tj. określenie: wymagań jakościowych dla gazu LPG, metod badania jakości gazu LPG, sposobu pobierania próbek gazu.

M. in. brak oprzyrządowania prawnego i skargi konsumentów na jakość oferowanego na stacjach autogazu były przyczyną podjęcia przez Inspekcje Handlową decyzji o przeprowadzeniu wstępnego rozpoznania tego problemu. Przystępując do tej operacji mieliśmy świadomość, że żaden organ w Polsce nie kontrolował tego rynku poza tzw. kontrolami wewnętrznymi dystrybutorów i importerów gazu.

Było to jedynie pilotażowe badanie jakości gazu oferowanego konsumentom na stacjach paliw. Zostało ono przeprowadzone przy pomocy akredytowanego laboratorium badawczego, które pobrało próbki gazu i dokonało ich analizy laboratoryjnej.

W związku z powyższym, uzyskane wyniki badań nie były i nie mogą być wykorzystywane przez Inspekcję Handlową w żadnych postępowaniach pokontrolnych.

Ze względu na ograniczone środki finansowe, ilość pobranych do badań próbek z oczywistych względów nie była zbyt duża i nie może stanowić próby reprezentatywnej dla całego kraju. Próbki gazu zostały pobrane tylko na 36 wybranych losowo stacjach paliw, w czterech województwach północno -wschodniej Polski.

Przeprowadzone badania laboratoryjne pobranych próbek wykazały, że ponad 41 % z nich nie spełniało wymogów normy PN-EN 589:2003 Paliwa do pojazdów samochodowych LPG. Wymagania i metody badań.

Tym niemniej, należy zauważyć, że uzyskane wyniki badań wskazują, iż jakość gazu jest dalece niezadowalająca i wymaga zajęcia się tym problemem.

W świetle powyższych wyjaśnień, wnioskowane przez Pana przeprowadzenie kontroli jakości gazu LPG na stacjach paliw i w hurtowniach możliwe będzie dopiero po wejściu w życie stosownych regulacji prawnych.

Ponieważ było to jedynie pilotażowe rozpoznanie sytuacji w zakresie jakości gazu, przeprowadzone bez żadnego oprzyrządowania prawnego a także bez działań pokontrolnych     ze strony IH, upublicznianie danych o stacjach paliw, na których stwierdzono, iż gaz LPG nie odpowiadał wymaganiom jakościowym określonym w ww. normie, wydaje się zbyt ryzykowne.

 

W chwili obecnej żadne przepisy prawa materialnego nie nakładają na przedsiębiorców obowiązku posiadania świadectw jakości czy atestów na oferowany konsumentom gaz LPG lub paliwa ciekłe.

Aktualnie stosowanie Polskich Norm, zgodnie z zapisami ustawy z dnia 12 września 2002 r. o normalizacji (Dz. U. Nr 169, póz. 1386 z późn. zm.) jest dobrowolne.

Obowiązek posiadania przez przedsiębiorcę dokumentu dotyczącego jakości danej partii paliwa będącego przedmiotem prowadzonego obrotu, wynika jedynie z udzielanych przez Prezesa Urzędu Regulacji Energetyki koncesji. Jednak w przypadku gazu płynnego, wymóg posiadania koncesji na obrót tym paliwem dotyczy tylko tych przedsiębiorców, na których taki obowiązek nakładają przepisy art. 32 ust. l pkt 4 ustawy z dnia 10 kwietnia 1997 r. Prawo energetyczne (tekst jednolity: Dz. U. 2003 r. Nr 153 póz. 1504 z późn. zm.)

Problemy związane z jakością gazu LPG, z którego korzysta coraz większa rzesza konsumentów,  są w stałym zainteresowaniu Inspekcji Handlowej. Życzliwe zainteresowanie    się tym problemem przez Pana Posła może pozwolić na przyspieszenie prac związanych z nowelizacją ww. ustawy oraz wydaniem stosownych przepisów wykonawczych, które umożliwią podjęcie odpowiednich działań kontrolnych przez IH.

W załączeniu przekazuję jednocześnie „Syntetyczną informację dotyczącą jakości gazu     do pojazdów samochodowych (LPG)", która została sporządzona na podstawie uzyskanych wyników badań próbek gazu.

BK/WP-034-2/05/MC
Syntetyczna informacja dotycząca jakości gazu do pojazdów samochodowych (LPG)

Dane statystyczne wskazują, że z roku na rok wzrasta w Polsce zużycie gazu propan - butan,   w tym ilość gazu zużywanego w pojazdach samochodowych. Polska stała się drugim  po Włoszech konsumentem tego rodzaju paliwa do silników samochodowych, a szacunkowa liczba pojazdów   z zamontowaną instalacją zasilania gazem określana była w roku 2003 na ponad l milion. Według przewidywań rok 2004 przyniósł dalszy wyraźny wzrost liczby pojazdów zasilanych gazem jak   i ilości zużywanego w nich gazu LPG.

W ostatnim okresie IH odnotowuje wzrost informacji i skarg konsumentów na jakość gazu używanego w pojazdach samochodowych, choć ich ilość w porównaniu do paliw ciekłych      jest zdecydowanie mniejsza. Skargi te nie mogą być, naszym zdaniem, miernikiem jakości gazu. Patrząc przez pryzmat paliw ciekłych należy zauważyć, że ilość skarg i informacji związanych    z ich jakością diametralnie wzrosła w okresie samej kontroli i jej nagłaśniania, wskazującego, kto może być ich adresatem.

Jak dotąd, nikt w Polsce nie posiada udokumentowanej wiedzy na temat jakości gazu sprzedawanego w ogólnodostępnych stacjach paliw. Poglądy w tej materii są bardzo zróżnicowane    i mogą zawierać w sobie wiele ocen subiektywnych. Obszar ten nie ma żadnych regulacji prawnych pozwalających na kontrolę i obiektywną-ocenę jakości gazu LPG do pojazdów samochodowych, oferowanego konsumentom przez różne podmioty gospodarcze.

Sygnały i wnioski od konsumentów kierowane nie tylko do IH spowodowały, że Ministerstwo Gospodarki i Pracy podjęło ten problem. Według naszej wiedzy działania zmierzające do wydania odpowiednich regulacji prawnych, podobnych jak w przypadku paliw ciekłych, znajdują się w fazie przygotowań. Naszym zdaniem osiągnięcie celu wymaga nowelizacji ustawy o systemie monitorowania i kontrolowania jakości paliw ciekłych i biopaliw ciekłych, której odpowiednie zapisy dadzą Ministrowi Gospodarki i Pracy delegację do wydania stosownych rozporządzeń wykonawczych dotyczących:

  • wymagań jakościowych dla gazu LPG, co nada normie europejskiej dotyczącej gazu LPG rygor obowiązkowego stosowania,
  • metod badania jakości gazu LPG,
  • sposobu pobierania próbek gazu.

Równie ważnym problemem są także aktualne możliwości badawcze laboratoriów analitycznych, które w naszej ocenie są obecnie dalece niewystarczające, w szczególności pod względem akredytowanych metod badania LPG zgodnych z normą PN EN 589 Paliwa do pojazdów samochodowych LPG. Wymagania i metody badań.

Brak wyżej wymienionych regulacji prawnych wyklucza podjęcie przez IH, podobnych jak w przypadku benzyn i oleju napędowego, kontroli jakości gazu propan-butan.

Uwzględniając powyższe a także wagę problemu jakości gazu dla konsumentów i pojazdów   samochodowych.   Inspekcja   Handlowa   podjęła   decyzję   o przeprowadzeniu w kilku województwach sondażowego rozpoznania jakości gazu w wylosowanych stacjach paliw,   przy pomocy

 akredytowanego laboratorium. Sondaż sprowadził się do pobrania 36 próbek gazu    z wytypowanych losowo stacji paliw w województwach:

 

  • Pomorskim,
  • Podlaskim,
  • Warmińsko - mazurskim,
  • Kujawsko - pomorskim.

Przeprowadzone badania laboratoryjne wykazały, że w przypadku 15 próbek gazu tj. 41,66 % próbek pobranych i skontrolowanych, jakość gazu nie odpowiadała wymaganiom określonym    w ww. normie. W badanych próbkach kwestionowano następujące parametry:

  • zawartość siarki,
  • zawartość wody,
  • działanie korodujące na płytce miedzianej,
  • liczbę oktanową.

W części kwestionowanych próbek gazu wymagań jakościowych nie spełniało więcej niż jeden z badanych parametrów.

Ponadto z oceny analiz chromatograficznych, których nie przewiduje norma, wynikał bardzo różnorodny skład sprzedawanego gazu LPG. Zmieniał się on od zawartości sześciu - siedmiu składników w różnych proporcjach do prawie czystego propanu (około 95%).

W wielu przypadkach w wystawianych fakturach przedsiębiorcy określali sprzedawany produkt jako propan - butan, autogaz, gaz płynny i in.

Średnia cena detaliczna gazu LPG według danych Polskiej Izby Paliw Płynnych kształtowała się na początku grudnia 2004 r. na poziomie 2,02 zł. W województwach, w których pobrano próbki gazu do badań wahała się ona od 1,97 do 2,03 zł.

Natomiast na stacjach, z których pobrano próbki średnia cena gazu wyniosła 1,94 zł. Należy zauważyć, że w przypadku 14 kwestionowanych próbek ceny jednostkowe l litra gazu były niższe niż 2,00 zł i wahały się od 1,83 do 1,99 zł/l.

Wydaje się, że przyczyn zróżnicowania cen gazu można upatrywać w:

  • wprowadzaniu do obrotu na stacjach paliwowych gazu przeznaczonego na cele komunalne - bytowe,
  • wprowadzaniu do obrotu gazu pochodzącego z nielegalnego importu.

Generalnie należy stwierdzić, że co prawda ilość pobranych do badań próbek nie była zbyt duża i nie może stanowić próby reprezentatywnej dla całego kraju, to jednak wskazuje, że jakość gazu jest dalece niezadowalająca i wymaga zajęcia się tym problemem.

Na tle przedstawionej sytuacji zasadnym wydaje się:

  • przyspieszenie procesu związanego z uregulowaniami prawnymi tego segmentu rynku,
  • przygotowanie laboratoriów do analiz jakości gazu według określonych metod badawczych  w  aspekcie technicznym i akredytacyjnym,
  • podjęcie kontroli jakości gazu w szerszym zakresie bazując na wydanych wcześniej aktach prawnych.

Opracowano: w Wydziale Kontroli Paliw. Akceptował: Eugeniusz Cyra Dyrektor Biura Kontroli i Bezpieczeństwa Produktów

Sprawdz, czy Twoja stacja gazowa ma koncesje URE? Tu jest link do bazy danych:  http://www.ure.gov.pl/koncesja/frame_k.html Przekraczając obrót 10 tyś EURO  musi ją posiadać!!!

Link http://raportnowaka.pl/news.php?typ=patologie&id=8&page=2


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Prokurator Wełna pogromca mafii paliwowej na bruku

środa, 05 maja 2010 23:01

Prokurator Wełna pogromca mafii paliwowej na bruku

Prokurator Marek Wełna, który od dwóch lat kierował zespołem prokuratorów zwalczających najpoważniejsze przestępstwa, pogromca mafii paliwowej stracił stanowisko - ustalili reporterzy radio RMF FM i dziennikarze śledczy RMF FM Marek Balawajder i Roman Osica..

Jak informuje RMF FM nieoficjalnie wiadomo, że obaj panowie nie darzą się sympatią. Z tego też powodu nowym zastępcą do spraw przestępczości zorganizowanej będzie prokurator Janusz Śliwa.

Zmiana jest zaskakująca, ponieważ prokurator Wełna stworzył efektywny zespół śledczych, którzy kierowali do sądu akty oskarżenia w sprawie mafii paliwowej  

Cytat z pewnego listu do Redakcji WPROST
  


W obecnej Polsce, gdy wymiar sprawiedliwości został wypaczony zarządzeniami i wytycznymi Lecha Kaczyńskiego, gdy był Ministrem Sprawiedliwości (lata 2000-2001) wręcz niemożliwe jest ukaranie tego cynicznego terrorysty urzędowego, za ewidentne i udokumentowane czyny karalne przez Marka Wełnę popełnione. Doświadczyłem tego osobiście składając kilka dobrze udokumentowanych zawiadomień o popełnieniu wielu przestępstw, m.in. przez prokuratora Marka Wełnę. Wydane przez Ministra Sprawiedliwości Lecha Kaczyńskiego rozporządzenia, wytyczne i instrukcje praktycznie uniemożliwiają pociągnięcie do odpowiedzialności prokuratora, nawet wówczas, gdy popełnił ewidentne, szczegółowo udokumentowane przestępstwa. A co dopiero mówić o przypadkach, gdy takie czyny nasuwają jakiekolwiek najmniejsze wątpliwości. Ówczesne rozporządzenia Lecha Kaczyńskiego, w ostatnich dwóch latach radykalnie wzmocnione przez byłego już ministra Zbigniewa Ziobro, prowadziły wprost do pełnienia przez urzędy prokuratury roli SB-cji IV Rzeczpospolitej. W efekcie eksperymentu na mojej osobie prokurator Marek Wełna ogłosił credo w Gazecie Krakowskiej z dnia 8.11.2002r w wywiadzie „Złoto z fabryki faktur", opisane szczegółowo w załączniku do niniejszego pisma. Polemika z ogłoszonymi w tym artykule poglądami Marka Wełny ze strony z-cy Prokuratora Okręgowego ze Szczecina Z.Kuligowskiego zakończyła się klęską tego ostatniego (został zdymisjonowany) a Marka Wełnę uznano za skutecznego prokuratora i w jego ręce przekazano śledztwa w sprawie tzw. mafii paliwowej. Nikogo nie interesowało to, że stosowane przez prokuratora Marka Wełnę przestępcze metody śledcze nie mają nic wspólnego ze sprawiedliwością i demokracją. Dokładnie opisuję to w załączniku do niniejszego pisma. Stosowane metody nie prowadzą również do szybkiego sądowego ukarania ewentualnych winnych, gdyż prokuratorskie matactwa skutkują kierowaniem do sądu kilkaset stronicowych niejasnych aktów oskarżenia przeciwko zwykle kilkunastu oskarżonym, wraz z kilkaset tomami zwykle niepotrzebnych akt oraz wytypowaniem kilkaset świadków oskarżenia, zwykle niezorientowanych w sprawie. Należy skończyć z haniebnymi praktykami przestępców i urzędowych terrorystów typu prokurator Marek Wełna, chronionych przez zdewastowane sądy. Dopiero wówczas tak naprawdę znajdziemy się w nowoczesnej Europie. Wrocław, 21.12.2007r
mgr inż. Leszek Szlachcic   sygn. akt VI Ds 27/01/s, Prokuratura Apelacyjna w Krakowie    


Prokurator pod presją czyli historia I dymisji z 2006r.
  


Prokurator Marek Wełna z wydziału przestępczości zorganizowanej krakowskiej prokuratury apelacyjnej, stojący na czele zespołu prowadzącego największe w kraju śledztwo w sprawie tzw. mafii paliwowej, niespodziewanie podał się do dymisji. Pismo w tej sprawie złożył 1 marca. Jako powód swojej decyzji podał problemy w porozumieniu się z nowymi przełożonymi. W krakowskiej prokuraturze apelacyjnej doszło ostatnio do wielu zmian kadrowych. Jej dotychczasowy szef prok. Bogusław Słupik awansował na dyrektora departamentu legislacyjno-prawnego Prokuratury Krajowej, a zastąpił go prok. Józef Giemza, cieszący się zaufaniem polityków PiS od czasu, kiedy jako szeregowy prokurator z Kielc zajmował się osławionym śledztwem w sprawie dziennikarzy w 2001 r. Miejsce odwołanego naczelnika wydziału p.z. Janusza Śliwy zajął prok. Marek Woźniak. Według prokuratorów z Krakowa (wszyscy zastrzegają anonimowość) zaczęło dochodzić do interwencji nowych przełożonych w prowadzone sprawy. - Wełna to twardziel, łatwo się nie poddaje, ale tym razem chyba trochę z naciskami przesadzili i Marek powiedział: nie! - mówi jeden z prokuratorów z krakowskiej PA. Marek Wełna kierował kilkunastoosobowym zespołem prokuratorów z całej Polski rozpracowującym powikłane wątki przestępstw paliwowych. - Miał świetne rozeznanie, pamięć i bezbłędnie kojarzył, nie trzeba było tracić czasu na szperanie w aktach, jego wiedza była bezcenna - ocenia były przełożony Wełny. - Kiedy do naszej prokuratury przyszli nowi przełożeni, zaczęły się kłopoty - ujawnia jeden z prokuratorów grupy paliwowej. - Domagali się, aby zajmować się konkretnymi wątkami, a inne odkładać na bok, Marek nie godził się z tym. Z innych źródeł wiadomo, że śledztwem kierowanym przez Wełnę szczególnie interesował się nowy szef pionu przestępczości zorganizowanej w Prokuraturze Krajowej Bogdan Święczkowski, zaufany ministra Ziobry. To on miał wymuszać ręczne sterowanie na bezpośrednich przełożonych Wełny. POLITYKA   http://archiwum.polityka.pl/art/prokurator-pod-presja,374909.html   Incydenty Wełny z Ziobro (PiS w tle)   Wełna, uchodzący za pogromcę mafii paliwowej, niespodziewanie w marcu 2006 roku zrezygnował z kierowania zespołem. O przyczynach napisał wówczas w piśmie do Prokuratury Krajowej , ale publicznie o nich nie dyskutował. Nieoficjalnie mówiło się, że prawdziwym powodem były właśnie naciski, by prokuratorzy szukali haków na ludzi lewicy.

Gdy Wełna zrezygnował, miał być rozpracowywany przez ABW. Wedle tygodnika "Newsweek" o tym też opowiedział w płockiej prokuraturze. Ale służby zajęły się nie tylko nim. CBA miało inwigilować także innego krakowskiego prokuratora, który zajmował się śledztwem paliwowym. Chodzi o Wojciecha Miłoszewskiego (to jego Zbigniew Ziobro wraz z dokumentami ze śledztwa paliwowego zawiózł do Jarosława Kaczyńskiego), który też zrezygnował z pracy w zespole paliwowym. CBA dotarło do niektórych świadków przesłuchiwanych przez Miłoszewskiego w ramach śledztwa paliwowego. Jednego z nich zabrano do wrocławskiego hotelu i tam przez kilka godzin wypytywano o jego kontakty z krakowskim prokuratorem i zachowanie śledczego. Miłoszewski, który dowiedział się o tej rozmowie, napisał z niej notatkę służbową, którą przekazał swoim szefom w krakowskiej prokuraturze apelacyjnej.

Sam Marek Wełna potwierdza jedynie "złożenie dodatkowych zeznań w płockiej prokuraturze", ale odmawia informacji o ich treści. Tłumaczy: - Obowiązuje mnie tajemnica śledztwa.


Więcej... http://wyborcza.pl/1,76842,6007775,Ekipa_Ziobry_oskarzana_o_naciski.html#ixzz0n5MZqeo1  



Szczeciński sukces  prokuratora Welny !?
  

Prokurator Marek Wełna, o którym mówi Grochulski to za rządów PiS szef zespołu prokuratorów badających sprawę mafii paliwowej. Z informacji, które podała "Polityka" wynika, że to on miał wysłać do aresztu, w którym siedział drugi właściciel BGM Zdzisława Marszałek, komisarza CBŚ, Jana Piotrowskiego.

"Powiedział, że prokurator Marek Wełna życzy sobie, bym potwierdził zeznania Bobrka (kolejny właściciel BGM - red.) dotyczące przede wszystkim Kwaśniewskiego, Piechoty, łapówek dla urzędników Głównego Urzędu Ceł i dla wojewody szczecińskiego. To był warunek opuszczenia przez mnie aresztu" - wspomina Marszałek. "Komisarz Piotrowski i prokurator Wełna wielokrotnie potem sugerowali mi złożenie zeznać dotyczących funkcjonariuszy państwowych zachęcając mnie udzieleniem zgody na widzenie z synem i zięciem w siedzibie CBŚ".

Z kolei Jan B. - prezes spółki BGM - w zamian za nadzwyczajne złagodzenie kary i zwolnienie go z aresztu zgodził się opowiedzieć o powiązaniach mafii paliwowej z politykami. Miał stwierdzić, że mafia płaciła haracz politykom m.in. pieniądze miały wpływać na szwajcarskie konto Aleksandra Kwaśniewskiego. Ale, że zeznania B. były mało wiarygodne prokuratura szukała dodatkowych osób, które potwierdzą te rewelacje - podała "Polityka".   http://dziennik.pl/wydarzenia/article418323/Prokurator_wiazal_Kwasniewskiego_z_mafia.html  

Znowu głośno o Wełnie pisała w 2009 blogerka Kataryna  

http://kataryna.salon24.pl/116363,znowu-glosno-o-welnie  


Kontrowersyjne NIE i red. Rozenek
"Dziewica sprawiedliwości"
W ogóle w prowadzonych niegdyś przez „pogromcę mafii paliwowej" sprawach sukcesów jak na lekarstwo. Nie zabezpieczono wielusetmilionowego mienia pochodzącego z paliwowych przekrętów, nie skazano też prawomocnie żadnego z baronów paliwowych, z wyjątkiem Piotra K., Króla Sztumu. Na domiar złego dla Wełny prokuratura w Ostrowie Wielkopolskim zajmuje się nieprawidłowościami, które wystąpiły w Prokuraturze Apelacyjnej w Krakowie.
Oto prawdziwe, moim zdaniem, przyczyny, dla których Wełna robi z siebie w mediach bohatera walczącego z naciskami na prokuraturę w latach rządów ministra Ziobry. Taki bohater, taki zasłużony, jak tu mu patrzeć na ręce?
Co oczywiście nie oznacza, że Ziobro nie naciskał na prokuratorów. Pewnie naciskał, tylko akurat prokurator Wełna jest ostatnim, który powinien się na to użalać. Z naszych ustaleń wynika, że gorliwie realizował wytyczne tego ministra.

ANDRZEJ ROZENEK
arozenek@redakcja.nie.com.pl http://www.nie.com.pl/art20016.htm  

Moja opinia  


Byłem przesłuchiwany przez podwładnego Prokuratora Wełny młodego ambitnego Prokuratora ze Szczecina Marcina Kowalskiego ( prowadził sprawę BGM i przesłuchiwał w Niemczech b. prokuratora Czyżewskiego) , który odniósł spektakularny sukces  który w ciągu 2 lat delegowany  z Prokuratury Rejonowej  do Prokuratury Okręgowej awansował do Prokuratury Krajowej w Krakowie do spec zespołu - obecnie adwokat w Szczecinie   Jako b. podejrzany mam wyrobione zdanie o metodach nakłaniania świadków , fałszowania dowodów, zatajania dowodów niewinności i "złotego środka" aresztu wydobywczego..   Moje zdaniem jako paliwowca jest to jednoznaczne dobra zagrywka "oczyszczająca - akcja" uprzednich władz czysto polityczna, i na czyje zamówienie polityczne, oczywiście niezgodna z prawem , ubrana w szaty prokuratorskie z narzędziem aresztu wydobywczego. To hańba demokratycznego Państwa Prawa.  
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

Mrówki na motorach. O przemycie paliwa z Rosji

poniedziałek, 22 marca 2010 5:49

Mrówki na motorach. O przemycie paliwa z Rosji

Joanna Wojciechowska
2004-09-13, ostatnia aktualizacja 2004-09-10 00:00
Stację paliw pod Urzędem Gminy w Bartoszycach obsługują także przybysze z Kaliningradu

Jak one biedne mkną na tych motorkach! - mówi burmistrz przygranicznego Braniewa o kobietach szmuglujących paliwo- Biedne, ale zaradne - mówi o ?mrówkach? Zbigniew Ciechomski, wójt przygranicznej gminy Bartoszyce. - Nie siedzą w domu, nie narzekają, a raz, drugi wybiorą się na granicę i zawsze do domu trochę grosza przyniosą

Wójt mówi szczerze, choć przemytnicy, którzy handlują pod urzędem gminy, działają mu na nerwy. I nie chodzi nawet o to, że handlują pod oknem, i głupio trochę, jak obcy, którzy do gminy sprawy przyjeżdżają załatwiać, pytają, co to się na parkingu wyrabia. Wójt się boi, że "mrówki" urząd mu w powietrze wysadzą. A razem z Ciechomskim o mienie, własne życie i zdrowie drżą jego podwładni. - Proszę tylko popatrzeć - sekretarka wójta, opalona, w różowej sukience, odsłania rolety w oknie sekretariatu i patrzy na parking pod urzędem. Rządkiem stoją tam auta. - Stację paliw sobie tu urządzili. Leją dzień i noc, świątek piątek, ile kto chce. A że jest gorąco, opary się unoszą i smród jest u nas taki, że strach. Kiedyś dzień w dzień głowa mnie przez to bolała, teraz już się przyzwyczaiłam - opowiada.

Wójt Ciechomski: - Jak tych oparów będzie kiedyś za dużo... Jak któryś z nich należytej ostrożności nie zachowa...
Zysk: było kilkanaście groszy, jest złotówka

Paliwo opłaca się przewozić z Rosji do Polski od kilku lat. W obwodzie kaliningradzkim litr zawsze był o kilkanaście groszy tańszy niż u nas. Dlatego auta, w których drobni przemytnicy szmuglowali papierosy i alkohol, zwykle wyjeżdżały na pustych bakach, a wracały na pełnych.

- Czasami odsprzedawało się kilka litrów znajomym albo sąsiadowi - opowiada Krzysztof spod Górowa Iławeckiego, który na co dzień prowadzi sklep spożywczo-przemysłowy, ale że "ogólnie kiepski jest na tym interesie zarobek", popołudniami robi za mrówkę.

Kilka miesięcy temu, gdy w Polsce ceny paliwa mocno skoczyły, do "mrówek" uśmiechnęło się słońce. Na każdym przemyconym litrze benzyny albo oleju napędowego zarabia się teraz złotówkę, albo i złoty dwadzieścia (tyle, ile na paczce papierosów). - Tyle, że z papierosami łatwo jest na granicy wpaść, a i policja po drodze poluje - opowiada Krzysztof. - A paliwo wieziesz jak gość: wlewasz do baku, do kanistra i kwita.

"Mrówki" kupują w Rosji dwa rodzaje paliwa: droższe, ale dobre, które tankują na markowych stacjach, i tańszy chłam, mieszaninę wszystkiego, tj. wody, dwóch rodzajów oleju, podobno trafia się i nafta. Chłam można wlać do baku wprost ze stojących często tuż za przejściem cystern.

- Zatankowanie tego to kłopoty z autem - mówi Zbigniew Bieniek, który prowadzi stację paliw w Bartoszycach. - Zaczyna prychać, zatykają się filtry, silnik traci moc. Ale ludzie kupują od "mrówek" wszystko.

- U nas paliwo kupują tylko ci, którzy potrzebują faktury, albo mają nowe dobre auto i boją się rozwalić silnik - mówi Bogdan Pagan, który zarządza stacjami paliw w Braniewie i Pieniężnie.

Właściciele stacji benzynowych w ciągnącym się od Braniewa po Gołdap pasie przygraniczym wyliczyli, że w lipcu ich utarg zmniejszył się o około 40 procent w porównaniu z rokiem ubiegłym. - Sierpień nie wyglądał lepiej - dorzuca Zbigniew Bieniek z Bartoszyc, u którego na stacji doskonale sprzedają się tylko płyny polepszające jakość paliwa (takie, jakie zwykle wlewa się do baku zimą).

Straż miejska: mandat tylko za papieroska

Kupienie paliwa pod urzędem gminy w Bartoszycach jest tak samo proste jak zatankowanie w zwykłej stacji. Wystarczy podjechać na parking i dogadać się z "mrówką" co do ceny (stali klienci mają zniżki). "Mrówka" naleje paliwa z kanistra albo z własnego baku za pomocą rurki i pompki, żeby benzyny nie zasysać ustami. (Paliwo psuje podobno zęby i po kilku latach spuszczania z baków "mrówka" ma załatwione jedynki).

- Jakby się nie starali z tym wlewaniem zawsze parę kropli na ziemię skapnie - żali się wójt Ciechomski. - I przez to cały parking jest w plamach...

Choć całe Bartoszyce wiedzą, że "pod urzędem jest najtańsza w mieście stacja paliw", policja i straż miejska udają bezradnych. Mundurowi tylko czasem wlepiają "mrówkom" spod budynku gminy sięgające maksymalnie pięciuset złotych mandaty. Na kwitku piszą "Za nieostrożne obchodzenie się z materiałami łatwopalnymi". - Ale robimy to tylko wtedy, gdy sytuację zagrożenia widzimy na własne oczy - mówi strażnik miejski. - To dzieje się z pięć, sześć razy na miesiąc, na przykład jak wlewają do baku, a w pobliżu papieroska palą - dodaje.

Monika Wejknis z biura prasowego Komendy Wojewódzkiej Policji w Olsztynie o pracy bartoszyckich policjantów: - Nie karzą "mrówek" często, bo te się pilnują i jak widzą funkcjonariuszy, to zwyczajnie sobie stoją. Czasem policjanci karzą mandatami za owo "nieostrożne obchodzenie się...", bo z tego, co mi przekazano, samo spuszczanie paliwa do baku albo tankowanie z kanistra nie jest karalne.

O tym, że artykuł 37 Prawa celnego mówi, że paliwa "(...) nie mogą być wykorzystywane w innych środkach transportu niż ten, w którym zostały przywiezione, ani nie mogą zostać usunięte z tego środka, chyba że jest to konieczne ze względu na jego naprawę, oraz nie mogą zostać odpłatnie lub nieodpłatnie odstąpione" stróże porządku zdają się nie wiedzieć. Albo nie chcą wiedzieć.

- Jak na głównych placach w mieście zamontowano monitoring, to się "mrówki" stamtąd wyniosły - mówi wójt Ciechomski. - Ale że gmina stoi nieco na uboczu, to miasto na tym budynku kamery już nie zamontowało. A ja tego sam zrobić nie mogę, bo to nie leży w mojej gestii.

Tak naprawdę jednak powód przyzwolenia na tanią "stację paliw" pod urzędem zaopatrzoną także w papierosy i alkohol jest inny.

- Jak na granicy mocno trzepią, jak "mrówki" nic nie wożą, to zaraz wzrasta u nas drobna przestępczość: kradzieże, rozboje, wyrywanie torebek - tłumaczą strażnicy miejscy. Wiedzą, co mówią, jeden ich kolega (akurat jest na urlopie) pisze na ten temat doktorat.


Dla rolników niebarwiony

Parking pod bartoszyckim urzędem gminy jest jednak niczym w porównaniu z przygranicznymi stodołami. - Wielu rolników wlewa do ciągników i kombajnów rosyjską ropę - mówi Adam Ołdakowski, warmińsko-mazurski poseł Samoobrony rodem z Witek pod Bartoszycami. - Chłopi mają stałych dostawców, którzy przywożą im towar, jaki wcześniej zamówią - opowiada poseł, zastrzegając że "wie to tylko ze słyszenia, a nie z doświadczenia".

Średnio za dwa dwadzieścia rolnicy kupują od "mrówek" olej napędowy, za dwa złote - opałowy. Rosjanie tego paliwa nie barwią na czerwono, więc nie ma strachu, że policja złapie traktor jadący na zakazanej w Polsce opałówce. Dlatego poseł Ołdakowski, "choć ubolewa, nie dziwi się", że rolnicy wlewają do baków wszelkiej maści towar kupowany u "mrówek". - To, co zaoszczędzą na paliwie, to ich zysk - na poczekaniu wylicza, że właściciel 20-hektarowego gospodarstwa, który "jeździ na ruskim", na samych żniwach zaoszczędzi około trzech tysięcy złotych. - To dla chłopów z tych terenów ogrom pieniędzy - mówi.

Dokładnie tyle pieniędzy wydaje co miesiąc na "legalne" paliwo do swoich trzech ciągników klubowy kolega Ołdakowskiego poseł Mieczysław Aszkiełowicz, który mieszka w Jonkowie pod Olsztynem. Stąd prawie dzień w dzień obraca na granicę kilka paliwowych "mrówek". - Ale ja u nich nie tankuję. Nawet nie wiem, kto u nas we wsi się tym trudni - mówi poseł, który wracając z Sejmu do domu - jakkolwiek by kluczył - dom przynajmniej jednej "mrówki" musi minąć.

"Mrówka" z Jonkowa sprzedaje litr benzyny "tej lepszej" za trzy złote ("bo to dalej od granicy niż Bartoszyce czy Braniewo i koszty przez to większe"). Ma taki zbyt, że dzień w dzień jeździ polonezem do Bezled i "nawet nie zdąży zapasów na zapowiadane jesienią podwyżki zrobić". Za to niektóre "mrówki" z Górowa Iławeckiego już mają w garażach pełne beczki i kanistry. Tak samo jest w Lidzbarku Warmińskim, Gołdapi, Braniewie, Pieniężnie, gdzie bez pracy jest ponad 40 procent ludzi. W większości wykupili oni roczne wizy i co dzień albo dwa "z nudów i dla zarobku" jeżdżą na granicę. I myślą, jak "ulepszyć" auto, żeby weszło do niego więcej towaru.

Patent na bak

Sposobów jest kilka. Ale żeby wprowadzać je w życie, przede wszystkim trzeba kupić tak stare auto, "żeby w razie zatrzymania go przez celników żal nie było". - Potem złoma można przerobić na gazowy napęd - zdradza Krzysztof. - Masz wtedy bak na gaz i bak-przemytnik, do którego tylko po to wlewasz, żeby przewieźć i sprzedać.

Sposób drugi to powiększenie zbiornika. Na przykład do zwykłego poloneza można zamontować większy o kilkanaście litrów bak od poloneza caro albo do fabrycznego baku dołączyć coś na kształt kieszeni, szufladki. - Tak ją trzeba z bakiem połączyć, żeby choć na pierwszy rzut oka celnik myślał, że to fabryczna całość - mówi Krzysztof.

O talencie przemytników najlepiej świadczy to, że polscy celnicy z największego przejścia w Bezledach nie złapali dotąd "mrówki", która w przerobionym baku przemycałaby paliwo (papierosy i owszem). - O tym, że "mrówki" jeżdżą starymi autami napędzanymi gazem i z pełnym zbiornikiem paliwa, wiemy - mówi Grzegorz Kruk, dyspozytor celny, kierownik referatu zgłoszeń celnych i procedur uproszczonych z przejścia granicznego w Bezledach. - Takie przejazdy są jednak jak najbardziej zgodne z prawem, które mówi jasno, że kierowca auta osobowego może wwieźć do kraju pełen fabrycznie zamontowany bak i do dziesięciu litrów w kanistrze. A przecież baki na benzynę w napędzanych gazem samochodach są legalne!

Idę z Krukiem na pas odpraw. W bagażniku każdego wracającego z Rosji auta widać kanister. Celnik wyciąga go, potrząsa i słucha, "chlupie czy fajki?". Jak słyszy chlupot, pyta: "Ile tu jest?". "Mrówki" odpowiadają: 13, 18, z 15, nie więcej... Czasem tylko padało przepisowe "dziesięć".

Krzysztof przestrzega: - W kanistrach często jest gorsze paliwo. Tak samo w bakach tych, którzy jeżdżą na gaz. Jak ktoś nie korzysta z tego paliwa, które sprzedaje, to zwykle sprzedaje syf. Trzeba kupować paliwo, na którym przyjechała "mrówka".

Poseł Ołdakowski ma inną radę. - Najlepiej mieć kogoś zaufanego w dostawie. Takiego, co nie oszuka.

Przeciętna "mrówka" jednym kursem przywozi 50-60 litrów. Zarabia na tym średnio 60-70 złotych. Kobiety z Braniewa, które obracają na odległą o sześć kilometrów granicę na motorach (wzbudzają tym podziw burmistrza Henryka Mrozińskiego: "Jak one biedne mknął na tych motorkach, jak mkną! A jeszcze na bagażnik kanister mocują..." - wzdycha), zarabiają mniej.

- "Mrówki" się na paliwie nie dorabiają, wszystko idzie na bieżące potrzeby. Z tego muszą zwykle kilka osób utrzymać. Dlatego szkodliwość społeczna tego, co robią, nie jest duża, ale skala ich działania jest ogromna - analizuje nadkomisarz Robert Kwiatkowski, zastępca naczelnika wydziału przestępczości gospodarczej Komendy Wojewódzkiej Policji w Olsztynie. - Ale i tak prawdziwe źródło bije w Rosji dla firm przewozowych - dodaje.

Autobusy marzą o kursach do Rosji

Firmy przewozowe z pasa przygranicznego marzą, by jeździć do Rosji, by - choć na papierze - prowadzić tam interesy.

- Jakby mi ktoś dał stosowne pozwolenia, tobym się nie zastanawiał - mówi bez ogródek Stanisław Typa, który razem z żoną prowadzi w Ornecie firmę przewozową. Jego tabor, 18 autobusów, jeździ po kraju.

A gdyby choć ze trzy autobusy państwa Typów co dnia pojechały do Rosji, drugie tyle po kraju mogłoby jeździć prawie za darmo. Tak właśnie robią ci, którzy regularnie kursują do obwodu. Tam za 30 dolarów tankują w stacji sto litrów porządnego napędu. - Dlatego opłaca mi się wsadzać do największego autobusu tylko kierowcę i dwóch pasażerów - mówi ze śmiechem jeden ze "szczęściarzy". Dzięki rosyjskiemu paliwu nie może opędzić się od wożenia pielgrzymek, wycieczek zakładowych, kolonistów, wesel i pogrzebów. - Walą do niego drzwiami i oknami, bo dzięki ruskiej ropie może zejść z ceny kilometra o jedną czwartą - przyznaje Stanisław Typa. - Gdybym ja woził za taką cenę, byłbym bankrutem...

Według przepisów celnych autobus może wwieźć z Rosji do Polski do 600 litrów paliwa w fabrycznie zamontowanym baku, a ciężarówka do 200 litrów w baku i drugie tyle w układzie chłodzenia. Jeśli wiezie się więcej i wytropi to celnik, za każdy litr nadwyżki trzeba płacić na granicy akcyzę i VAT. Dla stu litrów oleju napędowego obie opłaty wynoszą 165 i 10 zł. Plus opłata paliwowa: 8,9 zł.

- Wielu kierowców zgłasza nam nadwyżki paliw do oclenia, bo mówią, że i tak wychodzą na swoje - przyznaje Grzegorz Kruk.

Tylko od 1 maja do końca lipca celnicy z przejścia w Bezledach (tylko tamtędy jeżdżą duże ciężarówki) wykryli paliwowe nadwyżki w bakach 918 tirów. W sumie 121,5 tys. litrów. Ich oclenie kosztowało kierowców prawie 210 tys zł.

Przewoźnicy, z którymi rozmawiałam, mówili jednak, że "uiszczanie tych opłat to ostateczność". Oficer komendy wojewódzkiej w Olsztynie wyznał w tajemnicy: - Mam cynk, że niektórzy też powiększają baki. Ale jeszcze nie wiem, w jaki sposób...

Duże mrówki podgryzają stacje

Niektóre firmy przewozowe to po prostu duże mrówki - odsprzedają paliwo zaprzyjaźnionym małym firemkom, głównie tym, które na zlecenie sklepów rozwożą do domów klientów towary.

Pan Marian prowadzi małą stację paliw (legalną). - Kiedyś raz na dwa-trzy dni tankowali u mnie te swoje żuki, trabanty i inne. Teraz przyjeżdżają raz na tydzień, żeby mieć jakieś faktury - opowiada. - Najpierw biłem się z myślami, dlaczego mnie bojkotują. Wreszcie zapytałem jednego. A on mówi: "Co ty, Maniek?! My cię lubimy i twoje paliwo jest w porządku. Tylko my na tym ruskim sto kilometrów dalej niż na twoim jedziemy...".

Nikt nie oszacował skali przygranicznej szarej strefy paliwowej. W grudniu 2003 roku na zlecenie Polskiej Izby Paliw Płynnych opracowano raport "Szara strefa paliwowa w obrocie detalicznym", w którym można wyczytać, że szara strefa osiąga wartość około 2,3 miliarda złotych w skali roku. Hipotetyczne straty skarbu państwa z tego tytułu (VAT i akcyza) wynoszą więc około 1,4 miliarda złotych. - Ale raport nie wyszczególniał działalności "mrówek" czy strat skarbu państwa w związku z przewożeniem paliw przez drobne firmy - mówi Aurelia Kuran-Puszkarska, prezes Izby, której właściciele nadgranicznych stacji paliw od dłuższego czasu skarżą się na mrówki.

Ale Izbie i wydziałowi przestępczości gospodarczej snu z powiek "mrówki" i nadgraniczne firmy nie spędzają. - Przemyt całych cystern, komponentów do produkcji paliw to jest dopiero temat mówi nadkomisarz Kwiatkowski. Wchodzą tu w grę zorganizowane grupy, brudne pieniądze, korupcja... - wylicza naczelnik, którego ludzie - razem z Centralnym Biurem Śledczym i Agencją Bezpieczeństwa Wewnętrznego - rozpracowali już kilka podobnych spraw. Ich akta trafiły do prokuratur w Łodzi, Płocku, Warszawie. - Myli się, kto myśli, że przemyt paliwa to jest tylko nasz lokalny problem - dodaje policjant.

Zamknięte, bo może podrożeć

Krzysztof na drzwiach sklepu spożywczo-przemysłowego nalepił kartkę "Zamknięte do odwołania" i od kilku dni jeździ na granicę rano, a jak nie ma kolejek, to też wieczorem. Ma już zamówienia na ropę na orkę i wykopki. Mówi, że musi się spieszyć, "bo u Ruskich też może podrożeć".

ŹRÓDŁO:


Źródło: Duży Format
http://wyborcza.pl/1,75480,2279259.html
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (10) | dodaj komentarz

Proces mafii paliwowej nie rozpoczął się - oskarżony na rozprawę przyszedł pijany

niedziela, 14 marca 2010 19:22

Proces mafii paliwowej nie rozpoczął się - oskarżony na rozprawę przyszedł pijany

Aldona Minorczyk-Cichy

2008-11-19 00:01:00

Siedem dni w areszcie spędzi domniemany baron paliwowy Henryk Musialski. Powód? Przyszedł na rozprawę pijany, a to ciężka obraza sądu. We krwi miał 1,6 promila alkoholu. Został ukarany za rażącą obrazę sądu. Nie stawili się też adwokaci oskarżonego Andrzeja D. Nałożono na nich grzywny - po 5 tys. zł. W efekcie proces mafii paliwowej, która zdaniem śledczych wyłudziła ze Skarbu Państwa pół miliarda złotych, nie rozpoczął się już po raz czwarty.

- W przypadku tak skomplikowanych procesów to sytuacja, która po prostu się zdarza. Sąd musi rozpatrywać wnioski i konsekwentnie wykonywać czynności. Kolejną rozprawę zaplanowano na przyszły wtorek - wyjaśnia sędzia Hanna Szydziak, rzecznik Sądu Okręgowego w Katowicach.

Wcześniejsze trzy rozprawy były odraczane również z powodu nieobecności obrońców. Oskarżeni zaś nie godzili się na rozpoczęcie procesu bez adwokatów.

Pierwsze osoby w sprawie największej na Śląsku mafii paliwowej zatrzymano już w 2003 r. Akt oskarżenia do katowickiego sądu rejonowego trafił w kwietniu 2007 r. Rejonówka ze względu na wysoki stopień skomplikowania sprawy poprosiła, by przejął ją sąd okręgowy. Ten z kolei poprosił o wyłączenie ze względu na osobę jednego z oskarżonych - adwokata Andrzeja D. Prawnik przez lata miał kancelarię w Katowicach i reprezentował klientów przed tamtejszymi sądami w wielu sprawach. Dodatkowo jego matka była ławnikiem. Sąd Apelacyjny uznał jednak, że to nie wpłynie na przebieg procesu. 22 września wyznaczono termin posiedzenia organizacyjnego. Na nim wyznaczono harmonogram procesu.

Przewodniczącym składu sędziowskiego w tym procesie został Gwidon Jaworski. To bardzo doświadczony sędzia. Akta podstawowe to aż 140 tomów. Do tego 900 tomów załączników. Czy za tydzień uda mu się rozpocząć proces? Póki co oskarżonym i ich obrońcom udaje się skutecznie to blokować. Czy wysokie grzywny i skargi do rady adwokackiej nie robią na nich wrażenia?

Podobne próby uniemożliwienia rozpoczęcia procesu miały miejsce w sprawie grupy Janusza T. pseud. Krakowiak. Sąd zasypywano wnioskami. W końcu jednak oskarżeni usłyszeli akt oskarżenia.

Henryk Musialski do następnej rozprawy posiedzi w areszcie w Wojkowicach. Do sądu zostanie doprowadzony przez policjantów.

- Był koncert Dżemu. Potem impreza. Trochę się przeciągnęła - tłumaczył swoją niedyspozycję Musialski.

Słabość do tego zespołu ma od lat. Z jego członkami przyjaźni się od dawna. Bezinteresownie, z miłości do bluesa. O mały włos nie został sponsorem filmu o legendarnym Ryszardzie Riedlu pt. "Skazany na bluesa". Zdjęcia zaczęły się, kiedy Musialski był już za kratkami.

Od września 2003 roku domniemany baron oglądał świat zza kratek aresztu. Na wolność wyszedł dopiero pod koniec sierpnia. I to mimo przyznania się do winy i współpracy z prokuratorami.

Śledczy zarzucają mu wyłudzenie od Skarbu Państwa setek milionów złotych. Baronowi paliwowemu grożą długie lata w więzieniu. Podobnie Krzysztofowi Rutkowskiemu, detektywowi i byłemu posłowi Samoobrony. Musialski rzekomo kupił jego usługi za grube miliony. Tyle, że to nie były dobrze zainwestowane pieniądze.

Henryk Musialski to mężczyzna niewysoki, szczupły. Ma charakterystyczne siwe, długie włosy. Ubrany zwykle w dżinsy i luźne bluzy. Z wykształcenia jest tokarzem. Przez pewien czas pracował na tym stanowisku w siemianowickiej hucie Jedność. Pod koniec lat 80. otworzył własną firmę: EM-Trans. Kupił działkę przy ul. Katowickiej i zaczął handlować paliwami. Przez pierwsze lata robił to legalnie. Potem zorientował się, że można inaczej. Zaczął produkować trefne paliwo. Bez podatków. Do tego stworzył sieć firemek słupów na podstawione osoby. Handel odbywał się głównie tylko na papierze. Pieniądze wychodziły czyste, tj. wyprane.

- Drugi raz zrobiłbym to samo. Wtedy nie dało się uczciwie zarobić pieniędzy - mówił dziennikarzom po wyjściu z aresztu.

Jednym z najbliższych współpracowników barona był Andrzej M. Zakładał fikcyjne firmy. Jedna z nich to AMAN, pod której szyldem Musialski i jego wspólnik w interesach Zdzisław S. rozprowadzali paliwa przez niemal cały 2000 r. Jej następcą była firma PHU "Andrzej", działająca od 1 sty-cznia 2001 do 24 maja 2002 r.

Andrzej M. na zlecenie barona wykonywał także inne usługi. 17 sierpnia 1998 r. podpalił siedzibę EM-Trans i EM-Trans Bis. Chodziło o zniszczenie dokumentacji księgowej i zatarcie śladów nielegalnych transakcji. Kiedy dowody przestępczości barona paliwowego płonęły, ABW i UKS były już na jego tropie. Musialski domyślał się tego. By uniknąć kłopotów zatrudnił detektywa i byłego posła Samoobrony %07- Krzysztofa Rutkowskiego.

Angażował także innych ludzi. Wśród nich Mariusza Ł., dyrektora zagłębiowskiej firmy z branży górniczej, prywatnie szwagra byłego wojewody śląskiego Lechosława Jarzębskiego. Został on zatrzymany przez ABW za płatną protekcję i pomoc w łapownictwie. Ł. miał zwyczaj często powoływać się na swoje związki rodzinne z wojewodą. Dlatego w 2002 r. nawiązali z nim kontakt współpracownicy Henryka Musialskiego. Baron potrzebował nowego kontaktu w "skarbówce". Do współpracy udało się mu nakłonić Mariolę B., kierowniczkę jednego z UKS-ów. Informowała go o terminach kontroli i doradzała jak nie płacić podatków. Otrzymywała za to wynagrodzenie wysokości od kilku do 10 tys. zł miesięcznie. Łącznie zarobiła zdaniem prokuratorów 130 tys. zł. Pieniądze te przekazywał jej szwagier wojewody lub radca Mariusz S.

Detektyw Rutkowski został zatrzymany pod koniec lipca 2006 r. przez ABW na stacji benzynowej pod Katowicami. Jest podejrzany o udział w zorganizowanej grupie przestępczej, pranie brudnych pieniędzy, powoływanie się na wpływy w Sejmie i prokuraturze oraz załatwianie tam spraw za łapówki. Nieoficjalnie wiadomo, że wsypał go baron. Detektyw go zawiódł. Miał wyciągnąć Musialskiego z aresztu i sprawić, by odpowiadał z wolnej stopy. Wziął za to pieniądze, ale skuteczny nie był. Rutkowski wszystkiemu zaprzecza.

Czy w najbliższy wtorek wszyscy członkowie tej grupy usłyszą w końcu słowo "oskarżam" z ust prokuratora?

http://katowice.naszemiasto.pl/wydarzenia/924258.html
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Baron paliwowy czuje się oszukany przez prokuraturę

poniedziałek, 08 marca 2010 6:57

Baron paliwowy czuje się oszukany przez prokuraturę

Marcin Pietraszewski
2006-11-28, ostatnia aktualizacja 2006-11-29 00:00

Henryk M., śląski baron paliwowy, prawdopodobnie odmówi przed sądem składania wyjaśnień obciążających detektywa Krzysztofa Rutkowskiego i szwagra byłego wojewody śląskiego. Powód? Wsypał wszystkich wspólników, a prokuratura nie zgadza się na uchylenie mu aresztu.

Henryk M.
Fot. Dawid Chalimoniuk / AG Henryk M. Henryk M., właściciel siemianowickiej firmy EM-Trans i najnowocześniejszego w Polsce studia nagrań, został zatrzymany przez służby specjalne we wrześniu 2003 r. - To śląski baron paliwowy - ogłosili oficerowie katowickiej delegatury ABW. M. zarzucono kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą, zajmującą się nielegalną produkcją benzyny, oraz oszustwa na blisko pół miliarda złotych.

Przez pół roku M. milczał jak grób. ABW zaproponowała mu wtedy układ: współpraca za szybsze wyjście na wolność. Baron zaczął więc zeznawać. Wskazał rachunki bankowe, na których ukryto kilka milionów dolarów oraz kilkanaście milionów złotych. Wyjawił też, że korumpował urzędników skarbowych, a łapówki dla nich miał przekazywać szwagier Lechosława Jarzębskiego, ówczesnego wojewody śląskiego. Wszyscy zostali zatrzymaniBaron paliwowy nie miał też żadnych skrupułów i przyznał, że mecenas Andrzej D., doradca Andrzeja Leppera, szefa Samoobrony, prał dla mafii brudne pieniądze. Wskazał mechanizm przestępstwa i ujawnił faktury.

Największą zasługą Henryka M. było jednak doprowadzenie do zatrzymania i aresztowania w lipcu br. Krzysztofa Rutkowskiego, najsłynniejszego polskiego detektywa. Rutkowski przez kilka lat zajmował się doradztwem prawnym dla M. Powołując się na wpływy w prokuraturze, zapewniał go, że nic mu nie grozi. Miesięcznie dostawał za to 150 tys. zł. Miał też zajmować się praniem brudnych pieniędzy pochodzących z oszustw paliwowych.

Henryk M. liczył, że po trzech latach odsiadki, ujawnieniu pieniędzy i wsypaniu wszystkich wspólników prokuratura zgodzi się na uchylenie mu aresztu. - Nie zachodzi obawa matactwa, bo wyjawił wszystkie okoliczności popełnionych przestępstw - tłumaczy mecenas Janusz Zaleski, obrońca barona paliwowego. Za uwolnieniem Henryka M. byli nawet zatrzymujący go oficerowie ABW, którzy napisali w tej sprawie do prokuratury list. Bezskutecznie. Śledczy nie zgodzili się na wypuszczenie M. - Mój klient jest tym bardzo rozczarowany - przyznaje mecenas Zaleski. Nie wyklucza, że w związku z tym Henryk M. odmówi złożenia przed sądem wyjaśnień obciążających innych członków gangu.

Tomasz Tadla, rzecznik prasowy Prokuratur Okręgowej w Katowicach, powiedział nam wczoraj, że zdaniem śledczych ciągle istnieją przesłanki do stosowania wobec M. aresztu. Nie chciał jednak powiedzieć jakie.

- Jestem przekonany, że postawa, jaką M. wykazał w śledztwie, zostanie jednak odpowiednio oceniona przez sąd - podkreślił. Pod koniec grudnia prokuratura planuje przesłać do sądu akt oskarżenia przeciwko śląskiemu baronowi paliwowemu.
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

Tajemnicza śmierć właściciela Trans Nafty z grupy Gazprom

poniedziałek, 08 marca 2010 6:50

Tajemnicza śmierć właściciela Trans Nafty

I.T. 01-03-2010, ostatnia aktualizacja 01-03-2010 14:05

Kolejny rosyjski top-menadżer zginął nagłą śmiercią. Założyciel i właściciel koncernu Trans Nafta został znaleziony martwy w swoim gabinecie. Obok leżał pistolet

Dwa tygodnie temu na polowaniu został śmiertelnie postrzelony top-menadżer Gazpromu. W weekend gwałtowna śmierć dosięgła Władimira Kondraczuka
autor zdjęcia: Bartosz Siedlik źródło: Fotorzepa
Dwa tygodnie temu na polowaniu został śmiertelnie postrzelony top-menadżer Gazpromu. W weekend gwałtowna śmierć dosięgła Władimira Kondraczuka

. W weekend gwałtowna śmierć dosięgła Władimira Kondraczuka (45 lat) szefa rady dyrektorów prywatnego koncernu Trans Nafta.

Utworzona w 1997 r spółka jest własnością Kondraczuka i jego rodziny, która kontroluje ok. 80 proc. akcji. Ma status narodowego eksportera rosyjskiej ropy, współpracuje z największymi koncernami świata jak Shell, Chevron czy BP. Ma własne złoża ropy, gazu i złota w Rosji oraz licencję na prace w Iraku.

Na początku Kondraczuk współpracował z Gazpromem. W 2006 roku jego majątek był szacowany przez magazyn Finans na miliard dolarów. Biznesmen angażował się politycznie. Nie raz publikował artykuły na temat wzajemnych relacji biznesu i polityki w Rosji; Do 2007 r. był też wicegubernatorem obwodu Nowogrodzkiego.

O ile jednak menadżer Gazpromu zginął z ręki szefa związków zawodowych koncernu, to Kondraczuk prawdopodobnie popełnił samobójstwo. W poniedziałek szef moskiewskich śledczych Anatolij Bagmiet oświadczył, że nie ma dowodów na udział osób trzecich w śmierci biznesmena. - Zastrzelił się w toalecie swojego gabinetu, z pistoletu, który dostał w prezencie - wyjaśnił śledczy agencji Interfaks.

Przyczyny samobójstwa nie są znane. W mediach znajomi biznesmena podkreślają, że powodem mogły być kłopoty w Trans Nafcie, takie jak konflikt z Gazpromem.

Komsomolska Prawda przypomina, że w 2009 roku urząd antymonopolowy ukarał Gazprom za nie dopuszczanie gazu z Trans Nafty do swoich gazociągów. Jednak Gazprom odwołał się do sądu i sprawę wygrał.

parkiet.com
http://www.petroexpress.pl/news/Wlasciciel_Trans_Nafta_znaleziony_martwy_w_swoim_gabinecie_5444.html
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

Prokurator poniesie konsekwencje pomówienia policjanta generała Mieczysława K

piątek, 19 lutego 2010 7:12

Prokurator poniesie konsekwencje pomówienia policjanta


Prokurator celowo pomówił generała Mieczysława K., oskarżanego o związki z mafią paliwową byłego szefa częstochowskiej, a potem śląskiej policji - uznał 18 listopada br. prawomocnie sąd w Bielsku-Białej. Sąd przyznał generałowi 10 tys. zł zadośćuczynienia, a były szef Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie ma także opublikować na swój koszt przeprosiny na pierwszych stronach trzech dzienników, w tym "Gazety Wyborczej", i zwrócić 2,6 tys. zł kosztów postępowania sądowego.

Sprawa ma swoje źródło w wydarzeniach sprzed ponad czterech lat. 12 maja 2005 r. na polecenie Prokuratury Apelacyjnej agenci ABW zatrzymali emerytowanego wówczas szefa śląskiej policji. Na konferencji prasowej ówczesny szef Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie pokazał m.in. notatnik generała, w którym było ok. 300 nazwisk kandydatów do policji, a obok niektórych nazwiska polecających ich polityków, urzędników, policjantów, duchownych. "Uwaga! Kombinator, płaskostopie drugiego stopnia, stan po złamaniu obojczyka, początki astmy, nie może chodzić w butach" - charakteryzował generał jednego z kandydatów do pracy.
- Myślę, że to jest wyśniony kandydat na policjanta, zwłaszcza sekcji zajmującej się ściganiem mafii paliwowej - ironizował prokurator Słupik. - Zastanawialiśmy się, dlaczego ten pamiętnik znalazł się w naszych rękach. Wydaje się, że chodziło o to, żeby pokazać nam, w jakim układzie i w jakich kręgach poruszał się pan komendant K. To chyba miała być tarcza chroniąca go przed wymiarem sprawiedliwości i miecz skierowany przeciwko prokuratorom. Nie boimy się tego typu układów - mówił dziennikarzom. Te słowa przytoczone przez krakowski "Dziennik Polski" najbardziej ubodły Mieczysława K. Gdy w czerwcu 2008 r. prokuratura w Poznaniu umorzyła postępowanie ws. domniemanego przekraczania przez niego uprawnień przy naborze kandydatów do służby, generał złożył pozew przeciwko prokuratorowi. Sąd wydał wyrok na korzyść generała uznając, że prokurator umyślnie naruszył jego dobra osobiste, używając słów zawierających nieprawdziwe informacje. Pozwany prokurator nie odpowiedział na pozew ani nie pojawił się w sądzie. Wyrok na jego niekorzyść został wydany w trybie zaocznym.
Niezależnie od tego procesu w Sądzie Okręgowym w Szczecinie dobiega końca proces karny generała i wrocławskich policjantów oskarżonych m.in. o korupcję, oraz domniemanych szefów mafii paliwowej. Wyrok zapadnie prawdopodobnie w grudniu.

Krzysztof Sobczak
Link http://lex.pl/?cmd=artykul,2957


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Oficer, który wytropił w Meksyku zabójcę szefa mafii pruszkowskiej, jest podejrzany o udział w mafii paliwowej

piątek, 19 lutego 2010 7:01

Oficer, który wytropił w Meksyku zabójcę szefa mafii pruszkowskiej, jest podejrzany o udział w mafii paliwowej

Marcin Pietraszewski
2006-03-16, ostatnia aktualizacja 2006-03-16 00:00

Służby specjalne zatrzymały podinspektora Wiesława G., jednego z najlepszych oficerów w historii śląskiego Centralnego Biura Śledczego. Jest on podejrzany o udział w mafii paliwowej, ujawnianie tajemnicy służbowej oraz branie łapówek. Pięć lat temu to G. wytropił w Meksyku Ryszarda Boguckiego, zabójcę szefa mafii pruszkowskiej. Ze służby odszedł kilka miesięcy temu, bo za kratki trafiły jego córka i konkubina.

Podinspektor Wiesław G. został zatrzymany na zlecenie krakowskiej prokuratury, która prowadzi największe w kraju śledztwo przeciwko mafii paliwowej. Jeden z jego wątków dotyczy korumpowania przez gangsterów urzędników państwowych i pracowników organów ścigania. To w nim wypłynęło nazwisko G.

- Jest on podejrzany o udział w zorganizowanej grupie przestępczej, zajmującej się nielegalnym obrotem paliwami, korupcję i ujawnianie tajemnic służbowych - mówił wczoraj prokurator Jerzy Balicki, rzecznik prasowy Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie.
Wiesław G. miał współpracować z mafią w latach 2002-2005. Zdaniem śledczych przekazywał gangsterom informacje o podejmowanych przez policję, prokuraturę i urzędy skarbowe działaniach wymierzonych w firmy paliwowe. Miał także ostrzegać o planowanych kontrolach wyjeżdżających z Rafinerii Trzebinia cystern z komponentami niezbędnymi do nielegalnej produkcji paliwa. Za każdą informację miał dostawać 10 tys. zł. Kilka miesięcy temu podinspektor G. odszedł na emeryturę, bo jego córka i konkubina trafiły za kratki. Wtedy wyszło na jaw, że na zlecenie mafii paliwowej miały wystawiać fałszywe faktury potwierdzające handel komponentami.

Koledzy G. są zszokowani informacją o zatrzymaniu, nie wierzą w jego winę. - To jeden z najlepszych oficerów w historii Centralnego Biura Śledczego, nigdy nie zajmował się sprawami ekonomicznymi - podkreślają.

Podinspektor G. przez całą karierę z sukcesami tropił zabójców i porywaczy. To on znalazł poszukiwanego przez pięć lat listem gończym znanego śląskiego biznesmena Ryszarda Boguckiego, zabójcę szefa mafii pruszkowskiej. Zatrzymanie gangstera na plaży w Meksyku było jednym z największych sukcesów CBŚ. Pomógł także w likwidacji największego w kraju kanału przerzutowego samochodów z Niemiec do Rosji. Przed przejściem na emeryturę kierował werbowaniem w półświatku policyjnych informatorów. - Nikt nie miał tak dobrych wyników jak on - mówią znajomi G. Nie wykluczają, że ktoś go teraz wrabia.

Prokuratura twierdzi jednak, że dowody winy oficera są mocne. Razem z nim zatrzymano bowiem kieleckiego biznesmena, który miał mu wręczać łapówki. Mężczyzna złożył obszerne wyjaśnienia. - Nie mamy wątpliwości, że G. miał wiedzę o sprawach paliwowych - mówi prok. Balicki. W środę podinspektor Wiesław G. został aresztowany na trzy miesiące.

Jest on drugim tak wysokim rangą oficerem policji, który miał współpracować z mafią paliwową. W maju za kratki trafił generał Mieczysław Kluk, były komendant wojewódzki w Katowicach. W latach 2000-2002 miał on wziąć od gangsterów 700 tys. zł. W zamian przekazał im m.in. tajne dokumenty o powstaniu w CBŚ zespołów do walki z mafią paliwową. Zawierały nazwiska funkcjonariuszy i nazwy firm, którymi mieli się zajmować. Jesienią 2002 r. Kluk odszedł jednak na emeryturę i stracił dostęp do policyjnych informacji.

- Wtedy mafia zwerbowała podinspektora G. - twierdzi prokuratura.

Link  http://katowice.gazeta.pl/katowice/1,35019,3216857.html
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

Firmy płacą za grzechy mafii paliwowej

niedziela, 14 lutego 2010 16:02

 

Wojciech Pelowski, Jarosław Sidorowicz, Kraków

2009-08-04, ostatnia aktualizacja 2009-08-03 20:07


Przestępcy nie płacą podatków, ale ktoś je płacić musi. Dlatego urzędnicy fiskusa domagają się pieniędzy od firmy ofiary mafii paliwowej. Od przedsiębiorcy ściągnąć akcyzę najłatwiej.

Bohaterowie tej historii nie są obiektem śledztwa, nie mają prokuratorskich zarzutów, nie zostali skazani. - To porządni obywatele, którym państwo nakazuje wziąć odpowiedzialność, bo samo nie potrafi zapewnić bezpieczeństwa obrotu gospodarczego - twierdzi Grzegorz Pawelec, ich pełnomocnik, doradca podatkowy. Firm płacących za grzechy mafii paliwowej i niejasnego prawa może być znacznie więcej. Fiskus jest dla nich bezlitosny. Przegrywają też w sądach.

Raz, dwa, trzy: płacisz ty

Grzegorz Rogala i Artur Drozd od ośmiu lat prowadzą pod Krakowem niewielką stację benzynową. W 2006 r. w ich spółce GRE-ART zjawili się kontrolerzy z krakowskiego UKS. Interesował ich obrót paliwem za 2002 r.

- Z ustaleń postępowania kontrolnego i decyzji, które w tej sprawie wydał UKS, spółka dowiedziała się, że od części nabytego paliwa nie odprowadzono podatku akcyzowego - opowiada Grzegorz Pawelec, pełnomocnik GRE-ART w sporze ze skarbówką. Chodziło o towar od dwóch prywatnych dostawców (stanowił część paliwa kupionego w tym roku przez spółkę). Kontrola skarbowa wykryła, że olej napędowy kupiony od nich przez GRE-ART był wcześniej rozprowadzany przez mafię paliwową. Proceder polegał na odbarwianiu oleju opałowego i rozprowadzaniu go poprzez firmy oficjalnie zarejestrowane, ale w rzeczywistości będące "słupami". Mafia zarabiała na niepłaconych podatkach VAT i akcyzie. Dla ukrycia oszustwa "słupy" dbały o zachowanie pozorów legalnego obrotu, wystawiając fikcyjne faktury, najczęściej z adnotacjami, że akcyza została opłacona. Przez kilka takich firm przeszedł olej, nim dotarł m.in. do GRE-ART.

Urząd kontroli skarbowej domaga się, by zapłacili około 2 mln zł podatku akcyzowego (wraz z odsetkami) od sprzedanego przez nich w 2002 roku paliwa, bo po drodze nie uiściły go firmy pośredniczące w dostawie.

A prawo stanowi tak: wystarczy, że akcyzę zapłaci tylko jeden podmiot, a od pozostałych nie jest już wymagana. Pośrednicy tego nie zrobili, bo - według UKS - część z nich zamieszana była w przestępczy proceder. Dlatego mają zapłacić Rogala i Drozd. Bo ktoś zapłacić musi.

Kara za bezskuteczność urzędu

- Nie mieliśmy zielonego pojęcia, że paliwo pochodzi z przestępstw, bo jego cena nie odbiegała od cen rynkowych - przekonuje Drozd. - Wnioskowaliśmy do UKS, by zbadano, czy paliwo nasze było tańsze, ale bezskutecznie. Co więcej, nawet klienci tankujący u nas nie skarżyli się na jego jakość. Zresztą dwa lata wcześniej była u nas kontrola z urzędu skarbowego, a także kontrola jakości paliw, i nie stwierdziły żadnych nieprawidłowości - podkreśla. Dodaje, że wbrew sugestiom skarbówki nie ma możliwości sprawdzenia, czy inne firmy zapłaciły podatek akcyzowy. - Zwłaszcza że na fakturach jest adnotacja, że go uiszczono - zaznacza.

Decyzja UKS dla GRE-ART oznacza bankructwo. - Komornik nas zlicytuje, z dnia na dzień zostaniemy bezdomnymi, bo pewnie nawet majątku spółki nie starczyłoby na zaspokojenie tych roszczeń - mówi łamiącym się głosem Grzegorz Rogala. Na utrzymaniu ma żonę i małe dzieci.

Dyrektor krakowskiego UKS w wydanej decyzji sam przyznaje, że nie ma zarzutów udziału firmy w przestępczym procederze. Ale podatku domaga się właśnie od niej, a nie od oszukańczych firm naciągających skarb państwa. Mimo że część właścicieli firm słupów stanęła już przed sądem, a nawet została skazana.

- Organ kontrolny, stojąc przed wyborem, który podmiot obciążyć niezapłaconym podatkiem akcyzowym, nałożył go na spółkę ofiarę działalności zorganizowanej grupy przestępczej - nie kryje zdziwienia Grzegorz Pawelec.

Urząd trwa przy swoim. "Zarzut spółki, że to na nią niesłusznie spada odpowiedzialność za nieuczciwych kontrahentów, nie jest uzasadniony, gdyż zgodnie z przepisami podatek akcyzowy choć jednofazowy, ciąży na wszystkich uczestnikach obrotu, a zwolnienie przysługuje wówczas, gdy podatek ten został przez któregokolwiek zapłacony - pisze w decyzji szef krakowskiego UKS. Ale dodaje: "Stwierdzenie, że kontrolujący nie dochodzą do podmiotu, który uiścił podatek akcyzowy, a zatrzymują się na pewnym etapie, jest prawdziwe. Kontrolujący podjęli kroki zmierzające do ustalenia, czy podatek zapłacono na wcześniejszych etapach, jednak w toku postępowania takiego faktu nie stwierdzono". Z decyzji wynika na przykład, że UKS w Białymstoku nakazał zapłatę feralnego podatku firmie, która sprzedała paliwo dostawcy GRE-ART. Wszczęto nawet jego egzekucję, ale umorzono. Dlaczego? Wyjaśnia dyrektor: "( ) z uwagi na bezskuteczność".

http://wyborcza.biz/biznes/1,101562,6890681,Firmy_placa_za_grzechy_mafii_paliwowej.html

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Paliwa kontrole w 2006 (raport Ministerstwa Finansów)

niedziela, 24 stycznia 2010 10:06

Nieprawidłowości w obrocie paliwami są od wielu lat obszarem szczególnego zainteresowania kontroli skarbowej, ponieważ łączą w sobie specyfikę szarej i czarnej strefy oraz charakteryzują się znaczącymi stratami w budżecie państwa. W ramach prowadzonych kontroli badany jest obrót paliwami na wszystkich jego szczeblach, tzn. producentów, pośredników (podmioty zajmujące się handlem hurtowym i detalicznym) oraz ostatecznych odbiorców. W działaniach kontrolnych ściśle współpracują ze sobą Prokuratura, Policja, ABW i wywiad skarbowy.

 

W 2006 roku zakończono kontrole w 966 jednostkach, z tego w 311 podmio-tach stwierdzone zostały nieprawidłowości w zakresie obrotu paliwami na kwotę 1,6 mld zł, w tym w zakresie: podatku akcyzowego na kwotę 1,2 mld zł, podatku VAT na kwotę 371 mln zł, podatku dochodowego od osób prawnych - 36 mln zł oraz podatku dochodowego od osób fizycznych - 25 mln zł. Kwota nieprawidłowści w zakresie obrotu paliwami stanowiła 12,5% ogólnej kwoty ustaleń kontroli skarbowej w 2006 r.

 

UKS Poznań: Osiem osób aresztowanych. Pracownicy wyspecjalizowanych ko-mórek Urzędu Kontroli Skarbowej wraz z funkcjonariuszami CBŚ w Białymstoku zatrzymali osiem osób na terenie Wielkopolski. Sprawa dotyczyła rozprowadzania przez zorganizowaną grupę przestępczą tzw. „pustych" faktur służących do wyłu-dzania podatku VAT oraz posługiwania się tymi fakturami dla legalizacji obrotu olejem opałowym niewiadomego pochodzenia.

UKS Katowice: Nieopodatkowana produkcja na wielką skalę. Kontrola w firmie jednego ze śląskich „baronów paliwowych" wykazała, że z tytułu niezapłaconych w 2003 roku podatków: VAT i akcyzy Skarb Państwa stracił ponad 140 mln zł.

Analiza rezultatów zakończonych kontroli pozwala stwierdzić, że podmioty dokonu-jące obrotu paliwami działają często w zorganizowanych grupach przestępczych o mafijnym charakterze. Tworzą one powiązane między sobą tzw. łańcuchy firm, których zadaniem jest nadanie pozorów legalności poprzez fakturowy fikcyjny obrót olejem opałowym i olejem napędowym. Poszczególne firmy mają do spełnienia ści-śle określone zadania: tworzenie fikcyjnej dokumentacji, obrót towarem oraz doko-nywanie rozliczeń finansowych.

Posługiwanie się fikcyjnymi fakturami i nieewidencjonowana sprzedaż

W 105 jednostkach stwierdzono nieprawidłowości polegające na odliczaniu podatku naliczonego wynikającego z faktur nieistniejących podmiotów, faktur podmiotów, które nie posiadały ich kopii, bądź też faktur podmiotów niewykazujących obrotu paliwami w składanych deklaracjach, faktur wystawionych przez podmioty nie-uprawnione do wystawiania faktur VAT. W związku z tym naliczony został podatek VAT na kwotę 80,7 mln zł, odsetki w wysokości 13,2 mln zł oraz dodatkowe zobo-wiązanie w wysokości 3,2 mln zł.

 

W 22 jednostkach nieprawidłowości dotyczyły nieewidencjonowania sprzeda-ży paliw, od której nie naliczano i nie odprowadzano podatku, niewykazywania sprzedaży w składanych deklaracjach, nieskładania deklaracji w podatku VAT. W związku z tym naliczony został podatek od towarów i usług na łączną kwotę 12,9 mln zł, odsetki w wysokości 4 mln zł i dodatkowe zobowiązanie w kwocie 816 tys. zł.

UKS Olsztyn: Feliks Dzierżyński nie kupował oleju opałowego w Węgorzewie. W firmie zajmującej się sprzedażą oleju opałowego ujawniono fałszowanie doku-mentacji potwierdzającej wykorzystywanie tego oleju na cele grzewcze. W wyniku postępowania okazało się, że zarówno nazwiska nabywców jak i adresy ich za-mieszkania były fałszywe. Wg oświadczeń odbiorcami oleju byli m.in. Feliks Dzierżyński, Jakub Janda, Kazimierz Górski i Jacek Bąk. Ogółem sfałszowano oko-ło 800 takich oświadczeń, a ustalenia w podatku akcyzowym z tytułu sprzedaży ole-ju opałowego na inne cele niż grzewcze za lata 2003 - 2004 wyniosły ponad 1 mi-lion złotych.

UKS Warszawa: Znikąd donikąd za 5 mln. Podatnik poświadczał nieprawdę w fakturach VAT dotyczących transakcji kupna i sprzedaży oleju napędowego, gdyż w rzeczywistości nie nabywał go i nie dostarczał. W wyniku postępowań po-datkowych stwierdzono zaniżenie zobowiązania podatkowego na łączną kwotę po-nad 5 mln zł.

12 Kontrola Skarbowa w 2006 r.

UKS Zielona Góra: "Puste faktury" w obrocie paliwami. Firma dokonująca ob-rotu paliwami pochodzącymi z niewiadomego źródła uszczupliła podatki na kwotę ok. 2 mln zł. Koszty uzyskania przychodu z tytułu nabycia paliwa z niewiadomego źródła wyszacowano w oparciu o ceny sprzedaży stosowane w 2003 r. przez PKN ORLEN i pomniejszone o kwotę podatku akcyzowego zawartego w tych cenach. Zobowiązanie podatkowe z tytułu podatku akcyzowego wyniosło ponad 1 mln zł, z tytułu podatku od towarów i usług ok. 530 tys. zł, a z tytułu podatku dochodowe-go od osób fizycznych 350 tys. zł. Z uwagi na wysokość zobowiązań złożono wniosek o dokonanie zabezpieczenia majątkowego w kwocie ponad 1.4 mln zł. Od wydanych decyzji nie wniesiono odwołań. Dochodzenie karne skarbowe w tej sprawie prowadzone jest pod nadzorem prokuratury.

 

UKS Warszawa: Fikcyjne transakcje. Osoba fizyczna prowadziła fikcyjny obrót olejem napędowym. Łączna kwota zaniżenia zobowiązania podatkowego z tytułu VAT wyniosła ponad 4,6 mln zł.

UKS Olsztyn: Fikcyjni kontrahenci. Na prawie 9 mln zł oszukał budżet państwa właściciel firmy zajmującej się obrotem paliwami płynnymi. Urząd kontroli skar-bowej ujawnił fałszywe faktury, fikcyjnych kontrahentów i paliwo nielegalnego po-chodzenia.

UKS Poznań: Fikcyjne faktury. Zatrzymano podatnika, który w obrocie paliwami wystawił faktury VAT na kwotę około 45 mln zł. Faktury te nie potwierdzały rze-czywistego obrotu gospodarczego. Wobec zatrzymanego Prokurator wystąpił do Sądu o zastosowanie środka zapobiegawczego w postaci tymczasowego aresztu.

UKS Łódź: Nieistniejący dostawca oleju napędowego. W jednej z firm spraw-dzono transakcje przeprowadzone w 2003 r. z kontrahentem, który miał być do-stawcą oleju napędowego. Wszczęte wobec tego kontrahenta postępowanie dowo-dowe wykazało, że jest to firma nieistniejąca. Pod wskazanym adresem zamieszka-nia i prowadzenia działalności nie było żadnych znamion funkcjonowania podmiotu gospodarczego. Ponadto firma ta w badanym okresie nie dokonywała żadnych roz-liczeń z właściwym urzędem skarbowym. W wyniku kontroli ustalono wobec pod-miotu należny podatek VAT w ogólnej kwocie prawie 800 tys. zł.

UKS Wrocław: Nieistniejący kontrahent. Osoba fizyczna prowadząca pozarolni-czą działalność gospodarczą dokumentowała zakupy paliw płynnych fakturami VAT wystawionymi przez podmiot nieistniejący. Uszczuplenie podatku VAT wraz z odsetkami wyniosło ponad 2,2 mln. zł.

UKS Warszawa: Dziurawa ewidencja. Podatnik dokonywał zakupu oleju opało-wego i oświadczał, że zakupiony olej przeznaczony będzie na cele opałowe, bądź do odsprzedaży z zachowaniem przeznaczenia. Takie oświadczenie uprawniało do nabycia oleju opałowego wg obniżonych stawek podatku akcyzowego. W toku kontroli stwierdzono, że 99 % sprzedaży dokonywane jest na rzecz jednego odbiorcy. Z kontroli sprawdzającej i oświadczenia właściciela firmy - odbiorcy wynika, że w okresie objętym kontrolą nie wystawiane były faktury sprzedaży oraz nie dokonywane były żadne zakupy. Na podstawie materiałów otrzymanych z Prokuratury oraz zebranych w postępowaniu kontrolnym ustalono, że transakcje sprzedaży nigdy nie zostały przeprowadzone. Ujawniono przy tym brak w ewidencji zakupu faktur na blisko 30 tys. l oleju opałowego. W wyniku powyższych ustaleń, stwierdzono zani-żenie zobowiązania z tytułu podatku akcyzowego o kwotę blisko 2 mln zł (odsetki za zwłokę od zaniżonego zobowiązania stanowią kwotę ponad 200 tys. zł).

UKS Warszawa: Grupa przestępcza bez księgowości. Kontrolowana Spółka dzia-łała w zorganizowanej grupie przestępczej na rynku paliwowym. Pomimo braku ewidencji finansowo-księgowej określono zobowiązanie podatkowe na kwotę 570 tys. zł.

UKS Warszawa: Podrobiony olej napędowy. W związku ze stwierdzeniem fikcyj-nych transakcji zakupu oleju napędowego zakwestionowano prawo do odliczenia podatku naliczonego w kwocie 4,2 mln zł. Ponadto ujawniono 71 faktur dotyczących sprzedaży oleju, które nie zostały ujęte w rejestrach sprzedaży nie został od-prowadzony podatek należny w wysokości 420 tys. zł. Łączna kwota zaniżenia zobowiązania podatkowego z tytułu VAT wynosi ponad 4,6 mln zł.

 

Różnica w stawkach

Znaczące różnice w stawkach podatkowych pomiędzy olejem napędowym i olejem opałowym stanowią bodziec do dokonywania nadużyć podatkowych, polegających na sprzedaży i wykorzystywaniu niżej opodatkowanego oleju opałowego do celów motoryzacyjnych. Poza skalą gospodarczą zjawiska, niepokojąca jest koncentracja wokół niego środowisk przestępczych. Same urzędy kontroli skarbowej w 2006 r. dokonały ustaleń na kwotę 143 mln zł, w tym: podatku akcyzowego na kwotę 121 mln zł, podatku od towarów i usług 22 mln zł. Należy podkreślić, że walka z przestępczością paliwową zajmuje istotną część aktywności innych służb państwa, jak: Służba Celna, Prokuratura, Policja i ABW.

UKS Warszawa: Odbarwienie. Kontrolowana Spółka prowadziła działalność go-spodarczą polegającą na obrocie olejem napędowym, który w rzeczywistości był odbarwionym olejem opałowym. Stwierdzono zaniżenie zobowiązania podatkowe-go w ogólnej kwocie prawie 15 mln zł.

UKS Warszawa: Kwas i wapno. Podatnik prowadzący działalność gospodarczą po-legającą na obrocie olejem napędowym nabył bez faktur przerobiony za pomocą kwasu siarkowego i wapna olej opałowy, który następnie sprzedawał jako olej na-pędowy. Zaniżył on zobowiązanie podatkowe na ogólną kwotę ponad 7,4 mln zł.

UKS Łódź: Dokumentacja. Kontrolowany podmiot nieprawidłowo dokumentował oświadczenia o sprzedaży oleju opałowego. W wyniku kontroli określono zobowią-zanie podatkowe w podatku akcyzowym w wysokości ponad 300 tys. zł.

UKS Warszawa: Sprzedaż oleju technologicznego jako napędowego. Firma sprzedawała olej technologiczny jako napędowy bez uiszczania podatku akcyzowe-go. Wydana została decyzja określająca wysokość zobowiązania z tytułu podatku VAT w kwocie wyższej niż zadeklarowano o prawie 1,2 mln zł.

 

Mieszanie komponentów

W zakresie obrotu komponentami skontrolowano łącznie 21 jednostek. Stwierdzono nieprawidłowości w 11 podmiotach na kwotę 872 mln zł, w tym w zakresie: podatku akcyzowego na kwotę 768 mln zł, podatku od towarów i usług 104 mln zł.

UKS Bydgoszcz: Komponenty zamiast paliwa. Kontrahent wystawiał faktury z tytułu sprzedaży paliwa na rzecz kontrolowanej Spółki zajmującej się obrotem pa-liwami płynnymi i komponentami do produkcji paliw dokumentujące czynności, których przedmiotem był inny towar niż wskazany na fakturze i które nie zostały dokonane pomiędzy tymi podmiotami. Ustalono, że kontrahent Spółki nie nabywał paliwa, a zatem nie mógł dokonywać jego sprzedaży. Nie posiadał również bazy technicznej do produkcji paliw, która umożliwiałaby uzyskanie poprzez mieszanie produktu tożsamego z oryginalnym paliwem. W rzeczywistości przedmiotem sprzedaży do kontrolowanej Spółki nie było paliwo, lecz komponenty do produkcji paliw. Stwierdzono nieprawidłowości w podatku VAT na kwotę ponad 2,4 mln zł.

UKS Warszawa: Nadmiar siarki. Podatnik prowadzący działalność gospodarczą kupował oleje o wysokiej zawartości siarki, przeznaczone do celów technologicz-nych, zwolnione z podatku akcyzowego. Następnie odbarwiał go i sprzedawał jako olej napędowy. Wydano decyzję na kwotę ponad 9,2 mln zł.

 

Paliwo nieznanego pochodzenia

W zakresie obrotu olejem napędowym urzędy kontroli skarbowej skontrolowały 145 jednostek. Nieprawidłowości stwierdzono w 71 podmiotach na kwotę 408 mln zł, w tym w zakresie: podatku akcyzowego na kwotę 276 mln zł, podatku od towarów i usług 132 mln zł.

UKS Olsztyn: Afera paliwowa w Elblągu. Kontrola elbląskiej spółki, prowadzącej działalność w zakresie obrotu paliwami płynnymi i dokonująca sprzedaży paliwa niewiadomego pochodzenia, wykazała, że jest ona winna jest budżetowi państwa ponad 30 mln zł.

UKS Gdańsk: Cysterna. Pracownicy wywiadu skarbowego UKS podczas dokony-wania czynności przeszukania zatrzymali samochód cysternę przewożącą 32 tys. litrów nielegalnego paliwa i zabezpieczyli dokumentację księgową, wśród której ujawniono tzw. "puste" faktury VAT na kwotę 12 mln zł.

UKS Opole: Obrót paliwami z aresztu. Właścicielka kontrolowanej firmy doko-nywała obrotu paliwami z niewiadomego źródła a jej mąż, jako podejrzany m.in. o uczestnictwo w grupie przestępczej dokonującej obrotu nielegalnym paliwem, znajdował się w areszcie śledczym. W wyniku kontroli określono zobowiązanie w podatku od towarów i usług w wysokości ponad 970 tys. zł a w podatku akcyzowym w wysokości ponad 1,6 mln zł.

 

Źródło informacji  http://mf.gov.pl/_files_/bip/bip_kontrole/kontrola_skarbowa_2006a.pdf


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Mafia paliwowa? czy odbarwiacze

środa, 13 stycznia 2010 13:39
Mafia paliwowa ? Drukuj

18 listopada 2008 r. funkcjonariusze celni Wydziału Zwalczania Przestępczości Izby Celnej w Warszawie, Krajowy Koordynator oraz Koordynator Izby Celnej w Warszawie Krajowej Grupy Zadaniowej ds. Zwalczania Przestępczości Paliwowej oraz funkcjonariusze komórek Szczególnego Nadzoru Podatkowego Urzędów Celnych w Ciechanowie i Siedlcach realizowali czynności do sprawy prowadzonej pod nadzorem Prokuratury Okręgowej w Olsztynie. Czynności koordynowali funkcjonariusze Centralnego Biura Śledczego Zarządu w Olsztynie.

Przeszukania posesji, podmiotów gospodarczych, stacji paliw prowadzono w 4 miejscach na terenie woj. Mazowieckiego.

Celem funkcjonariuszy było zatrzymanie osób trudniących się produkcją i handlem paliwami, mieszaniem paliw celem wprowadzania do obrotu oleju opałowego jako napędowego. Do tego celu jak wynikało z wcześniejszych ustaleń, wykorzystywany był olej opałowy, a także komponenty ropopochodne takie jak benzyny do lakierów, olej bazowy i nafty ochronne.

W trakcie przeszukań mazowieccy funkcjonariusze zabezpieczyli 77 tysiące litrów paliw i cieczy ropopochodnych, zbiornik fabrycznie wykorzystywany jako pojemnik na mleko a faktycznie służący do mieszania paliw i wiele zbiorników 1000 litrowych.
Ponadto zabezpieczono zbiorniki podziemne i aparaturę służącą do odmierzania ilości wydawanego paliwa, samochody oraz ponad 110 tys. złotych, a także dokumenty finansowo - księgowe.

Udział mazowieckich celników w przedmiotowych czynnościach stanowił część większej operacji prowadzonej na terenie 4 województw: mazowieckiego, warmińsko-mazurskiego, podkarpackiego i kujawsko - pomorskiego. W wyniku przeprowadzonych działań do policyjnych aresztów trafiło 15 osób podejrzewanych o udział w zorganizowanej grupie przestępczej oraz zabezpieczono ponad 100 tys. litrów nieopodatkowanego paliwa.

 

mafia_paliwowa_01 mafia_paliwowa_02 mafia_paliwowa_03 mafia_paliwowa_04 mafia_paliwowa_05 mafia_paliwowa_06 mafia_paliwowa_07 mafia_paliwowa_08 mafia_paliwowa_09 mafia_paliwowa_10
21.11.200

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Historia śląskiej mafii paliwowej

środa, 13 stycznia 2010 13:32

Historia śląskiej mafii paliwowej

Marcin Pietraszewski
2005-07-14, ostatnia aktualizacja 2005-07-14 00:00

Nazywano ich specjalistami od cudów. Z rosyjskiego mazutu i niemieckiego oleju opałowego tworzyli najtańsze paliwo na świecie. Brzydzili się przemocą, problemy rozwiązywali gotówką. Mafiosi, którzy przez pięć lat nielegalnie produkowali paliwo, ratują teraz gigantyczne majątki, współpracując z prokuraturą

gen. Mieczysław Kluk, były komendant śląskiej policji
Fot. MARTA BLAZEJOWSKA / AG gen. Mieczysław Kluk, były komendant śląskiej policji 
 

Od dwóch lat w Krakowie działa specjalny zespół prokuratorów, którzy zajmują się tropieniem mafii paliwowej. W ich pokojach piętrzą się setki tysięcy faktur oraz przelewów bankowych. Wszystkie dotyczą handlu benzyną lub jej komponentami. Większość jest fikcyjna. Wynika z nich jedna prawidłowość: mózgiem polskiej mafii paliwowej był Szczecin, ale sercem Śląsk.

- Działające na południu Polski rafinerie sprzedawały komponenty, która mafia wykorzystywała do nielegalnej produkcji benzyny lub oleju napędowego. Śląscy baronowie zapewniali też organizacji ochronę policji i służb specjalnych - przyznaje jeden z prokuratorów znających kulisy sprawy.


W połowie lat 90. o mafii paliwowej i jej wpływowych baronach nikt jeszcze nie słyszał. Na Śląsku było zaledwie 50 niewielkich firm handlujących benzyną i olejem napędowym. Każda działała na własną rękę. Jeżeli już ktoś mieszał paliwo, robił to na niewielką skalę. - Wiedzieliśmy jednak, że prędzej czy później pojawi się ktoś, kto zacznie na tym naprawdę zarabiać - wspomina jeden z oficerów Centralnego Biura Śledczego.

Pomysł przyszedł ze Szczecina. Jan B., Arkadiusz G. i Zbigniew M. - trzej najbardziej znani zachodniopomorscy biznesmeni - zakładają firmę BGM. Działają z rozmachem. W Niemczech kupują kilka pociągów z olejem napędowym. Jednak 120 wypełnionych po brzegi cystern wjeżdża do Polski jako... olej opałowy. Dzięki temu biznesmeni płacą o połowę mniejszą akcyzę. Zanim ktokolwiek się zorientował, olej rozpłynął się w zbiornikach kilkudziesięciu stacji benzynowych.

- Chłopcy z BGM wiedzieli, że to żyła złota. Jednak przy rozmachu, który planowali, potrzebowali wspólników. Wielu wspólników - mówi oficer policji.

W 1997 r. emisariusze ze Szczecina jadą na Śląsk. Wiedzą, że potężna aglomeracja wchłonie każdą ilość benzyny. Przynajmniej na papierze. Ich wybór pada na Artura K. z Woźnik. To niepozorny, ale bardzo przedsiębiorczy mężczyzna. Ma też ogromną zaletę. Jego firma handluje paliwami.

Emisariusze są bardzo ostrożni. Nie chcą rozmawiać z K. w jego w domu, rezygnują też z hotelu, a nawet z kawiarni. Boją się podsłuchu. W końcu decydują się na niewielką stację benzynową w pobliżu Rudnik. Trzej ubrani w eleganckie garnitury faceci - na stojąco przy kawie w plastikowych kubkach - rozmawiają o wielomilionowych interesach. Przez szyby widzą spacerujące po łące krowy.

- To właśnie wtedy zapadła decyzja, że śląskie firmy paliwowe będą ostatnim, najważniejszym ogniwem w łańcuchu pracującym na rzecz mafii paliwowej - mówi jeden ze znających kulisy sprawy oficerów służb specjalnych.

Artur K. tworzy w całym kraju kilkadziesiąt jednoosobowych firm, których właścicielami są podstawieni przez niego figuranci. To tzw. słupy, głównie bezrobotni, którym jest wszystko jedno. Dla kilku tysięcy złotych podpisują wszystkie dokumenty, jakie podtyka się im pod nos.

- Wszystkie firmy były legalnie zarejestrowane. Mafiosi zadbali, żeby miały REGON, konto w odpowiednim banku i odprowadzały podatki - mówił prokurator Leszek Goławski, rzecznik Prokuratury Apelacyjnej w Katowicach.

Nikt nie wyłapuje, że mieszczące się w mieszkaniach firmy magazynują tysiące ton paliwa. Rozpoczyna się największe przestępcze przedsięwzięcie w historii III RP. Policja szacuje, że miesięcznie bossowie mafii paliwowej zarabiają 10 mln zł. Szczeciński BGM kupuje kolejne pociągi oleju napędowego i od razu sprzedaje je firmie Y z Poznania. Ta odsprzedaje go zaprzyjaźnionej firmie z Wrocławia. Następnie olej trafia do jednoosobowego przedsiębiorstwa w Jeleniej Górze, a zaraz potem do bazy transportowej w Katowicach. W końcu paliwo ląduje w Woźnikach u Artura K. Wszystkie uczestniczące w transakcji firmy zwracają się do urzędów o zwrot podatku VAT. Na ich konta spływają dziesiątki tysięcy złotych. "Słupy" odbierają gotówkę i przekazują łącznikom. Ci zawożą kasę do Szczecina lub na Śląsk.

- Zdarzało się, że pieniędzy było tyle, iż nie mieściły się w bagażniku samochodu - przyznaje jeden z prokuratorów.

Nie spełnia polskich norm

Mafia się rozkręca. Baronom fałszerstwa już jednak nie wystarczają. Zaczyna się nielegalna produkcja paliwa. Rosyjski mazut mieszają z olejem opałowym lub rzepakowym. Od biedy przypomina to olej napędowy. Sprzedają go o kilkadziesiąt groszy taniej niż rafinerie.

- Taka mieszanka to zabójstwo dla silnika. Korozja murowana - komentują w PKN Orlen.

Jednak rynek jest chłonny jak gąbka. Małe stacje skupują każdą ilość taniego paliwa. "Alchemicy" idą krok dalej. Artur K. wprowadza do interesów Przemysława K., szefa częstochowskiej firmy Note. To jeden z najbogatszych ludzi w okolicy. Nosi się jak przedwojenny arystokrata. Ma rozległe kontakty w skarbówce i rafineriach. Tego potrzeba baronom paliwowym.

- To K. załatwił w rafineriach kontrakty na dostawy komponentów, z których produkuje się benzynę. To był przełom w działalności mafii paliwowej - mówi jeden z oficerów służb specjalnych.

"Alchemicy" kupują komponenty legalnie. W ogromnych zbiornikach w całym kraju mieszają benzynę bazową (ok. 50 oktanów) czy też benzynę krakingową (przeszło 60 oktanów) z eterem tetro-butylowo-metylowym (substancja o handlowej nazwie MTBE dodawana do benzyny zamiast związków ołowiu) lub z toulenem, czyli związkiem organicznym z grupy tzw. węglowodorów aromatycznych. To przestępstwo, bo w Polsce na produkcję paliwa trzeba mieć koncesję. A mafia na dodatek produkuje benzynę, która w ogóle nie spełnia polskich norm. Ma za małą liczbę oktanów, jest też zasiarczona. Jej jedyną zaletą jest niska cena. Kraj zalewają miliony litrów chrzczonego paliwa.

Prokurator Goławski: - Baronowie unikają przemocy. Jeżeli mają jakieś problemy, rozwiązują je za pomocą pieniędzy.

Pierwsze sygnały o działającej w Polsce mafii paliwowej zdobywa śląska policja. Funkcjonariusze robią nalot na jedną z firm Przemysława K. Znajdują tam kilkadziesiąt tysięcy litrów trefnej benzyny. Zbiorniki oplombowano, prokuratura kazała pobrać próbki. Miały trafić do ekspertyzy.

- Chłopaków o mało co nie trafił szlag, kiedy okazało się, że w nocy ktoś wypompował całą lewiznę i wlał prawdziwą etylinę 95 - wspomina jeden z oficerów śląskiej policji. Sprawa umiera, nie ma dowodów.

Dla baronów paliwowych to pierwszy sygnał, że policja zaczyna się nimi interesować. Kaperują do swoich firm byłych funkcjonariuszy, którzy opowiadają o metodach prowadzenia śledztw. To nie pomaga. Policja zaczyna kontrolować cysterny wożące komponenty. Na kierowców pada blady strach.

Artur K. widzi tylko jedno rozwiązanie problemu: trzeba kupić ochronę. Śląscy baronowie paliwowi robią zrzutkę. Za 700 tys. zł kupują przychylność wysokiego rangą oficera policji. Zdradzają mu nazwy firm, które kupują w rafineriach komponenty. Nie wolno ich kontrolować.

- To generał Mieczysław Kluk, ówczesny szef śląskiej policji - twierdzi teraz krakowska prokuratura. Na jej wniosek generał został w maju aresztowany.

W 2000 r. miał on ostrzec mafiosów, że w Centralnym Biurze Śledczym powstały specjalne zespoły zadaniowe do walki z przestępczością paliwową. Zdaniem prokuratury to właśnie od niego przestępcy dostali listę z nazwiskami zaangażowanych w operację agentów.

- Na konta w rajach podatkowych trafiają miliony dolarów, a domy, hotele i samochody baronowie przepisują na rodziny - mówi jeden z oficerów CBŚ.

Miliony dla oficera

Mimo problemów mafia nie zaprzestaje działalności. Gangsterzy wiedzą, że nikt nie ma pełnego obrazu ich działalności, bo śledztwa przeciwko nim prowadzone są w kilkunastu miastach.

- Prawie w każdej z tych spraw przewijały się nazwiska twórców BGM oraz śląskich baronów paliwowych. Poszczególne prokuratury zazdrośnie jednak strzegły swoich ustaleń, nie było żadnej wymiany informacji - wspomina oficer policji.

W 2000 r. BGM jest już największą prywatną firmą na rynku paliwowym. W niewyjaśnionych do dzisiaj okolicznościach zdobywa kontrakt na dostawy ropy dla PKN Orlen. Staje się oficjalnym partnerem firmy o strategicznym znaczeniu dla państwa.

Śląska policja przygląda się Przemysławowi K. i Arturowi K. Pierwszy decyduje się na ruch, jakiego jeszcze nikt do tej pory nie wykonał. W 2000 r. oficjalnie przekazuje policji w formie darowizny 10 tys. litrów benzyny. Ta przyjmuje podarunek bez mrugnięcia okiem.

Wkrótce ze Śląska płynie kolejny komunikat: mamy przychylność służb specjalnych.

Przemysław K. przez pośrednika przekazuje oficerom Urzędu Ochrony Państwa 2,5 mln dolarów łapówki. Z jego zeznań składanych teraz w prokuraturze wynika, że do puli dorzucił się także Artur K. Kasę przekazują w gotówce na jednym z częstochowskich parkingów.

- Obiecano im, że oficerowie służb specjalnych zainwestują te pieniądze w zagraniczną firmę i pomogą rozwiązać problemy - mówi jeden z prokuratorów.

Na ochronę jest już jednak za późno. Jesienią 2001 r. agenci katowickiego Centralnego Biura Śledczego zatrzymują Przemysława K. i Artura K. Zarzut: udział w zorganizowanej grupie przestępczej, oszustwa podatkowe na 115 mln zł i pranie brudnych pieniędzy. Obaj trafiają za kratki. Kilka miesięcy później w więzieniu melduje się także Jan B. ze szczecińskiej firmy BGM. Prokuratura w Krakowie przejmuje wszystkie prowadzone w kraju śledztwa dotyczące działalności mafii paliwowej. To początek jej końca.

Pierwszy łamie się Przemysław K. W zamian za obietnicę nadzwyczajnego złagodzenia kary przez kilkanaście dni ze szczegółami opowiada o kulisach przestępczej działalności. Nie oszczędza nikogo. Podaje nazwiska wspólników, nazwy firm, urzędników, którym płacono łapówki, a także skorumpowanych oficerów policji, wojska i służb specjalnych. Zadowolona prokuratura wypuszcza go na wolność. Trudów aresztu nie wytrzymuje również Jan B., mózg mafii paliwowej. On z kolei opowiada o związkach organizacji z politykami lewicy i prawicy, sponsorowaniu wyborów i kontaktach z Wojskowymi Służbami Informacyjnymi. To prawdziwy przełom w śledztwie.

Osamotniony Artur K. nie ma wyboru. Też zaczyna sypać. Po jego zeznaniach do aresztu trafiają: kilkudziesięciu zaskoczonych "słupów", generał Mieczysław Kluk, trzej policjanci z Wrocławia, powiązani ze służbami specjalnymi szefowie krakowskiej firmy, dyrektorzy rafinerii Trzebinia oraz kilkunastu firm transportowych.

Ze wstępnych wyliczeń wynika, że w wyniku działalności mafii paliwowej Skarb Państwa stracił co najmniej miliard złotych - mówi jeden z krakowskich prokuratorów.

Na początku lipca przed katowickim sądem rozpoczął się proces śląskiej mafii paliwowej. Ku zaskoczeniu wszystkich Przemysław K. poprosił o dobrowolne poddanie się karze. Wymierzono mu dwa lata więzienia w zawieszeniu oraz 600 tys. zł grzywny. Prosto z sądu jedzie do swojej częstochowskiej rezydencji. Nie można mu jej zabrać, bo zdążył ją przepisać na rodzinę.

- Poddanie się karze nie oznacza, że mój klient przyznał się do winy. On po prostu miał już dość tej sprawy - przekonuje mecenas Andrzej Rajpert, jeden z najlepszych śląskich adwokatów, obrońca Przemysława K.

W tym samym czasie zasiadający z nim na ławie oskarżonych "słup" negocjuje z sądem zwrot poręczenia majątkowego w wysokości 10 tys. zł. Niemrawo wspiera go obrońca z urzędu. - Ja nigdzie nie ucieknę, obiecuję - prosi błagalnym tonem "słup", który nie ma z czego żyć. Jego jednoosobową firmę zlikwidowało CBŚ. Tak samo jak całą mafię paliwową.







Prawdziwa benzyna powinna być bezbarwną lub lekko żółtawą cieczą. Dla chemika jest niczym więcej, jak tylko mieszaniną różnych węglowodorów łańcuchowych (tzw. alifatycznych), zawierających po 5-12 atomów węgla w cząsteczce, z niedużym dodatkiem m.in. węglowodorów pierścieniowych. Można ją otrzymać na kilka sposobów:

- przez destylację ropy naftowej z równoczesnym rozdzieleniem jej na poszczególne frakcje. Wydajność tej metody to 15-20 proc.

- przez kraking (rozrywanie cząsteczek) ropy naftowej pozbawionej już benzyny pod działaniem wysokiej temperatury lub specjalnego katalizatora. Wydajność procesu wzrasta do 40-60 proc.

- przez uwodornienie (przyłączenie atomów wodoru) węgla kamiennego lub brunatnego, np. pod bardzo wysokim ciśnieniem

- podczas syntezy z tlenku węgla i czystego wodoru

- przez polimeryzację etenu, propenu i butenów (węglowodorów, które można uzyskać podczas termicznej obróbki ropy naftowej)

- przez kilkufazową obróbkę węglowodorów z tzw. gazu ziemnego mokrego

lub (jak robili to przestępcy) przez zmieszanie kilku gotowych kupionych komponentów.

opr piet
http://katowice.gazeta.pl/katowice/1,35059,2820801.html
Podziel się
oceń
1
0

komentarze (10) | dodaj komentarz

Proces mafii paliwowej. Przemówi generał policji K

niedziela, 10 stycznia 2010 20:26

4 stycznia 2010, 8:15

Proces mafii paliwowej. Przemówi generał K.

mp

Dziś ciąg dalszy mów końcowych w procesie byłego generała policji i baronów paliwowych. Prawdopodobnie głos zabierze gen. Mieczysław K.

Generał K. i jego obrońca.

(Archiwum)

Trwający prawie trzy lata proces zakończył się na początku grudnia. Dla jedenastu oskarżonych prokurator zażądał od dwóch lat w zawieszeniu do 10 lat pozbawienia wolności. Najwięcej dla gen. Mieczysława K., byłego szefa śląskiej policji. Prokuratura oskarża go o sprzedaż tajnych informacji i współpracę z mafią paliwową.

Na ostatniej rozprawie zaczęły się mowy końcowe. Pierwszą wygłosił mec. Włodzimierz Łyczywek, jeden z obrońcow generała. Dziś będą przemawiać kolejni obrońcy. Głos zabierze też prawdopodobnie generał. Podobno może przemawiać nawet kilka godzin. Nie przyznaje się do winy.

Na ławie oskarżonych zasiada jedenaście osób (dwunasta osoba - Adam N. - ze względu na kłopoty ze zdrowiem będzie miał osobny proces). Oprócz generała oskarżeni są dwaj oficerowie policji, szefowie szczecińskiej spółki BGM, biznesmeni i specjalista od podsłuchów.

Sprawa ma swój początek w Szczecinie, w siedzibie BGM. Jej wspólnicy są uważani za organizatorów handlu lewym paliwem w Polsce. W marcu 2001r. w teczce Jana B., współwłaściciela firmy policjanci znaleźli tajne dokumenty dotyczące walki z mafią paliwową. Według prokuratury kopie wydał gen. K. ze swojej tajnej kancelarii. Gdy sprawa wyszła na jaw biznesmeni mieli próbować zatrzeć ślady.

Prokuraturze nie udało się udowodnić, że generał dostał za tę przysługę pieniądze. Ma za to dowody, że wziął pieniądze za odstąpienie od kontroli cystern wiozących lewe paliwo oraz za pomoc w zwolnieniu zatrzymanego biznesmena.

Część oskarżonych przyznała się do winy. Mieczysław K. twierdzi, że padł ofiarą spisku policjantów. Przyznaje, że spotykał się z szemranymi biznesmenami, ale była to praca operacyjna.

http://www.gs24.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20100104/SZCZECIN/4300893


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Mieszkaniec Polic i afera paliwowa

niedziela, 03 stycznia 2010 10:48

Mieszkaniec Polic i afera paliwowa

Mariusz Parkitny

Mieszkaniec Polic zamieszany w jedną z największych afer ostatnich lat. Za tydzień będzie wiadomo, jakiej kary żąda dla niego prokurator.

Proces w sprawie wycieku tajnych informacji i korumpowania policjantów zaczął się we wrześniu 2006 r. Na ławie oskarżonych zasiadło 12 osób. Wśród nich policzanin Tomasz K. (z lewej). Obok Artur K., Zdzisław M. oraz Jan B.

(Marcin Bielecki)

Chodzi o 39-letniego Tomasza K. Wykształcenie średnie, z zawodu technik-ogrodnik. Ostatnie miejsce pracy - motel w Świnoujściu. Według prokuratury, to on odegrał jedną z głównych ról w aferze paliwowej i wycieku tajnych informacji z policji.
Na ławie oskarżonych siedzi razem z gen. Mieczysławem K., byłym szefem śląskiej policji i bossami paliwowymi ze spółki BGM.

Prawa ręka baronów

Proces toczył się za zamkniętymi drzwiami. 1 września prokurator wygłosi mowy końcowe. Udało nam się ustalić, co śledczy "mają" na Tomasza K. Według nich, to policzanin był prawą ręką baronów paliwowych. Głównie współwłaścicieli szczecińskiej spółki BGM (Jan B., Arkadiusz G. oraz Zdzisław M). To on w ich imieniu miał organizować w całym kraju struktury przestępcze dla mafii paliwowej, która zarabiała miliony na sprzedaży lewego paliwa.


140 tys. zł za kopie

Zarzuty wobec K. dotyczą okresu między lutym a marcem 2001 r. To czas, gdy jeden z współwłaścicieli BGM wchodzi w posiadanie tajnych dokumentów policyjnych. Jest tam m.in. analiza działania spółek paliwowych, z którymi związany jest policzanin.

Dostęp do dokumentów ma wąskie grono osób. M.in. Wojciech K. z wrocławskiego CBŚ. Dokumenty pokazuje znajomemu Edwardowi C., policjantowi z komendy wojewódzkiej we Wrocławiu. Wie, że ten kontaktuje się z podejrzanymi. Potem Edward C. miał zapłacić Wojciechowi K. 10 tys. zł. za kopie tych dokumentów. Sam pokazuje je Tomaszowi K. Według prokuratury, policzanin płaci za nie 140 tys. zł.

- Tomasz K. zdając sobie sprawę z wagi policyjnych ustaleń i ewentualnych płynących z nich zagrożeń dla grupy przestępczej, niezwłocznie udał się do Szczecina, gdzie osobiście dokumenty te przedstawił Janowi B. ze spółki BGM - napisał prokurator w akcie oskarżenia.

Jan B. powieli te dokumenty i schowa w teczce z zamkiem szyfrowym. Kilka miesięcy później policjanci znajdą je i sprawa ujrzy światło dzienne.


Dwa miliony za podmiankę

Nazwisko Tomasza K. pojawia się w jeszcze jednym wątku afery. Chodziło o podmianę kopii tajnych dokumentów, aby nikt nie zorientował się, że odbitki wyciekły z tajnych kancelarii do przestępców. Za dwa miliony złotych mieli się tego podjąć policjanci i pośrednicy (siedzą na ławie oskarżonych). Tomasz K. miał brać udział w zbieraniu tych pieniędzy. Ostatecznie do podmiany nie doszło, bo afera wyszła na jaw.

W śledztwie Tomasz K. przyznał się do winy. Opowiedział, że tajne dokumenty dostał od Edwarda C. Zapłacił mu za kopie 140 tys. zł. Opowiedział też jak brał udział w próbie podmiany tajnych dokumentów, które znalazły się w teczce Jana B. Nie wiadomo, co wyjaśniał na procesie, bo sędzia wyłączył jawność.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Podejrzane okoliczności umorzenia wielkiej afery paliwowej

niedziela, 03 stycznia 2010 10:40

Podejrzane okoliczności umorzenia wielkiej afery paliwowej

TVN24; Dziennik - 19-06-2009 14:15 Jedno z największych w kraju śledztw dotyczących tzw. mafii paliwowej zostało umorzone. Liczącą 300 tomów akt sprawę zamknął prokurator zajmujący się na co dzień wypadkami drogowymi, a ściągnięty na miesiąc do prowadzenia tej sprawy - podaje TVN24. Dzięki jego decyzji oczyszczeni z zarzutów biznesmeni odzyskali część gigantycznego majątku: 30 mln zł w gotówce, samolot, helikopter, a także luksusowy jacht pełnomorski - pisze "Dziennik".

Sprawą kontrowersyjnego umorzenia już zainteresował się minister sprawiedliwości Andrzej Czuma. - Prokurator krajowy sprawdza, czy było ono zasadne - powiedział portalowi tvn24.pl.

Decyzja o umorzeniu jednego z głównych wątków w gigantycznym śledztwie dotyczącym mafii paliwowej (obejmuje ponad 170 wątków) zapadła 15 maja w Prokuraturze Okręgowej w Ostrowie Wielkopolskim. Podjął ją delegowany tam prokurator Aleksander Głuchow z Prokuratury Rejonowej w Pleszewie. "Dziennik" ustalił, że nigdy wcześniej nie prowadził spraw aferalnych, specjalizuje się w wypadkach drogowych. Umorzył śledztwo tuż przed końcem delegacji.

Dzięki jego decyzji właściciel poznańskiej spółki Ekoenergia Marek B. wraz z trzema najbliższymi współpracownikami mógł odetchnąć z ulgą. Po trzech latach przestał być podejrzany o udział w zorganizowanej grupie przestępczej i pranie brudnych pieniędzy. Odzyskał także zarekwirowaną na poczet roszczeń Skarbu Państwa część gigantycznego majątku - 30 mln zł, cessnę cittation wartą ponad 2 mln zł oraz helikopter Mi-2, a także luksusowy jacht pełnomorski.

Śledztwo zostało umorzone mimo, że jeszcze na przełomie lutego i marca prokuratorzy zapewniali, że paliwowy gang stanie wkrótce przed sądem. Jednak sprawa szła, jak po grudzie. Dwukrotnie odsuwano od sprawy prokuratorów: pierwszego w 2008 r., drugiego na wiosnę 2009 r. Z jakich przyczyn? - O kulisach odsunięcia mnie, mojego kolegi i umorzenia tej sprawy mogę mówić jedynie przed swoimi najwyższymi przełożonymi, np. prokuratorem krajowym i ministrem sprawiedliwości. Obowiązuje mnie rygorystyczna tajemnica służbowa - tłumaczy "Dziennikowi" prokurator Grzegorz Florczak.
Śledczy chcieli skierować do sądu akt oskarżenia, prokurator Głuchow, który jako ostatni przejął śledztwo, zdecydował inaczej.

- Sprawa zajmuje 300 tomów akt. To drobiazgowe analizy przepływów finansowych między spółkami rejestrowanymi m.in. na Białorusi, Łotwie, w Uzbekistanie i USA. Ten prokurator nigdy wcześniej nie prowadził spraw aferalnych. Jak w tak krótkim czasie mógł podjąć merytoryczną decyzję? - pyta jeden ze śledczych znających dokładnie sprawę.
Co na to Głuchow? - Sprawa Ekoenergii? Nie kojarzę... Proszę ewentualnie pytać w prokuraturze okręgowej - odpowiedział "Dziennikowi" prokurator. Pytany, czy w swojej karierze prowadził już poważne sprawy aferalne, stwierdził: - Nie odpowiem.

Tłumaczenia szefów prokuratury w Ostrowie Wielkopolskim też są lakoniczne. - Chodziło o sprawne poprowadzenie śledztwa, dlatego sięgnęliśmy po prokuratora z rejonu. Podjął czysto merytoryczną decyzję. Niestety prokuratorzy zajmują się wszystkim, nie ma u nas specjalizacji: raz się robi sprawę wypadku, raz zabójstwa i poważną aferalną - mówi szef pionu śledczego Agata Kobiela-Kurczaba.

Prokuratorzy interweniują u Czumy

Kilku prokuratorów z Ostrowa uważa, że śledztwo ws. Ekoenergii zostało umorzone w podejrzanych okolicznościach. I dlatego napisali list do ministra sprawiedliwości Andrzeja Czumy z prośbą o spotkanie. - Jestem już z nimi umówiony. Spotkam się, bo mam do nich zaufanie - mówi portalowi tv24.pl Czuma.
- Zażądałem, by akta tej sprawy trafiły do biura przestępczości zorganizowanej, gdzie decyzja o umorzeniu zostanie zbadana - dodaje zastępca prokuratora generalnego Edward Zalewski. Prokuratura Krajowa może w pół roku po umorzeniu śledztwa podjąć je na nowo.

Wielowątkowe śledztwo
Mafia paliwowa - jak pisał doniosły media - uszczupliła Skarb Państwa o 90 mln zł. Proceder szeroko opisała m.in. "Gazeta Wyborcza" i "Rzeczpospolita". Jak zarabiali paliwowi baronowie? Sprowadzali z zagranicy olej opałowy i zużyty olej lotniczy, które następnie wykorzystywali do nielegalnej produkcji benzyny lub oleju napędowego. i rozprowadzali po Polsce jako pełnowartościowe paliwo. Baronowie paliwowi zapewniali swojej organizacji ochronę policji i służb specjalnych.

Początkowo - w latach 90. - mafia paliwowa działała tylko we Wrocławiu, Szczecinie i na Śląsku. Od 2000 r. zaczęła się to rozszerzać na cały kraj, by w końcu przekroczyć granice Unii Europejskiej.

Przestępcy zakładali fikcyjne firmy na całym świecie, dzięki którym unikali bezpośredniego przelewania pieniędzy z paliwowego interesu na prywatne konta. Ostatecznie trafiały one na prywatne konta w tzw. rajach podatkowych, takich jak Wyspy Owcze czy Szwajcaria. Dodatkowo dla zatarcia śladów dokumenty i towar wędrowały przez różne kraje - jedna z baz, przez które przepływało trefne paliwo znajdowała się właśnie w Ostrowie Wielkopolskim.

Jeden z wątków mafii paliwowej dotyczył korupcji związanej z akcyzą w Ministerstwie Finansów.
Link http://nafta.wnp.pl/podejrzane-okolicznosci-umorzenia-wielkiej-afery-paliwowej,82883_1_0_2.html


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

CBŚ - Afera paliwowa z dramatem dziecka

niedziela, 03 stycznia 2010 10:37

CBŚ - Afera paliwowa z dramatem dziecka

Malwina Korzeniewska, Agnieszka Smogulecka

2009-06-03 06:00:00

Nikt i nic nie zastąpi małemu dziecku opieki matki. Dlatego rodzice Justyny J. wciąż nie mogą uwierzyć w to, co się stało. Ich córka oraz jej partner życiowy zostali zatrzymani przez policjantów z poznańskiego Centralnego Biura Śledczego. Rzecz w tym, że kiedy policja ponad tydzień temu weszła do domu Justyny J. i Przemysława Z. w domu był ich siedemnastomiesięczny syn, Antoś.

- Córka zadzwoniła do mnie z prośbą, abym przyszła do nich, bo przyjechała policja. Na miejscu musiałam podpisać oświadczenie, że zaopiekuję się jej synkiem i domem - załamuje ręce babcia. Kobieta twierdzi, że funkcjonariusze CBŚ straszyli ją, że jeśli nie zdecyduje się na opiekę, wówczas chłopiec zostanie zabrany.

- Nikt nikogo nie straszył - tłumaczy Romuald Piecuch z Komendy Wojewódzkiej Policji w Poznaniu. - Takie są policyjne procedury. Jeśli rodzice nieletniego są zatrzymywani, nie możemy zostawić dziecka bez opieki. Jeśli nie chce zająć się nim rodzina, kontaktujemy się z sędzią rodzinnym. To on podejmuje decyzję, gdzie umieścić nieletniego. Dzieci do lat 4 w takich sytuacjach trafiają zwykle do domu małego dziecka, starsze do pogotowia opiekuńczego.

Ostatecznie Antosiem zaopiekowali się dziadkowie. Dziecko chorowało, a teraz - jak mówi jego babcia - nie chce jeść. Rodzice Justyny J. mówią, że trudno im znieść niepewność, bo nic na temat zarzutów stawianych ich córce nie wiedzą.

Kobieta była współwłaścicielem firmy, która zajmowała się sprzedażą paliw. Prowadziła też salon kosmetyczny i lombard. Jej najbliżsi utrzymują, że nie mogła wiedzieć o powiązaniach przyjaciela, Przemysława Z.

100 mln - tyle pieniędzy mieli wyłudzić od Skarbu Państwa zatrzymani przez CBŚ

Innego zdania są śledczy. Oprócz Justyny J. i Przemysława Z. zatrzymali sześć innych osób, które miały działać w jednym gangu, trudniącym się fikcyjnym obrotem paliwami, fałszowaniem dokumentów oraz wyłudzeniem należności Skarbu Państwa. Przemysław Z., zdaniem policjantów, to jeden z trzech szefów grupy i organizatorów procederu.

- Sprawę badaliśmy od 2007 roku, wspólnie z urzędami podległymi ministrowi finansów oraz prokuratorami okręgu poznańskiego - tłumaczą funkcjonariusze. - Dzięki temu zabezpieczyliśmy wiele dokumentów, które jednoznacznie dowodzą, że zatrzymani działali w sposób zorganizowany i przemyślany. Grozi im do 10 lat więzienia.

Aby Justyna J. mogła wyjść z aresztu i zaopiekować się synkiem, jej rodzina musi wpłacić 300 tysięcy złotych kaucji. Ta kwota jest jednak dla nich niewyobrażalna. Rodzice utrzymują się z rent. Policjanci zablokowali firmowe konta, więc nie mają dostępu do jakichkolwiek pieniędzy.

Tymczasem śledczy szacują, że gang, w którym mogła działać para, mógł wyłudzić nawet 100 mln złotych. Funkcjonariusze sprawdzają, czy podejrzani nie próbowali ukrywać majątku.

http://poznan.naszemiasto.pl/wydarzenia/1007625.html
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Ziobro: Chcą skręcić śledztwa w sprawie mafii

piątek, 25 grudnia 2009 20:57

Ćwiąkalski zadecyduje o losie Ziobry 

 

Były minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro oskarża. Mówi dziennikowi.pl, że ci, którzy chcą jego ukarania, chcą "skręcić" wszystkie śledztwa w sprawie mafii paliwowej. Na biurko ministra sprawiedliwości trafił już wniosek prokuratury o uchylenie immunitetu Ziobry. Prokuraturzy zarzucają mu, że bezprawnie przekazał akta śledztwa Jarosławowi Kaczyńskiemu. Ich treść ujawnił dzisiaj DZIENNIK.

Ziobro ma stracić immunitet za to, że na początku 2006 roku miał przekazać akta śledztwa w sprawie mafii paliwowej prezesowi PiS Jarosławowi Kaczyńskiemu, choć ten nie był do zapoznania się z nimi uprawniony.

Były minister twierdzi, że woli sam zrezygnować z immunitetu niż czekać aż zdecyduje o tym Sejm. "Nigdy nie dopuszczę do tego, by Pan Chlebowski z panem Zemke decydowali o moim immunitecie" - mówi dziennikowi.pl.

Co Ziobro pokazał szefowi swojej partii? Według DZIENNIKA było to kilkaset stron protokołów przesłuchań, w tym najważniejsze - Krzysztofa Baszniaka, biznesmena realizującego m.in. kontrakty dla Iraku i byłego wiceministra pracy w rządzie Waldemara Pawlaka.

Baszniak mówi o kulisach handlu ropą i gazem, układach, mafii pruszkowskiej i rosyjskiej oraz łapówkach dla polityków i parasolu ochronnym służb specjalnych dla nielegalnych interesów. W zeznaniach, które dziś publikujemy wewnątrz numeru, opisuje spotkanie, do którego doszło w siedzibie Orlenu. Wziął w nim udział m.in. ówczesny prezes Orlenu Zbigniew Wróbel, wiceszef rosyjskiego koncernu naftowego Jukos oraz przyrodni brat Leszka Millera Sławomir. Na tym spotkaniu - według Baszniaka - miała paść propozycja łapówki za zrealizowanie kontraktu z Jukosem. Jak zeznał Baszniak, łapówka miała być po połowie podzielona między "kamandę prezydenta Kwaśniewskiego i kamandę premiera Millera". Łącznie do podziału było 14 mln dol.

W zeznaniach dotyczących również innych głośnych spraw roi się od znanych nazwisk - ministrów Marka Siwca i Marka Ungiera oraz Józefa Oleksego i Mieczysława Wachowskiego.

Z tymi sensacyjnymi protokołami do Warszawy przyjechał na przełomie 2005 i 2006 r. krakowski prokurator z grupy śledczych ścigających mafię paliwową Wojciech Miłoszewski. Przejęty Zbigniew Ziobro z budynku resortu sprawiedliwości przy Al. Ujazdowskich natychmiast zawiózł prokuratora wraz z aktami do Jarosława Kaczyńskiego, który urzędował w siedzibie Prawa i Sprawiedliwości przy ul. Nowogrodzkiej w Warszawie. Kaczyński - wówczas jeszcze nie był premierem - przeglądał protokoły, a prokurator przez kilka godzin relacjonował mu ustalenia śledztwa.

Teraz płocka prokuratura chce uchylenia poselskiego immunitetu Ziobry, bo podejrzewa go o przekroczenie uprawnień i ujawnienie tajemnicy śledztwa.

Dziś publikujemy pierwszą część zeznań Krzysztofa Baszniaka, z którymi zapoznał się Jarosław Kaczyński.


Jak miały być dzielone łapówki za ropę

Jarosław Kaczyński przez kilka godzin zapoznawał się z protokołami przesłuchań świadków w śledztwie przeciwko mafii paliwowej. Były to głównie zeznania Krzysztofa Baszniaka. Ten biznesmen i były wiceminister przez ostatnie lata był przesłuchiwany wielokrotnie, a jego zeznania znajdują się w pięciu różnych śledztwach, w tym przeciwko mafii paliwowej i w sprawie zabójstwa generała Marka Papały.

Część protokołów, które czytał prezes PiS, została wyłączona z głównego śledztwa przeciwko mafii paliwowej i włączona do sprawy karnej Sławomira Millera, przyrodniego brata Leszka Millera. Odnaleźliśmy je w warszawskim sądzie okręgowym (sygnatura VIII K 170/08). Trafiły tam z aktem oskarżenia przeciwko Sławomirowi Millerowi.

Kamanda Kwaśniewskiego i Millera

Oto fragmenty zeznań Baszniaka ze stycznia 2006 r. na temat kulis kontraktu Orlenu z Jukosem:

"(...) Michaił Brudno na spotkaniu w budynku Orlenu, w obecności Zbigniewa Wróbla, Sławomira Millera i Siemiona Blocha powiedział, że zamierza płacić łapówkę w wysokości 7 dolarów USA od tony ropy po połowie dla kamandy prezydenta Kwaśniewskiego i kamandy premiera Millera (...)"

Wątek łapówek dla polityków SLD nie został dotychczas wyjaśniony w śledztwie.

Udało się jednak potwierdzić, że Baszniak opowiadał o rzeczywistym spotkaniu, do którego doszło w lipcu 2002 r. Jego przebieg odtwarzamy na podstawie zeznań Baszniaka, rozmów z innymi uczestnikami narady oraz prokuratorami.

Ze strony rosyjskiej w spotkaniu brali udział Michaił Brudno, który był wówczas wiceprezesem koncernu Jukos i negocjował z Orlenem kontrakt na dostawę ropy, oraz Siemion Bloch, brat prezydenta koncernu Sibnieft. Ze strony polskiej, oprócz prezesa Orlenu Zbigniewa Wróbla, byli biznesmen Janusz Szum, późniejszy oficjalny przedstawiciel Jukosu w Polsce, oraz Sławomir Miller, brat urzędującego premiera.

Sam Baszniak nie uczestniczył w rozmowach. Skąd więc o nich wiedział?

"(...) Na to spotkanie zaprosił mnie Sławomir Miller wcześnie rano. Powiedział mi przez telefon, że ma umówione spotkanie z Januszem Szumem." - zeznał Baszniak.

Narada na parkingu

Przed naradą w Orlenie Baszniak, Miller i Szum umówili się wcześniej na parkingu przed warszawskim hotelem Holiday Inn. Baszniak tak relacjonował prokuratorom przebieg rozmowy:

"(...)Janusz Szum wyjaśnił, że od około roku lub dwóch Jukos za pośrednictwem firmy BMT dostarcza Orlenowi około 1 mln ton ropy rocznie, za co on lub jego firma Petraf Trade otrzymuje od Jukosu prowizję. Janusz Szum stwierdził również w sposób kategoryczny, że z uzyskanych w ten sposób pieniędzy przekazuje ich część swoim ludziom w służbach. Zapytany, czy nosi również na Rakowiecką (siedziba ABW - przyp. red.), odpowiedział: >Ja pracuję w tej branży od tylu lat, iż wiem, że na rurze zawsze siedziało i będzie siedzieć wojsko, a ABW nic do tego nie ma, a tylko stwarzają czasami wrażenie< (...)".

Z tego ostatniego zdania wynikałoby, że pieniądze z łapówek za ropę miały trafiać do oficerów Wojskowych Służb Informacyjnych. Ale żadne nazwiska ludzi ze służb w zeznaniach jednak nie padły.

Janusz Szum odmówił rozmowy z DZIENNIKIEM na temat tego spotkania oraz łapówek dla służb. Nie dotarliśmy też do protokołów z jego przesłuchań.

Według zeznań Baszniaka, dalsza część rozmowy na parkingu dotyczyła planowanego podziału łapówek, w tym "działki" dla Sławomira Millera za pośrednictwo:

"(...) Janusz Szum w mojej obecności powiedział Sławomirowi Millerowi, że z przyszłych kontraktów zawartych przez Jukos z Orlenem i Rafinerią Gdańską zamierza mu płacić prowizję. Wówczas Janusz Szum rozpoczął pertraktacje ze Sławomirem Millerem na okoliczność wysokości tej prowizji. Sławomir Miller chciał, żeby ta prowizja wynosiła co najmniej kilka dolarów USA od tony, zaś Szum był temu przeciwny, że może mu płacić zaledwie kilka centów od tony. Nie mogli dojść do porozumienia. Jedynie uzgodnili sposób przelewania pieniędzy przez Janusza Szuma Sławomirowi Millerowi. Po każdym miesiącu rozliczeniowym Sławomir Miller jako prezes Business Center w Żyrardowie sp. z o.o. miałby wystawiać fakturę obciążającą firmę Janusza Szuma Petraf Trade".

Kiedy przeczytaliśmy ten fragment zeznania Januszowi Szumowi, uciął krótko: "Nie będę w ogóle o tym mówił. Obowiązuje mnie tajemnica śledztwa. Miesiąc temu byłem przesłuchiwany".

Sławomir Miller w rozmowie z DZIENNIKIEM potwierdza, że było takie spotkanie, ale z inicjatywy Baszniaka, a nie jego. "Zawsze on umawiał" - twierdzi Miller. "Możliwe, że były jakieś rozmowy na temat dostaw i cen paliw, ale prowadził je Krzysztof Baszniak" - ucina pytania o prowizję dla siebie.

Po naradzie na parkingu Szum i Miller poszli do siedziby Orlenu. Baszniak o jego przebiegu, w tym o omawianym tam podziale przyszłych łapówek za ropę między grupy Kwaśniewskiego i Millera, miał się dowiedzieć później od Sławomira Millera. Byli wtedy serdecznymi przyjaciółmi. Jukos negocjował z Orlenem kontrakt na dostawę ok. 2 mln ton ropy rocznie. Oznacza to, że do podziału byłyby więc "prowizje" w wysokości 14 mln dolarów. Śledztwo w tej sprawie trwa.

Co brat premiera robił w Orlenie

Sławomir Miller, przyrodni brat Leszka Millera jest oskarżony o oszukanie jednego z bossów mafii paliwowej ze Śląska. Żadnych zarzutów w związku z negocjacjami w Orlenie mu na razie nie postawiono. Ten wątek śledztwa jest nadal badany. Jaka była jego rola w rozmowach między wielkimi rosyjskimi i polskimi koncernami?

Chcieliśmy o to zapytać ówczesnego prezesa Orlenu. Zbigniew Wróbel nie oddzwonił mimo wielokrotnych prób nawiązania z nim kontaktu. Szum nie chce o tym rozmawiać. "Mogę tylko powiedzieć, że Sławomir Miller został z tego spotkania wyproszony" - ucina.

Sam Sławomir Miller nie ukrywa jednak swojego w nim udziału.

"Wróbel przedstawił mnie Rosjanom, zamieniliśmy kilka słów" - opowiada DZIENNIKOWI. "Byłem tam może 20 minut, dostałem krawat na pamiątkę. Wydaje mi się, że Wróbel chciał wykorzystać moje nazwisko do uwiarygodnienia negocjacji " - dodaje.

Krakowscy śledczy postawili roboczą hipotezę, że obecność Sławomira Millera miała dać Rosjanom złudne wrażenie, że negocjują z zaufanym przedstawicielem ówczesnego premiera.

"W 2002 r. nie było jeszcze jawnego konfliktu między braćmi" - mówi jeden z krakowskich prokuratorów.

Leszek odcina się od Sławka

Rzeczywiście Leszek Miller jako premier publicznie odciął się od Sławomira dopiero w styczniu 2003 r., kiedy dostał informację, że ten się na niego powołuje w swoich działaniach biznesowych.

W śledztwie były premier tak o tym mówił:

"(...) Był taki okres w końcówce lat 80., że próbowaliśmy "obudzić" rodzinne uczucia, nawet odwiedzałem go w jego domu. Próba "obudzenia" więzi krwi nie przyniosła pozytywnego rezultatu, zerwałem z nim kontakty (...)".

Sławomir Miller w rozmowie z "DZIENNIKIEM broni brata:

"Nie sądzę, żeby Leszek uczestniczył w jakichś lewych interesach. On jest uczciwy. Pamiętam, jak był sekretarzem w Skierniewicach i prosiłem go, aby załatwił mi talon na samochód. Odpowiedział, że takich możliwości nie ma, a przecież sekretarz miał wtedy całą władzę" - opowiada.

Świadkowie w śledztwie przeciwko Sławomirowi Millerowi twierdzą jednak, że ten wykorzystywał nazwisko Miller i do perfekcji opanował czerpanie z niego profitów.

"(...)Wypowiadał się tak jakby ustami Leszka Millera, tak to odebrałem. Mówił w sposób apodyktyczny, stanowczy, władczy. Sławomir Miller nigdy nie mówił o sobie w liczbie pojedynczej, zawsze używał zwrotu "my" (...)" - zeznał Andrzej Zając z firmy Unires, ważnego ogniwa w łańcuchu mafii paliwowej.

Niewątpliwie przyrodni brat byłego premiera miał bardzo wiele kontaktów w branży paliwowej. Podczas rewizji u Sławomira Millera znaleziono wizytówki: "Janusz Szum - Petraf Trade sp. z o.o.", "Michail B. Brudno - Yukos", "Włodzimierz Ałganow, I sekretarz Ambasady ZSRR", "Alexei A. Lambin - Lukoil".

Kontrakt między Jukosem a Orlenem został zawarty. Śledczy nie ustalili jednak jeszcze czy i kto dostał z tego tytułu jakieś łapówki. Co ciekawe, prokuratorzy nigdy nie przeprowadzili też konfrontacji Baszniak - Sławomir Miller.

Brat premiera wraca do gry

Sławomir Miller opuścił krakowski areszt 7 czerwca br., w sobotę. Już we wtorek był w warszawskim hotelu Marriott, gdzie zwykł robić interesy. W nienagannie skrojonym garniturze, z sygnetem na palcu.

"Trzymali mnie dwa lata, abym coś zeznał na polityków lewicy" - powiedział DZIENNIKOWI. "Prokuratorzy pytali mnie o brata, o Oleksego, Kwaśniewskiego, Wiesława Kaczmarka, a nawet o Andrzeja Leppera, z którym się spotkałem pół roku przed aresztowaniem. 730 dni w areszcie to kawał czasu, ale Millerowie są twardzi. Wytrzymałem, choć nie miałem widzeń ani z synem, ani z matką. To było śledztwo polityczne. Chciałbym zeznawać przed sejmową komisją śledczą do spraw nacisków" - deklaruje.

Proces Sławomira Millera jeszcze się nie zaczął. A będzie niewątpliwie medialny. Na liście świadków są m.in. Aleksander Kwaśniewski, Leszek Miller, Józef Oleksy, Aleksander Gudzowaty, Roman Jagieliński, były śląski wojewoda z AWS Marek Kempski, Longin Pastusiak, Wiesław Kaczmarek, Tadeusz Iwiński, Zbigniew Sobotka, biznesmeni Andrzej Arendarski i Zbigniew Niemczycki oraz Krzysztof Baszniak.

Świadek pobity za zeznania

Baszniak swoje zeznania na temat łapówek za ropę i gaz złożył dwa i pół roku temu. Wkrótce potem został dwa razy napadnięty. Napastnicy pobili go w biały dzień na ulicy w Warszawie. Niczego mu nie ukradli. Stracił tylko ząb.

"Z urzędu stwierdza się, że na wysokości prawej skroni i prawego łuku brwiowego są ślady skrzepłej krwi" - odnotował prokurator, który przesłuchiwał Baszniaka.

"Miałem telefony z pogróżkami" - przyznaje Baszniak. "Ludzie, którzy do mnie dzwonili, wiedzieli co zeznałem. Śledczy zaproponowali Baszniakowi ochronę. Odmówił".


Co to jest mafia paliwowa

W sprawie mafii paliwowej prowadzonych było i jest w całej Polsce kilkaset śledztw. Mechanizmów przestępstw było wiele. Skutek zawsze taki sam - do stacji benzynowych trafiało gorszej jakości paliwo, a na niepłaceniu akcyzy i różnicy w cenach zarabiali oszuści.

Kolejne rządy problem lekceważyły. W ręce organów ścigania wpadały płotki, a organizatorzy pozostawali bezkarni.

W końcówce rządów SLD powołano zespół prokuratorów z całej Polski, którzy mieli zająć się prowadzeniem najpoważniejszych wątków - przeciwko szefom mafii paliwowej oraz wspierających ich pracownikom ministerstw m.in. finansów i rolnictwa, skorumpowanym funkcjonariuszom policji, ABW i WSI oraz politykom. Pojawiły się śledztwa dotyczące rafinerii, Orlenu, służb specjalnych.

Na czele zespołu stanął krakowski prokurator Marek Wełna. Niespodziewanie za rządów PiS zespół prokuratorski do ścigania mafii paliwowej praktycznie się rozsypał. W marcu 2006 r. Wełna złożył rezygnację. Uzasadnił ją problemami w porozumieniu się z nowym przełożonym oraz naciskami na wyłapywanie "pobocznych wątków" - m.in. z nazwiskami polityków. Potem z zespołu odeszli kolejni śledczy, m.in. Marcin Kowalski ze Szczecina i właśnie Miłoszewski, który woził akta do Zbigniewa Ziobry.


Teczki byłego wiceministra

Dotychczas o Krzysztofie Baszniaku głośno było raz - kiedy w 1995 r. na schodach Ministerstwa Pracy uderzył teczką w głowę fotoreportera "Super Expressu" i rozbił mu lampę błyskową. Gazeta napisała, że Baszniaka, podejrzanego o wyłudzenie kredytów, poszukuje policja, a ten "ukrył się w rządzie". Był wiceministrem pracy z ramienia PSL w rządzie Waldemara Pawlaka w 1994 r. Ministrem pracy był wówczas lider SLD Leszek Miller.

Baszniak po tym skandalu porzucił politykę dla biznesu.

"To bardzo cenny świadek" - mówią dziś o nim krakowscy prokuratorzy. I rzeczywiście. Z tego, co mówi on sam i jego znajomi, miał rozległe znajomości. Odgrywał rolę łącznika między politykami a światem gospodarczego podziemia. Prowadził interesy z Andrzejem Personą sprzedającym gaz do PGNiG i reprezentującym w Polsce rosyjskiego mafioso Siemiona Mogilewicza. Baszniak był w bliskich, przyjacielskich relacjach ze Sławomirem Millerem, przyrodnim bratem Leszka Millera i Edwardem Mazurem podejrzewanym o zlecenie zabójstwa generała Marka Papały.

Jest jeszcze inny ciekawy epizod w jego życiu. W grudniu 2003 r. Baszniak został prezesem wrocławskiej Jedynki, przedsiębiorstwa, które podpisało kontrakt na budowę osiedla w Iraku. Z irackiego kontraktu nic nie wyszło. Spółka zasłynęła z dziwnego porwania jej pracownika i w sierpniu 2004 r. upadła.

Baszniak ma w swoim życiorysie pracę w departamencie wojskowym MSZ.

"Miałem kontakty z wywiadem, ale nigdy nie współpracowałem ze specsłużbami" - mówi. "Czym pan się dziś zajmuje?" - pytamy. "Jestem 55-letnim emerytem" - odpowiada.


Kto jest kim

Uczestnicy negocjacji kontraktu na dostawy ropy między Jukosem a Orlenem z lipca 2002 r.:

Michaił Brudno - wiceprezes rosyjskiego koncernu Jukos.

Siemion Bloch - brat prezydenta koncernu Sibnieft, drugi uczestnik tych rozmów ze strony rosyjskiej.

Zbigniew Wróbel - prezes PKN Orlen za rządów SLD.

Janusz Szum - polski biznesmen, przez pewien czas oficjalny przedstawiciel Jukosu w Polsce.

Sławomir Miller - przyrodni brat Leszka Millera. Oskarżony o oszukanie jednego z baronów paliwowych, niedawno wyszedł z aresztu. Biznesmen i pośrednik w kontraktach biznesowych, w tym na dostawy ropy.
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Ślak w kontrataku - Menedżer odrzuca oskarżenia prokuratury o uszczuplenia podatkowe i oszustwa.

wtorek, 01 grudnia 2009 12:02

Ślak w kontrataku

2009-11-30 13:12

Menedżer odrzuca oskarżenia prokuratury o uszczuplenia podatkowe i oszustwa. Wnosi o umorzenie.

foto Grzegorz Ślak, były prezes Rafinerii Trzebinia

Grzegorz Ślak, były prezes Rafinerii Trzebinia, biznesmen kojarzony z branżą biopaliwową, zebrał siły do kontrataku. 16 listopada do Sądu Okręgowego w Krakowie trafiło pismo jego prawników. Odrzucają zarzuty o uszczuplenia podatkowe i oszustwa, sformułowane w akcie oskarżenia przez prokuraturę apelacyjną. Wnioskują o umorzenie postępowania bez rozpatrywania sprawy. Wniosek przygotowała m.in. kancelaria prawna byłego ministra sprawiedliwości, Zbigniewa Ćwiąkalskiego.

- Z punktu widzenia prawa nie można oskarżać o uszczuplenie podatkowe w sytuacji, gdy uszczuplenia nie wykazały żadne organy kontroli skarbowej ani sąd. Nie ma też podstaw prawnych, by oskarżać mnie o oszustwa - twierdzi Grzegorz Ślak, obecnie prezes spółki Bioeton.

Sąd nie podjął decyzji w sprawie wniosku.

- Jeszcze w październiku data rozprawy została wyznaczona na 13 stycznia 2010 r. Tu na razie nic się nie zmieniło. Prowadzący sprawę sędzia dopiero zapozna się z wnioskiem o umorzenie postępowania - mówi sędzia Rafał Lisak. rzecznik sądu okręgowego w Krakowie.

W czym rzecz? Po trzech latach od postawienia zarzutów Grzegorz Ślak (wraz z grupą innych byłych członków zarządu Rafinerii Trzebinia) doczekał się 30 czerwca aktu oskarżenia. Byłemu zarządowi rafinerii - jak informowała wtedy PAP - prokuratura zarzuciła narażenie skarbu państwa na uszczuplenie akcyzy o 298 mln zł w związku z produkcją i dystrybucją tzw. olejów technologicznych.

Członkowie zarządu zostali oskarżeni także o współudział w wyłudzeniu 161 mln zł. Miało to nastąpić poprzez sprzedaż niepełnowartościowych wyrobów oszustom paliwowym. Prokuratura twierdzi, że menedżerowie wiedzieli, iż wyroby będą wprowadzone do obrotu jako pełnowartościowe paliwa.

Paweł Janas

LInk http://logistyka.pb.pl/2002390,83458,slak-w-kontrataku?ref=col2
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Obrona CBA paliwowców - bezkarność fiskusa

środa, 14 października 2009 22:42

Obrona CBA paliwowców - bezkarność fiskusa

CBA złożyło w Prokuraturze Apelacyjnej w Warszawie zawiadomienie o nieprawidłowościach w Ministerstwie Finansów. Wyznaczony na ministra sprawiedliwości Krzysztof Kwiatkowski ujawnił w TVN24, że sprawa dotyczy okresu od 2001 r. do listopada 2007 r. i nie obejmuje okresu rządów Donalda Tuska Według dziennika.pl sprawa ma dotyczyć Rafinerii Trzebinia, a resort "mógł narazić Skarb Państwa na straty rzędu nawet trzech miliardów zł". W 2006 r. b. prezes Zarządu Rafinerii Trzebinia SA Grzegorz Ś. został zatrzymany wraz z pięcioma innymi osobami. Byli wśród nich członek zarządu rafinerii - Marek M., zastępca dyrektora Instytutu Technologii Nafty w Krakowie Iwona S., dyrektor Urzędu Statystycznego w Krakowie Marian S. i dwaj pracownicy rafinerii. Sprawa dotyczy różnic w ustaleniu zaległości podatkowych rafinerii, jakie ujawniły się w toku śledztwa. Urząd Kontroli Skarbowej w Krakowie uznał, że Rafineria Trzebinia SA, należąca do grupy kapitałowej PKN Orlen, prawidłowo rozliczała podatek akcyzowy za lata 2003-2004. Dokument ten wzbudził podejrzenia prokuratury, ponieważ poprzednio w toku śledztwa paliwowego ten sam urząd informował o wielusetmilionowych zaległościach akcyzowych rafinerii, sięgających ponad 800 mln zł.

 Dlatego prokuratura wystąpiła do Głównego Inspektora Kontroli Skarbowej o przeprowadzenie postępowania wewnętrznego

WNP/PAP

http://finanse.wnp.pl/cba-oskarza-ministerstwo-finansow,91376_1_0_0.html

 

O sprawie pisałem wcześniej , sygnalizując problem 
http://jaron.salon24.pl/60887,rafineria-trzebinia-cba-ministerstwo-finansow-oleje

 

SPRAWA MA DRUGIE DNO

Reporter RMF FM Roman Osica rozmawiał z rzeczniczką resortu finansów Magdaleną Kobos. W piątek oficjalny komunikat brzmiał: Dzisiaj funkcjonariusze CBA stawili się w Ministerstwie Finansów. Otrzymaliśmy postanowienie o wydaniu informacji. Te informacje są dzisiaj przygotowywane dla funkcjonariuszy CBA. Nie ma żadnych przeszukiwań, nie ma żadnych zatrzymań. Jak się nieoficjalnie dowiedział nasz reporter, te informacje to konkretne dane z księgi wejść i wyjść w resorcie. CBA chce ustalić, kto i do kogo wchodził. To może potwierdzać nasze nieoficjalne ustalenia o rzekomym korupcyjnym zaangażowaniu urzędnika resortu w umorzenia podatkowe. Skomentowania tych informacji odmówił rzecznik CBA: Jedynie, co mogę państwu potwierdzić, to że funkcjonariusze CBA w Ministerstwie Finansów do tego postępowania zabezpieczają dokumentację - powiedział Temistokles Brodowski. Według naszej wiedzy, śledczy prowadzący sprawę umorzeń podatkowych podejrzewają, że umorzenie miliardowego podatku akcyzowego Trzebini było wsparte łapówką dla jednego z urzędników w ministerstwie, a także w krakowskim UKS. Urzędnik miał wziąć prawie milion złotych za tę decyzję - wynika z ustaleń prokuratorów.

Linkhttp://www.rmf.fm/fakty/?id=150985
 

Niech się dzieje, znam tło tej akcji może prawo a nie interpretacja prawa technicznego , statystycznego i podtkowego - będzie w końcu uznana.

Wojciech Stefan     Jaroń


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Zarzutydla dziennikarza NIE Andrzeja Rozenka

piątek, 25 września 2009 20:02

Zarzuty dla dziennikarza "Nie"

2007-01-04

Dziennikarz "Nie" Andrzej Rozenek jest podejrzany o zniesławienie w tym piśmie zarzutem korupcji Marka Wełny - prokuratora, który ścigał mafie paliwowe.

Według mediów, w próbie kompromitacji Wełny miały uczestniczyć Wojskowe Służby Informacyjne, stojące za częścią spółek paliwowych.

Prokuratura Okręgowa Warszawa-Praga postawiła dziennikarzowi zarzut pomówienia w mediach innej osoby o postępowanie, które może narazić ją na utratę zaufania potrzebnego dla danego zawodu - poinformowała w środę PAP rzeczniczka prokuratury Renata Mazur. Za taki czyn grozi grzywna, ograniczenie wolności albo do 2 lat więzienia. Mazur nie podała żadnych szczegółów; ujawniła jedynie, że podejrzany nie przyznał się do zarzutów i złożył obszerne wyjaśnienia. Nie zastosowano wobec niego żadnych środków zabezpieczających.

Rozenek jest pierwszym podejrzanym w śledztwie w sprawie rzekomego wzięcia łapówki przez prokuratora. "Rzeczpospolita" pisała w 2005 r., że mafia paliwowa próbowała skompromitować Wełnę, który tropił jej przestępstwa, a kiedy to się nie udało, sięgnęła po pomoc WSI.

Wełna prowadził w krakowskiej Prokuraturze Apelacyjnej śledztwa w sprawie oszustw paliwowych. Według "Rzeczpospolitej", zaczął zdobywać dowody na to, że za częścią spółek paliwowych zajmujących się przestępczym procederem stoją oficerowie WSI. Dwa lata temu oszuści paliwowi mieli przekupić świadków, by złożyli fałszywe zeznania, że Wełna wziął 2 mln zł łapówki za uchylenie aresztu jednemu z baronów paliwowych. Zeznał tak m.in. jeden z bliskich współpracowników tego "barona" Dariusz P.

Według "Rz", w grudniu 2005 r. Wełna dostał telefon od mężczyzny podającego się za współpracownika WSI, który stwierdził, że służby przygotowały przeciw Wełnie prowokację. Zapowiedział, że w procesie Dariusza P. zgłoszą się nowi świadkowie, przygotowani przez WSI, którzy przedstawią fałszywe okoliczności, że Wełna jednak wziął łapówkę.

Wełna notatkę z tej rozmowy przekazał do Ministerstwa Sprawiedliwości, które zdecydowało, że sprawą zajmie się prokuratura na Pradze. Śledztwo wszczęto z doniesienia samego Wełny, który ma w nim status pokrzywdzonego.

Zdaniem "Rz", Dariusz P. rzeczywiście miał kontakty z oficerami WSI. Swoje spotkania z nimi miał konsultować z Rozenkiem, dziennikarzem "Nie", który napisał cykl tekstów o rzekomej łapówce, jaką miał dostać Wełna od barona paliwowego. Zdaniem "Rz", oparł się on na zeznaniach Dariusza P. i jego dwóch kolegów, którzy m.in. właśnie za składanie fałszywych zeznań odpowiadają przed sądem.

"Rzeczpospolita" twierdzi, że warszawscy śledczy sprawdzili akta śledztwa przeciw Dariuszowi P., które toczyło się w Katowicach. Odkryli, że ich koledzy z Katowic - mimo, że mieli informacje wystarczające do postawienia zarzutów - nie oskarżyli dziennikarza "Nie" i prawniczki powiązanej z paliwową spółką, która atakowała Wełnę o zniesławienie prokuratora.

Według "Rz", w aktach śledztwa mają być dokumenty przekazane przez Zbigniewa Wassermanna, koordynatora służb specjalnych. Zdaniem gazety, b. szef WSI gen. Marek Dukaczewski miał rozmawiać z Wassermannem o rzekomych dowodach, jakimi dysponują WSI nt. korupcji Wełny. Minister temu zaprzeczał; Dukaczewski nie komentował sprawy. Wassermann mówił jednak PAP w 2005 r., że do "szokujących działań wobec Wełny" doszło w okresie rządów Dukaczewskiego. Dodawał, że "pewne związane z tą sprawą działania były powodem energicznego domagania się przeze mnie odwołania gen. Dukaczewskiego".

W marcu 2005r. Wełna złożył "z powodów osobistych" rezygnację z funkcji szefa zespołu prokuratorów prowadzących śledztwo paliwowe. Zaprzeczył spekulacjom, by do rezygnacji skłoniły go zmiany w kierownictwie prokuratury lub informacje medialne dotyczące pomówień o przyjęcie łapówki.

Zdaniem naczelnego "Nie" Jerzego Urbana, materiały pisma o Wełnie "były dobrze udokumentowane, a dziennikarz dysponuje protokołami przesłuchań i kilkoma godzinami nagrań rozmów ze świadkami".

http://www.wirtualnemedia.pl/article/134487_Zarzuty_dla_dziennikarza_Nie.htm


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Prokuratura krąży wokół mafii paliwowej

niedziela, 23 sierpnia 2009 9:11
PAP - 22-08-2009 18:32

Rzeczniczka prasowa Prokuratury Krajowej prok. Katarzyna Szeska poinformowała o wznowieniu, umorzonego w maju przez prokuraturę w Ostrowie Wielkopolskim, postępowania w sprawie naruszeń prawa w związku z obrotem paliwami, dotyczącego tzw. mafii paliwowej.- Prokurator krajowy Edward Zalewski wydał postanowienie o podjęciu postępowania wobec wszystkich podejrzanych w sprawie, gdyż jego wcześniejsze umorzenie było oczywiście bezzasadne - powiedziała Katarzyna Szeska.

15 maja Prokuratura Okręgowa w Ostrowie Wielkopolskim umorzyła śledztwo wobec 18 osób podejrzanych o udział w zorganizowanej grupie przestępczej, której zarzucono nielegalny obrót paliwami płynnymi, uszczuplenia celne i pranie brudnych pieniędzy, w latach 2002-2005.
Jak podał "Dziennik", od śledztwa zostali najpierw odsunięci prokuratorzy, którzy je prowadzili. Przydzielono je prokuratorowi "specjalizującemu się w sprawach wypadków drogowych i drobnych przestępstw kryminalnych", który umorzył sprawę.

Szeska poinformowała, iż wznowione śledztwo zostało przekazane do Prokuratury Apelacyjnej w Poznaniu. Dodała, że w prokuraturze zostało też wszczęte postępowanie wyjaśniające dotyczące decyzji o umorzeniu. Jak zaznaczyła, na razie jest ono prowadzone w sprawie.

Rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Ostrowie Wielkopolskim Janusz Walczak powiedział, że decyzja Prokuratury Krajowej o kontynuowaniu wcześniej umorzonego śledztwa daje możliwości zebrania dodatkowych dowodów, które mogą pozwolić na "inne zakończenie tej sprawy".

Walczak poinformował też, że obecnie na terenie kraju prowadzonych jest kilkadziesiąt postępowań w oparciu o materiały wyłączone z umorzonego w maju śledztwa.

- Dotyczą one oszustw związanych ze sprzedażą oleju opałowego sprowadzonego z Łotwy. Tylko w zasięgu działania ostrowskiej prokuratury jest blisko 10 takich spraw - dodał Walczak.

Przypomniał, że podstawą umorzenia śledztwa dotyczącego afery paliwowej był "brak znamion przestępstwa".

Prokuratura zarzuca członkom grupy wprowadzenie na polski obszar celny oleju opałowego importowanego z Łotwy, bez uiszczenia należności celnej w wysokości 90 mln zł.
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Dziwna decyzja skarbówki - Trzebinia

piątek, 14 sierpnia 2009 22:46

Dziwna decyzja skarbówki

Piotr Nisztor 14-08-2009, ostatnia aktualizacja 14-08-2009 04:56

Ministerstwo Finansów broniło Rafinerii Trzebinia przed zapłatą fiskusowi ponad 200 mln zł akcyzy

Rafineria w Trzebini w 2008 r. miała prawie 20 mln straty. Gdyby musiała zapłacić wielomilionową akcyzę, mogłaby zbankrutować źródło: Reporter Rafineria w Trzebini w 2008 r. miała prawie 20 mln straty. Gdyby musiała zapłacić wielomilionową akcyzę, mogłaby zbankrutować +zobacz więcej

Prokuratura Apelacyjna w Katowicach sprawdza, czy krakowski Urząd Kontroli Skarbowej prawidłowo ocenił rozliczenia należącej do PKN Orlen Rafinerii Trzebinia z podatku akcyzowego - dowiedziała się "Rz". W grudniu 2008 r. skarbówka orzekła bowiem, że przedsiębiorstwo nie musi płacić fiskusowi żadnych pieniędzy.

Zawiadomienie w tej sprawie skierował Marek Wełna, obecny szef Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie, prowadzącej śledztwo w sprawie tzw. mafii paliwowej.

Jak twierdzi rzecznik krakowskiej apelacji Józef Radzięta, wątpliwości prokuratury wzbudziła korzystna dla rafinerii decyzja, mimo że wcześniej ten sam UKS stwierdził nierzetelność jej ksiąg podatkowych na kwotę blisko 200 mln zł.

- Uzasadnienie wyniku kontroli nie przekonało o zasadności ostatecznego stanowiska skarbówki, a przesłuchania pracowników UKS odpowiedzialnych za wydanie rozstrzygnięcia wątpliwości te pogłębiły - tłumaczy.

- Sprawa jest badana - potwierdził "Rz" Zbigniew Pustelnik z Prokuratury Apelacyjnej w Katowicach.

 

Śledczy oskarżają

 

Rafineria Trzebinia to według śledczych jedno z ważnych ogniw działającej w Polsce mafii paliwowej. Przedsiębiorstwo produkowało oleje techniczne, które miały być wykorzystywane m.in. w procesie wzbogacania węgla. Jednak faktycznie trafiały one na stacje benzynowe jako olej napędowy (paliwo), gdyż miały zbliżone do niego parametry. A ze względu na pierwotną klasyfikację produktu jako olej techniczny rafineria nie odprowadzała należnej akcyzy.

Śledczy twierdzą, że władze rafinerii świadomie wprowadziły do obrotu gigantyczne ilości nielegalnego paliwa, a klasyfikację towaru mówiącą o przeznaczeniu go m.in. do wzbogacania węgla sfałszowano, by uniknąć płacenia akcyzy.

- Dowodem może być to, że roczne zapotrzebowanie rynku na oleje techniczne wynosi kilka tysięcy ton, tymczasem w Trzebini produkowano ich rocznie 200 - 250 tysięcy ton - mówi "Rzeczpospolitej" prokurator Łukasz Gramza z krakowskiej apelacji.

Podczas kilkuletniego śledztwa prokuratorzy ustalili też, że oleje produkowane do celów m.in. wzbogacania węgla odbierały wyłącznie firmy zajmujące się handlem paliwem, a sam towar z rafinerii trafiał prosto na stacje benzynowe.

- Prywatne cysterny przyjeżdżały do rafinerii, odbierały produkt, a następnie od razu przewoziły go na stacje paliw. W międzyczasie wieziony towar w dokumentach przeistaczał się z oleju technicznego w napędowy - tłumaczy prokurator.

Gramza dwa miesiące temu przesłał do sądu akt oskarżenia wobec byłego kierownictwa rafinerii, któremu zarzuca m.in. gigantyczne oszustwa podatkowe. Oskarżeni nie przyznają się do winy. Twierdzą m.in., że nie wiedzieli o bezprawnym wykorzystaniu ich wyrobów jako paliwa. Ich zdaniem rafineria prawidłowo klasyfikowała wyroby.

 

MF wkracza do akcji

 

Stanowisko byłych szefów rafinerii podziela Ministerstwo Finansów, które, jak wynika z materiałów, do jakich dotarła "Rz", odegrało kluczową rolę w sprawie. Urzędnicy resortu przed wydaniem korzystnej dla rafinerii decyzji starali się znaleźć odpowiednią interpretację przepisów, która uratowałyby przedsiębiorstwo przed koniecznością zapłaty gigantycznego podatku. Spotykali się też w tej sprawie z przedstawicielami rafinerii i krakowskiego UKS.

Według urzędników ministerstwa rafineria powinna zapłacić akcyzę, tylko gdyby udowodniono, że jej kierownictwo wiedziało o wykorzystywaniu jej produktów do celów napędowych lub gdyby sama zadeklarowała dany produkt jako np. olej napędowy. Takie stwierdzenie znajduje się w dokumentach sporządzonych w sierpniu 2008 r. przez dyrektorów: Departamentu Kontroli Skarbowej oraz Departamentu Podatku Akcyzowego i Ekologicznego. Informacje trafiły na biurko Andrzeja Parafianowicza, wiceministra finansów i głównego inspektora kontroli skarbowej (GIKS).

Jednocześnie jednak urzędnicy resortu potwierdzili część ustaleń krakowskich śledczych. Z ich pism wynika m.in., że wyroby "zakupione w rafinerii były dostarczane bezpośrednio do stacji paliw" i były dostępne "jedynie dla ograniczonego kręgu odbiorców, głównie firm dokonujących obrotu paliwami".

Do kluczowego rozstrzygnięcia w sprawie rafinerii doszło 26 listopada 2008 r. Wówczas w Ministerstwie Finansów odbyło się spotkanie przedstawicieli resortu z szefami krakowskiego UKS. Obecni jednogłośnie stwierdzili, że rafinerii ukarać nie można. Dlaczego? "Brak [jest] jednoznacznych dowodów z dokumentów, iż rafineria w momencie podejmowania decyzji o produkcji wyrobów jako ich przeznaczenie określiła cele pędne, a zapisy wynikające z kart technologicznych (że mają służyć m.in. do wzbogacania węgla - red.) są fikcyjne" - napisał w notatce służbowej ze spotkania Mariusz Piątkowski, szef krakowskiego UKS. Podkreślił, że w takim przypadku wątpliwości powinny być rozstrzygnięte na korzyść rafinerii. Niedługo potem UKS wydał korzystną dla niej decyzję.

 

Casus Kluski?

 

Dlaczego resort finansów tak mocno interesował się rafinerią w Trzebini? - Nie chcieliśmy powtórzyć sprawy z Romanem Kluską. Mieliśmy świadomość, że konieczność zapłaty tak dużych pieniędzy może doprowadzić rafinerię do bankructwa - tłumaczy "Rz" wiceminister Parafianowicz, który jako GIKS nadzoruje działanie służb skarbowych. I podkreśla, że decyzję o braku konieczności zapłaty akcyzy wydał UKS w Krakowie, a resort finansów nie miał na nią żadnego wpływu.

- Nie zajmowaliśmy żadnego stanowiska w tej sprawie - mówi. I zaznacza, że resort rozpatrywał sprawę jedynie w ramach reakcji na skargę, jaką do ministerstwa przesłały władze rafinerii.

- Sensacji w sprawie doszukują się tylko prokuratorzy z Krakowa, którym burzy to ustalenia śledztwa. Zresztą byli zapraszani na spotkanie do Ministerstwa Finansów. Ale się nie zjawili - mówi Parafianowicz.

Rzeczpospolita
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Znowu głośno o Wełnie

środa, 22 lipca 2009 9:16
Dziennik:  Prokuratura Apelacyjna w Krakowie miała naciskać na tzw. baronów z firmy BGM - którą uważano za trzon mafii paliwowej - aby obciążyli zeznaniami m.in. Kwaśniewskiego, Oleksego, Piechotę i Millera. Właściciele BGM nie dawali haków na polityków lewicy, więc mieli być szantażowani. Takie rewelacje podał tygodnik "Polityka", który cytuje wypowiedzi właścicieli BGM: Zdzisława Marszałka i Arkadiusza Grochulskiego. "Kilka razy prokurator Wełna proponował mi, bym powiedział, że w sprawę mafii paliwowej byli zamieszani czołowi politycy, tacy jak Kwaśniewski, Miller i Oleksy. W zamian za takie zeznanie już po dwóch dniach miałem być zwolniony z aresztu, a za wszystkie zarzuty, które by mi postawił groziłoby mi tylko osiem miesięcy więzienia, a nie piętnaście lat" - powiedział Grochulski, który nie poszedł na współpracę. Prokurator Marek Wełna, o którym mówi Grochulski to za rządów PiS szef zespołu prokuratorów badających sprawę mafii paliwowej. Z informacji, które podała "Polityka" wynika, że to on miał wysłać do aresztu, w którym siedział drugi właściciel BGM Zdzisław Marszałek, komisarza CBŚ, Jana Piotrowskiego."Powiedział, że prokurator Marek Wełna życzy sobie, bym potwierdził zeznania Bobrka (kolejny właściciel BGM - red.) dotyczące przede wszystkim Kwaśniewskiego, Piechoty, łapówek dla urzędników Głównego Urzędu Ceł i dla wojewody szczecińskiego. To był warunek opuszczenia przez mnie aresztu" - wspomina Marszałek. "Komisarz Piotrowski i prokurator Wełna wielokrotnie potem sugerowali mi złożenie zeznać dotyczących funkcjonariuszy państwowych zachęcając mnie udzieleniem zgody na widzenie z synem i zięciem w siedzibie CBŚ". ("Prokurator wiązał Kwaśniewskiego z mafią. Tak ludzie Ziobry mieli szukać haków na lewicę", Dziennik, 21 lipca 2009)

Człowiek, który czyta więcej niż jedną gazetę i do tego jest obciążony przekleństwem dobrej pamięci jest skazany na wieczne nierozumienie naszej rzeczywistości. Weźmy na przykład prokuratora Wełnę, odkurzonego właśnie w charakterze dowodu na zbrodnicze praktyki kaczystowskiego reżimu. "Dziennik" za "Polityką" nie pozostawia wątpliwości, że Wełna był tym złym, "człowiekiem Ziobry" szukającym haków na  politycznych przeciwników. I jak to teraz pogodzić z tym co wcześniej o Wełnie czytaliśmy, nierzadko w tych samych gazetach? Do tej pory Wełna funkcjonował  przecież jako ostatni sprawiedliwy, "pogromca mafii paliwowej", który wolał odejść i dać świadectwo prawdzie, odsłaniając kulisy tego w czym udziału odmówił. A za swoją niezłomną postawę zapłacił nie tylko stanowiskiem, był też przecież inwigilowany przez wierne Ziobrze ABW i CBA.

Gazeta Wyborcza: "Dziennik" opublikował zeznania Marka Wełny prokuratora z Krakowa, które w bardzo złym świetle stawiają Zbigniewa Ziobrę byłego ministra sprawiedliwości. Wełna zeznał, że polityk PiS kazał prokuratorom szukać informacji o Aleksandrze Gradzie z PO, który w zeszłej kadencji zasiadał w komisji śledczej ds. banków. Ale jeszcze ciekawsza wydaje się ta część zeznań, w której Wełna opowiada o swoich relacjach z szefem ABW z czasów rządu PiS Bogdanem Święczkowskim. Prokurator twierdzi, że Święczkowski żądał od niego natychmiastowego aresztowania byłego ministra gospodarki z SLD Jacka Piechoty i brata Leszka Millera, Sławomira. Wełna miał odmówić, tłumacząc, że nie ma ku temu podstaw. Ziobro zaprzecza tym rewelacjom, tłumacząc, że to krakowski prokurator epatował rząd "sensacyjnymi" informacjami. W tej sprawie mamy słowo przeciwko słowu, a jednak ta żądza polityków PiS, by aresztować ludzi SLD bez względu na wyniki śledztwa wyjątkowo pasuje do wizerunku Zbigniewa Ziobry i jego ludzi.

Gazeta Wyborcza: Sygnałem, że [w zespole ds. mafii paliwowej] zaczyna się dziać źle, było odejście z zespołu prok. Wełny w marcu 2006 - kilka miesięcy od objęcia władzy przez PiS. Mało kto miał tak dużą jak Wełna wiedzę na temat przestępczości paliwowej. Tropił ją od czterech lat, kierując 14-osobowym zespołem prokuratorskim. Odkrył m.in., że przestępcy mieszają paliwa w bazach wojskowych. Postawił przed sądem trzech "baronów paliwowych" z Pomorza, właścicieli największego prywatnego importera paliw BGM. Wełna nie zgadzał się z min. Ziobrą. Na początku 2006 r. w liście do niego skarżył się, że śledztwo kierowane jest na boczne tory. Nieoficjalnie mówiło się, że prokuratorzy musieli wyszukiwać w aktach wątki, w których pojawiali się politycy lewicy. - Zaczęto wyłączać różne wątki i kierować do prokuratur po całym kraju. Dziś nikt nie jest w stanie połapać się, gdzie jest jakie śledztwo, ale politykom PiS chodziło o znane nazwiska, a nie walkę ze zjawiskiem - mówi jeden ze śledczych. Po liście Wełna został odstawiony na boczny tor. Niedługo potem z grupą pożegnał się Miłoszewski. Obaj nie chcą się dziś wypowiadać.

Newsweek: ABW i CBA także naciskały na prokuratorów prowadzących sprawę mafii paliwowej. Ujawniamy kolejne zeznania krakowskiego prokuratora Marka Wełny i jego współpracowników. Marek Wełna opowiedział prokuratorom nie tylko o naciskach ekipy Zbigniewa Ziobry. Newsweek.pl dotarł do kolejnych przełomowych zeznań byłego szefa zespołu prokuratorów badających sprawę mafii paliwowej. (...) Z informacji przekazanych przez oskarżyciela wynika, że on sam i prokurator Wojciech Miłoszewski byli rozpracowywani przez Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Centralne Biuro Antykorupcyjne. (...) Co ciekawe, ABW zainteresowała się działaniami Wełny w marcu 2006 r. po tym, gdy odmówił on zatrzymania Jacka Piechoty. Zdecydowanych działań wobec polityka lewicy oczekiwał a wręcz żądał Bogdan Święczkowski, wtedy dyrektor Biura ds. Przestępczości Zorganizowanej Prokuratury Krajowej (kilka miesięcy później został szefem ABW).

Nie wiem co się stało, że Wełna ze świadka oskarżenia sam stał się oskarżonym, nie sądzę jednak, żeby brakiem spójności w medialnym wizerunku Wełny przejęli się opisujący go dziennikarze, przynajmniej dopóki ciągle da się Wełną uderzać w Ziobrę. Gdy trzeba udowodnić, że zły Ziobro pozbył się kompetentnego prokuratora bo ten nie chciał realizować politycznych zleceń, opisuje się sprawę szefów BGM jako wielki sukces Wełny "Mało kto miał tak dużą jak Wełna wiedzę na temat przestępczości paliwowej. Tropił ją od czterech lat, kierując 14-osobowym zespołem prokuratorskim.Postawił przed sądem trzech "baronów paliwowych" z Pomorza, właścicieli największego prywatnego importera paliw BGM",dzisiaj ten wielki sukces Wełny okazuje się być wielce podejrzany bo to w tej sprawie Wełna  próbował wymuszać haki na polityków lewicy. Ale przecież Wełna w charakterze młota na Ziobrę ani trochę nie traci na użyteczności, wystarczy tylko przestać przedstawiać go jako ofiarę, Ziobry, a zacząć jako jego wspólnika w zbrodni. Proste i praktyczne.

Nie wiem kim naprawdę jest prokurator Wełna, nie mam jednak złudzeń, że się tego kiedykolwiek dowiem bo chyba nikt nie jest zainteresowany wyjaśnianiem licznych kontrowersji wokół niego. A było ich naprawdę sporo. Czy ktoś jeszcze pamięta na przykład, że to Wełna miał być tym prokuratorem, który usiłował wmieszać w sprawę mafii paliwowej Jarosława Kaczyńskiego? Po skardze jednego z baronów paliwowych wszczęto nawet śledztwo ws. przekroczenia uprawnień przez Wełnę, ale nikt się nim nigdy bliżej nie zainteresował, cała sprawa tylko przemknęła przez media, a i to wyłącznie z uwagi na sensacyjny tytuł jaki jej nadał autor ("Nazwisko Kaczyńskiego w śledztwie paliwowym"). Może dlatego, że wtedy jeszcze Wełna był użytecznym świadkiem oskarżenia chętnie zeznającym na temat Ziobry i jeszcze chętniej przez dziennikarzy cytowanym, więc nikomu nie było na rękę nagłaśnianie zdarzeń stawiających Wełnę w dwuznacznym świetle. Nikt też nigdy nie wyjaśnił do końca jak to było z prowokacją WSI wobec Wełny, za sprawą której najpierw trafił do raportu z likwidacji WSI, potem został z niego wykreślony, by pojawić się znowu w aneksie. Ale może po prostu Marek Wełna jest postacią tak skomplikowaną, że zwyczajnie niepodobna dziennikarskimi metodami ustalić jednoznacznie co naprawdę robił i po której stronie mocy jest?

Cała nadzieja w ministrze Czumie, przecież nie może tego tak zostawić ;-) Prokurator Marek Wełna jest dzisiaj Zastępcą Prokuratora Apelacyjnego w Krakowie, a to funkcja nie tylko bardzo prestiżowa ale przede wszystkim odpowiedzialna, to Wełna nadzoruje bowiem pracę tamtejszego wydziału ds przestępczości zorganizowanej i korupcji, a ktoś taki musi być poza wszelkim podejrzeniem. Spodziewam się zatem wnikliwego wewnętrznego śledztwa, które rozwieje wszystkie wątpliwości jakie wokół osoby nieskazitelnego do tej pory prokuratora Wełny zasiali dziennikarze ;-)

Dziennik: Prokurator wiązał Kwaśniewskiego z mafią

Dominika Wielowieyska: O kryzysie i o PiSie
Gazeta Wyborcza: Ekipa Ziobry oskarżana o naciski
Gazeta Wyborcza: Jak Ziobro nie ścigał mafii paliwowej
Newsweek: ABW i CBA rozpracowywały prokuratorów
Newsweek: Prokurator Wełna wraca w nowym raporcie o WSI
Gazeta Krakowska: Afera w domu kultury z prokuratorem w tle

Blogierka KATARYNA Salon24.pl
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Podejrzane okoliczności umorzenia wielkiej afery paliwowej

sobota, 20 czerwca 2009 21:55

Podejrzane okoliczności umorzenia wielkiej afery paliwowej

Jedno z największych w kraju śledztw dotyczących tzw. mafii paliwowej zostało umorzone. Liczącą 300 tomów akt sprawę zamknął prokurator zajmujący się na co dzień wypadkami drogowymi, a ściągnięty na miesiąc do prowadzenia tej sprawy - podaje TVN24.

Dzięki jego decyzji oczyszczeni z zarzutów biznesmeni odzyskali część gigantycznego majątku: 30 mln zł w gotówce, samolot, helikopter, a także luksusowy jacht pełnomorski - pisze "Dziennik".

Sprawą kontrowersyjnego umorzenia już zainteresował się minister sprawiedliwości Andrzej Czuma. - Prokurator krajowy sprawdza, czy było ono zasadne - powiedział portalowi tvn24.pl.

Decyzja o umorzeniu jednego z głównych wątków w gigantycznym śledztwie dotyczącym mafii paliwowej (obejmuje ponad 170 wątków) zapadła 15 maja w Prokuraturze Okręgowej w Ostrowie Wielkopolskim. Podjął ją delegowany tam prokurator Aleksander Głuchow z Prokuratury Rejonowej w Pleszewie. „Dziennik" ustalił, że nigdy wcześniej nie prowadził spraw aferalnych, specjalizuje się w wypadkach drogowych. Umorzył śledztwo tuż przed końcem delegacji.

Dzięki jego decyzji właściciel poznańskiej spółki Ekoenergia Marek B. wraz z trzema najbliższymi współpracownikami mógł odetchnąć z ulgą. Po trzech latach przestał być podejrzany o udział w zorganizowanej grupie przestępczej i pranie brudnych pieniędzy. Odzyskał także zarekwirowaną na poczet roszczeń Skarbu Państwa część gigantycznego majątku - 30 mln zł, cessnę cittation wartą ponad 2 mln zł oraz helikopter Mi-2, a także luksusowy jacht pełnomorski.

Śledztwo zostało umorzone mimo, że jeszcze na przełomie lutego i marca prokuratorzy zapewniali, że paliwowy gang stanie wkrótce przed sądem. Jednak sprawa szła, jak po grudzie. Dwukrotnie odsuwano od sprawy prokuratorów: pierwszego w 2008 r., drugiego na wiosnę 2009 r. Z jakich przyczyn? - O kulisach odsunięcia mnie, mojego kolegi i umorzenia tej sprawy mogę mówić jedynie przed swoimi najwyższymi przełożonymi, np. prokuratorem krajowym i ministrem sprawiedliwości. Obowiązuje mnie rygorystyczna tajemnica służbowa - tłumaczy „Dziennikowi" prokurator Grzegorz Florczak.

Śledczy chcieli skierować do sądu akt oskarżenia, prokurator Głuchow, który jako ostatni przejął śledztwo, zdecydował inaczej.

- Sprawa zajmuje 300 tomów akt. To drobiazgowe analizy przepływów finansowych między spółkami rejestrowanymi m.in. na Białorusi, Łotwie, w Uzbekistanie i USA. Ten prokurator nigdy wcześniej nie prowadził spraw aferalnych. Jak w tak krótkim czasie mógł podjąć merytoryczną decyzję? - pyta jeden ze śledczych znających dokładnie sprawę.

Co na to Głuchow? - Sprawa Ekoenergii? Nie kojarzę... Proszę ewentualnie pytać w prokuraturze okręgowej - odpowiedział „Dziennikowi" prokurator. Pytany, czy w swojej karierze prowadził już poważne sprawy aferalne, stwierdził: - Nie odpowiem.

Tłumaczenia szefów prokuratury w Ostrowie Wielkopolskim też są lakoniczne. - Chodziło o sprawne poprowadzenie śledztwa, dlatego sięgnęliśmy po prokuratora z rejonu. Podjął czysto merytoryczną decyzję. Niestety prokuratorzy zajmują się wszystkim, nie ma u nas specjalizacji: raz się robi sprawę wypadku, raz zabójstwa i poważną aferalną - mówi szef pionu śledczego Agata Kobiela-Kurczaba.

Prokuratorzy interweniują u Czumy

Kilku prokuratorów z Ostrowa uważa, że śledztwo ws. Ekoenergii zostało umorzone w podejrzanych okolicznościach. I dlatego napisali list do ministra sprawiedliwości Andrzeja Czumy z prośbą o spotkanie. - Jestem już z nimi umówiony. Spotkam się, bo mam do nich zaufanie - mówi portalowi tv24.pl Czuma.

- Zażądałem, by akta tej sprawy trafiły do biura przestępczości zorganizowanej, gdzie decyzja o umorzeniu zostanie zbadana - dodaje zastępca prokuratora generalnego Edward Zalewski. Prokuratura Krajowa może w pół roku po umorzeniu śledztwa podjąć je na nowo.

Wielowątkowe śledztwo

Mafia paliwowa - jak pisał doniosły media - uszczupliła Skarb Państwa o 90 mln zł. Proceder szeroko opisała m.in. „Gazeta Wyborcza" i "Rzeczpospolita". Jak zarabiali paliwowi baronowie? Sprowadzali z zagranicy olej opałowy i zużyty olej lotniczy, które następnie wykorzystywali do nielegalnej produkcji benzyny lub oleju napędowego. i rozprowadzali po Polsce jako pełnowartościowe paliwo. Baronowie paliwowi zapewniali swojej organizacji ochronę policji i służb specjalnych.

Początkowo - w latach 90. - mafia paliwowa działała tylko we Wrocławiu, Szczecinie i na Śląsku. Od 2000 r. zaczęła się to rozszerzać na cały kraj, by w końcu przekroczyć granice Unii Europejskiej.

Przestępcy zakładali fikcyjne firmy na całym świecie, dzięki którym unikali bezpośredniego przelewania pieniędzy z paliwowego interesu na prywatne konta. Ostatecznie trafiały one na prywatne konta w tzw. rajach podatkowych, takich jak Wyspy Owcze czy Szwajcaria. Dodatkowo dla zatarcia śladów dokumenty i towar wędrowały przez różne kraje - jedna z baz, przez które przepływało trefne paliwo znajdowała się właśnie w Ostrowie Wielkopolskim.

Jeden z wątków mafii paliwowej dotyczył korupcji związanej z akcyzą w Ministerstwie Finansów.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

Afera paliwowa - druga odsłona z 2003

czwartek, 18 czerwca 2009 11:05
Afera paliwowa - druga odsłona

27.03.2003,

AM MS BW

 -107 śledztw - 1263 zamieszane spółki - 330 podejrzanych - 50 oskarżonych - 1,15 mld zł - potwierdzonych strat - Niejasny udział rafinerii - Korupcja urzędników i osłona polityczna

Afera paliwowa - druga odsłona

 ANNA MARSZAŁEK -

 Nie jestem szefem żadnej mafii paliwowej - mówił w lipcowej publikacji "Rzeczpospolitej" pt. "Miliardy utopione w benzynie" Arkadiusz Grochulski ze szczecińskiej spółki BGM. W tym tygodniu krakowska prokuratura rozesłała za nim list gończy.

Pięciu baronów paliwowych, kilkunastu łączników i tzw. praczy oraz ponad ośmiuset członków - taka struktura mafii paliwowej wyłania się z ustaleń w ponad stu śledztwach, które prowadziły lub dalej prowadzą prokuratury w całej Polsce.

 

- Postawiliśmy mu zarzuty prania pieniędzy pochodzących z przestępstw paliwowych w kwocie co najmniej 110 mln zł oraz kierowania od czerwca 2000 do marca 2002 r. zorganizowaną grupą przestępczą - mówi prokurator Marek Wełna z Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie.

Prokurator Wełna prowadzi jedno z najważniejszych, bo dotyczące głównych organizatorów procederu, śledztw. Wcześniejszą działalnością założycieli BGM, z lat 1998 - 2000, zajmuje się prokuratura w Szczecinie, jednak dotychczas nie przedstawiła im zarzutów. - Czekamy na wyniki kontroli skarbowej - wyjaśnia prokurator Marcin Kowalski z Prokuratury Okręgowej w Szczecinie.

Po lipcowej publikacji "Rzeczpospolitej" Prokuratura Krajowa odnotowała lub wszczęła 107 śledztw paliwowych. Do sądów skierowano 19 aktów oskarżenia, 67 śledztw dalej jest prowadzonych. 330 osobom postawiono zarzuty, a 50 aresztowano. Według prokuratury w nadużycia paliwowe zamieszane są 1263 firmy.

Baronowie To właśnie krakowska Prokuratura Apelacyjna przełamała niemoc organów ścigania w walce z przestępczością paliwową, wszczynając śledztwo w sprawie prania pieniędzy. - Mafia paliwowa od co najmniej 1998 roku tworzyła ogólnopolską zorganizowaną strukturę, podzieliła kraj na strefy wpływów - potwierdzają dziś policja i prokuratura.

 

Pod zarzutem kierowania zorganizowaną grupą przestępczą aresztowani zostali w Krakowie dwaj pozostali wspólnicy z BGM - Jan Bobrek i Zdzisław Marszałek. Grochulski jednak zniknął. Ci trzej oraz Przemysław Knaś i Artur Kawalec ze Śląska tworzyli, według ustaleń organów ścigania, ścisłe kierownictwo mafii paliwowej. Nazwano ich baronami paliwowymi.

Przeciwko Knasiowi (firma Note) i Kawalcowi (Arti) katowicka prokuratura wysłała już do sądu akt oskarżenia, zarzucając im kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą. Teraz Kawalec jest aresztowany pod zarzutem kierowania grupą także w Krakowie.

Za szóstego barona CBŚ i prokuratura uważały Zdzisława Majkę. - Znałem Majkę. Mówił mi, że chce się wycofać z tej działalności i szukał kontaktów z prokuraturą i służbami. Nie został jednak przesłuchany. Zmarł dziesięć minut po rozmowie z Knasiem, w mieszkaniu współpracownika Knasia w Częstochowie - opowiada były prokurator Andrzej Czyżewski. Czyżewski latem 2000 r. wraz z Danutą Bryś zawiadomił prokuraturę o nadużyciach paliwowych, w które wciągnięta została spółka Dansztof z Bogatyni. Jesienią 2000 r. opowiedzieli o ogólnopolskiej aferze paliwowej także "Rzeczpospolitej".

BGM, działające od 1998 r., w ostatnich latach zdominowało prywatny import paliwa (miało ok. 80 proc. udziału w rynku, dostarczając paliwo prywatnym hurtownikom). Po publikacji "Rz" jego rolę przejęły inne firmy, w tym Petro Cargo, powiązane jednak z BGM lub jego pracownikami.

Łącznicy Na podstawie zarzutu przedstawionego Grochulskiemu możemy odtworzyć kolejny, po baronach, stopień struktury mafii paliwowej. Są to tzw. łącznicy, których zadaniem było pośrednictwo między baronami a wykonawcami.

 

Takimi łącznikami byli m.in. Tomasz Kunicki z Wrocławia (przejął tę funkcję po aresztowaniu Krzysztofa Lemańskiego z Jeleniej Góry) oraz Cezary Gadzaliński ze Szczecina (działał w firmie Melbud), który odpowiadał za zachodnią Polskę, od Szczecina po Opole i Jelenią Górę. Obaj zostali aresztowani w krakowskim śledztwie. - Wątek Cezarego G. i Melbudu chcę zakończyć w ciągu najbliższych sześciu miesięcy i skierować do sądu akt oskarżenia - mówi prokurator Wełna.

To na zlecenie łączników członkowie grupy zakładali firmy, rejestrowali działalność gospodarczą, wyszukiwali tzw. słupy (najczęściej bezdomnych, na których nazwiska rejestrowano spółki krzaki), zakładali konta bankowe, dokonywali przelewów, wystawiali faktury, mające potwierdzać rzekome transakcje kupna-sprzedaży paliwa. Dokumentacja przechodziła przez łańcuch spółek, by w końcu w jednej z nich, nazywanej przez CBŚ Kaną Galilejską, paliwo wprowadzone do Polski bez akcyzy, nagle na papierze stawało się paliwem z rzekomo opłaconą akcyzą.

- W rzeczywistości towar szedł prostą drogą - od importera do odbiorcy paliwa, czyli stacji benzynowych - opowiada oficer CBŚ.

Nad obiegiem faktur czuwali "księgowi", planując komputerowo łańcuchy spółek, przez które przechodziły dokumenty. - Takie operacje robiono czasem w jednym pokoju, gdzie zbierano się w kilku i wypisywano wszystkie potrzebne dokumenty - mówi policjant.

Łącznicy dostawali około 3 - 5 procent zysków z obrotu paliwem.

Wykonawcy i podorganizatorzy Według danych Prokuratury Krajowej w bazie komputerowej grupy koordynującej zwalczanie przestępczości paliwowej przewija się 817 osób. Większość z nich to uczestnicy grupy ze średnich i dolnych szczebli. Ci z samego dołu mieli od 0,2 do 0,5 proc. udziału w zysku z procederu.

 

Do wykonawców poleceń wydawanych przez baronów za pośrednictwem łączników należy m.in. pięciu mężczyzn poszukiwanych obecnie przez krakowską prokuraturę listami gończymi. Adam Derecki z Jeleniej Góry, działający przez firmę Pamar z Wrocławia, wystawiał fałszywe dokumenty, które pozwoliły mafii przejąć z kont bankowych około 30 mln złotych, pochodzących z nielegalnego handlu paliwem. Podobny jest udział w sprawie Marka Wojnowskiego z Tuczna, działającego przez firmę Womark z Katowic, oraz Jarosława Markla z Jeleniej Góry, działającego przez firmę Tech-Lex z Krakowa i Przemysława Frąca ze Szczecina, prowadzącego firmę Pro Eco z Poznania. Z kolei Tomasz Rostkowski z Zaświatycz, wykorzystując spółki Arkaw z Częstochowy, Bałtyk z Gorzowa Wielkopolskiego, Renko, PHU Marco i Biss Pol ze Szczecina oraz Pamar z Wrocławia i Tech-Lex z Krakowa, pomógł Kawalcowi przejąć z kont bankowych 30 mln złotych.

Jako duży odłam mafii paliwowej, początkowo tylko wiążący się z BGM, traktują prokuratury grupę tzw. szczecińsko-ostrołęcką. Pod zarzutem kierowania nią został aresztowany w Szczecinie Tomasz Kawecki (firma T. Kawecki). W tej samej sprawie zarzuty postawiono także Jarosławowi Rajewskiemu (firma Reinex z Płocka, o której pisaliśmy w lipcu, że organizowała spotkania "na szczycie") oraz Stanisławowi K., Józefowi K. i Jerzemu N. z Best Oil. Główne śledztwo w sprawie Best Oil, firmy również powiązanej nielegalnymi interesami z BGM, prowadzone jest w Ostrołęce.

Słupy Najniżej w hierarchii stoją tzw. słupy - bezdomni, narkomani, alkoholicy - którzy za niewielką opłatą zgadzają się, by na ich nazwisko zarejestrowano działalność gospodarczą lub spółkę. Taka spółka wykazuje np. duże obroty paliwem, niekiedy nawet dostaje od urzędów skarbowych zwrot VAT. Kiedy jednak skarb państwa lub inni wierzyciele chcieliby odzyskać należności, trafiają na słupa bez pieniędzy.

 

Do takich spółek krzaków należały m.in. Wrocpol i Urban z Wrocławia. Zdarzało się, że dokumenty były wystawiane przez firmę nawet wiele miesięcy po tym, jak podstawiony słup zapił się na śmierć. Jego podpisy fałszowano także, kiedy jeszcze żył. W działalności mafii paliwowej nie brakuje też wątków kryminalnych. Świadkowie są zastraszani lub giną w tajemniczych okolicznościach.

Nie wiadomo, gdzie przebywa Jerzy K., człowiek, który rzekomo kupił firmę Wrostar. Zniknął dyrektor jednego z oddziałów banku w południowo-zachodniej Polsce.

Przedstawiciel spółki ERZET z Częstochowy został zamordowany przez nieznanych sprawców, a dwóch innych ludzi związanych z tą firmą zniknęło. Wspólników tej spółki oskarżono o oszustwa dotyczące obrotu tzw. olejem używanym. Straty skarbu państwa oceniono na 47 mln zł, a w aferę zamieszane są rafinerie w Trzebini i Gorlicach.

Spotkania bossów całego procederu ochraniali gotowi na wszystko uzbrojeni bandyci.

Pracze i bankierzy Bardzo ważną rolę w hierarchii grupy odgrywali tzw. pracze. Byli to ludzie zaufani, którym baronowie powierzali zadanie wyciągnięcia pieniędzy z łańcuchów paliwowych. Zakładali oni spółki, np. faktoringowe, które m.in. tworzyły całą siatkę umów kompensacyjnych.

 Przez wytworzenie setek dokumentów o faktycznych i fikcyjnych zobowiązaniach i zadłużeniach oraz korekty faktur wcześniej wystawionych brali pieniądze od firm - uczestników procederu. Przejmowali także pieniądze z kredytów bankowych, branych na ich polecenie przez firmy oraz majątek spółek, z właścicielami których przestawano się liczyć lub chciano ich ukarać. Wyprowadzone w ten sposób pieniądze przekazywali baronom paliwowym.

Jak ustaliła policja, założyciele BGM zgromadzili na zagranicznych kontach miliony dolarów. Knaś i Kawalec inwestowali pieniądze w nieruchomości. Członkowie mafii paliwowej w całym kraju kupowali pałace, dworki, hotele i ośrodki wypoczynkowe, a także ziemię od Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa. Grochulski wziął też udział w prywatyzacji przedsiębiorstw, będących w nadzorze wojewody szczecińskiego, w tym m.in. Pomeranii.

W wyłudzeniach kredytów z banków brali udział m.in. bracia Żelazkowie, którzy mieli dobre kontakty w bankach. W całym kraju w nadużycia paliwowe zamieszane są setki oddziałów banków, których szefowie za łapówki dawali kredyty, przymykając oczy na braki w dokumentach. Ile banki straciły na działalności mafii paliwowej i swoich nieuczciwych pracowników, nigdy nie ujawniono. Niektóre z nich zawiadomiły jednak prokuratury, że na ich kontach odbywa się pranie pieniędzy.

Rafinerie nad BGM Kiedy w lipcu, powołując się na szacunki CBŚ, podaliśmy informacje, że na aferze paliwowej od 1998 r. skarb państwa stracił 10 mld złotych, Ministerstwo Finansów zaprotestowało, twierdząc, że chodzi o mniejsze kwoty. Ostatecznych swoich wyliczeń nie podało jednak do dziś.

 - Straty podliczone na podstawie postawionych już zarzutów karnych wynoszą 1 mld 150 mln zł - mówi dyrektor Biura do Walki z Przestępczością Zorganizowaną Prokuratury Krajowej Ryszard Rychlik. - Mogę mówić tylko o ustaleniach procesowych - zaznacza.

CBŚ podtrzymuje jednak szacunki, wyjaśniając, że w zarzutach prokuratorskich ciągle jeszcze brakuje m.in. ustalenia strat spowodowanych działalnością rafinerii. Bez ich udziału afera paliwowa na taką skalę nie byłaby - zdaniem CBŚ - możliwa. To właśnie z rafinerii na polski rynek trafia największa ilość komponentów do paliw. Wokół każdej z rafinerii powstaje sieć spółek, często powiązanych z kierownictwem rafinerii. Są one odbiorcami komponentów, które po blendowaniu (mieszaniu z innymi składnikami) trafiają do stacji benzynowych jako rzekomo pełnowartościowy olej napędowy. Dokumentacja jest jednak tak samo fałszowana, jak w przypadku paliwa importowanego, a faktury przepuszczane przez łańcuchy spółek.

Według ustaleń organów ścigania, w strukturze mafii paliwowej rafinerie należałoby postawić nad spółką BGM, która nie tylko importowała paliwa, ale i kupowała je na rynku wewnętrznym. O roli rafinerii w nadużyciach paliwowych latem ubiegłego roku informował w piśmie do "Rzeczpospolitej" także Jan Bobrek z BGM, odrzucając wtedy zarzuty wobec BGM i siebie. Później został jednak aresztowany.

Jego zdaniem polskie rafinerie sprzedają nieobjęte akcyzą zasiarczone komponenty, które chętnie są kupowane i wprowadzane do obrotu jako domieszki do paliw. Zarabiają na tym i rafinerie, i firmy produkujące pseudopaliwa. Marże wynoszą - jak twierdzi Bobrek - nawet 50 procent. Jego zdaniem rocznie skarb państwa traci z tytułu sprzedawanych przez rafinerie i importowanych komponentów około 430 mln zł, ponieważ trafiają one na rynek jako pełnowartościowe paliwo, tyle że bez akcyzy.

Zaangażowanie rafinerii, szczególnie z południa Polski, w działalność mafii paliwowej wskazuje także ABW. - Ma to m.in. związek z trudnym położeniem tych spółek - tłumaczą przedstawiciele Agencji.

Największe śledztwo dotyczące nadużyć w rafineriach południowych, m.in. w Jaśle i Gorlicach, prowadziła prokuratura w Krakowie, jednak zostało ono przeniesione do Rzeszowa. W śledztwie tym występuje m.in. spółka zależna PKN Orlen - Orlen Petro Tank z Widełki pod Rzeszowem.

Korupcja i osłona polityczna Jak wynika z ustaleń organów ścigania, każda większa podgrupa w mafii paliwowej (odpowiedzialna za łańcuchy spółek paliwowych) miała lub ma swoje dojścia do urzędników skarbowych i policji.

 - Nieprzypadkowo w Częstochowie większość firm skupiona była na jednym terenie, by podlegać pod konkretny urząd skarbowy, a działalność organizował były prokurator - opowiada oficer jednego z wydziałów CBŚ. Urzędnicy skarbowi z Częstochowy zostali nawet na krótko aresztowani za współpracę z Knasiem (firma Note). Wątpliwości co do uczciwości niektórych pracowników organów skarbowych pojawiły się także we Wrocławiu i Szczecinie. W niektórych śledztwach ustalono powiązania uczestników mafii paliwowej z urzędnikami nawet ze szczebla Ministerstwa Finansów. Kancelaria związana z byłą wiceminister finansów, jak ustalono w śledztwie w Ostrołęce, doradzała spółce Best Oil, jak nie płacić podatku VAT.

Kiedy u Jana Bobrka znaleziono tajne policyjne dokumenty dotyczące afery paliwowej, nie było wątpliwości, że mafia ma swoich informatorów także w policji. Tych, którzy przekazali dokumenty, na razie nie wskazano po nazwiskach, ale kilku policjantów trafiło już do aresztu. Są to m.in. oficer CBŚ z Gdańska i policjanci z Komendy Wojewódzkiej we Wrocławiu.

Część nielegalnych operacji paliwowych odbywa się w bazach Orlenu lub w dawnych bazach wojskowych. Wśród zamieszanych w ten proceder są także emerytowani oficerowie wojska i Wojskowych Służb Informacyjnych.

Np. Andrzej K., były funkcjonariusz WSI, do 2001 r. właściciel firmy Wrostar, jest podejrzany we wrocławskim śledztwie o kierowanie zorganizowaną grupą, która wyłudziła 32 miliony złotych zwrotu podatku VAT. Stefan Żelazek, lubuski przedsiębiorca (Unipol), podejrzany o wyłudzenia kredytów, jest byłym żołnierzem zawodowym; żagańską jednostkę opuszczał w stopniu podoficera.

- Dla mnie niejasna jest także rola niektórych prokuratorów i sędziów, którzy z niewiadomych powodów albo umarzali sprawy, albo prowadzili je głównie przeciwko naszym świadkom - opowiada oficer CBŚ.

- A organa skarbowe?

- Są setki kontroli krzyżowych. To wyjątkowo żmudna i długotrwała praca.

- Ale czy państwo odzyskuje zagrabione miliardy?

- Tego nie wiem. Prokuratury zabezpieczają majątek zatrzymywanych przez nas ludzi, ale nie wiem, jak to wygląda w skarbówce.

- Czy myśli pan, że Grochulski został ostrzeżony i dlatego wyjechał z Polski?

- Chyba nie, ale niczego nie mogę wykluczyć. Dotarła do nas jego wypowiedź, że ma kilkadziesiąt milionów dolarów na kontach w Szwajcarii i może dać na łapówki milion, czy ile będzie trzeba. Zresztą, kiedy chodzi o takie pieniądze, zainteresowani mogą zrobić wszystko, łącznie z prowokacją przeciwko tym, którzy próbują im przeszkodzić.

- Ma pan na myśli konkretną sytuację?

- Tak, ale nie mogę na razie powiedzieć, o co chodzi.

Z ustaleń śledztw w różnych prokuraturach wynika, że każda z podgrup w mafii paliwowej tworząca oszukańcze łańcuchy próbowała sobie zapewnić nie tylko ochronę ze strony organów skarbowych i policji, ale także ochronę polityczną. W Rzeszowie w aferę zamieszany jest syn byłego posła SLD. Za prezesów Petro Tanku poręczyli m.in. politycy miejscowej PO. W inną sprawę zamieszany jest asystent posła SLD z Lublina i syn działacza lewicy z Podlasia. W Ostrołęce zarzuty postawiono kandydatowi na posła z UP. Próbę prywatyzacji jednej z południowych rafinerii podjęła grupa polityków związanych z AWS. Sam Grochulski nie ukrywał, że jego firma sponsorowała kampanie wyborcze.

 

Współpraca Michał Stankiewicz

 

 

Adam Derecki, urodzony 2 listopada 1972 r. w Jeleniej Górze. Działał w spółce Pamar z Wrocławia. Krakowska prokuratura stawia mu zarzut działania w zorganizowanej grupie, wystawiania fałszywych dokumentów i umożliwienia wyprania co najmniej 30 mln zł. Krakowski sąd zdecydował o jego aresztowaniu, a prokuratura wystawiła list gończy.

  

Przemysław Frąc, urodzony 23 listopada 1973 r. w Szczecinie, działający przez firmę Pro Eco z Poznania. Krakowska prokuratura stawia mu zarzut działania w zorganizowanej grupie wspólnie i w porozumieniu m. in. z Arturem Kawalcem, wystawiania fałszywych dokumentów i umożliwiania wyprania co najmniej 30 mln zł. Krakowski sąd zdecydował o jego aresztowaniu, a prokuratura wystawiła list gończy.

  

Jarosław Markl, Krakowska prokuratura stawia mu zarzut działania w zorganizowanej grupie, wystawiania fałszywych dokumentów i umożliwienia wyprania co najmniej 30 mln zł. Krakowski sąd zdecydował o jego aresztowaniu, a prokuratura wystawiła list gończy.

urodzony 29 kwietnia 1973 r. w Jeleniej Górze. Działał przez firmę Tech-Lex z Krakowa.

 

 Tomasz Rostkowski, urodzony 5 lipca 1972 r. w Nysie, zamieszkały w Zaświatyczach, gmina Hanna. Działał przez spółki Arkaw z Częstochowy, Krakowska prokuratura stawia mu zarzut działania w zorganizowanej grupie wspólnie m.in. z Adamem Dareckim i Jarosławem Marklem, wystawiania fałszywych dokumentów, czym umożliwił Arturowi Kawalcowi i innym wypranie co najmniej 30 mln zł.Krakowski sąd zdecydował o jego aresztowaniu, a prokuratura wystawiła list gończy.

 

Marek Wojnowski, urodzony 1 grudnia 1952 r. w Złotnikach Kujawskich. Zamieszkały w Tucznie. Działał przez firmę Womark z Katowic. Krakowska prokuratura stawia mu zarzut działania w zorganizowanej grupie, wystawiania fałszywych dokumentów i umożliwienie wyprania co najmniej 30 mln zł. Krakowski sąd zdecydował o jego aresztowaniu, a prokuratura wystawiła list gończy.

 

Arkadiusz Grochulski, urodzony 26 kwietnia 1962 r. w Cedyni, mieszkaniec Szczecina, założyciel spółki BGM Petrotrade Poland. Prokuratura krakowska stawia mu zarzut kierowania procederem prania pieniędzy pochodzących z przestępstw paliwowych. Chodzi o co najmniej 110 mln zł i udział w zorganizowanej grupie przestępczej. Zaliczany do czołówki mafii paliwowej w Polsce, tzw. baronów. Krakowski sąd wydał postanowienie o jego aresztowaniu, a prokuratura wystawiła za nim list gończy. Wcześniej Grochulski został dwukrotnie oskarżony o inne przestępstwa przez prokuraturę w Szczecinie.

 

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Kupowałeś paliwo od mafii, możesz stracić firmę

czwartek, 07 maja 2009 22:01

Kupowałeś paliwo od mafii, możesz stracić firmę

Mariusz Goss 01-05-2009, ostatnia aktualizacja 01-05-2009 10:31

Transportowcy z województwa łódzkiego założyli stowarzyszenie, które bron i ich przed bezdusznością fiskusa. Niektórzy przedsiębiorcy po decyzjach inspektorów skarbowych zamykają firmy. Inni ograniczają zatrudnienie czekając na korzystne rozstrzygnięcia w sądach administracyjnych.

Jedna ze stacji na których sprzedawano olej opałowy autor zdjęcia: Marian Zubrzycki źródło: Fotorzepa Jedna ze stacji na których sprzedawano olej opałowy +zobacz więcej

Wieńczysław Jończyk założył niewielką firmę transportową: miał dwa tiry i zatrudnił dwóch kierowców. Od dwunastu lat wozili stal, elektronikę, artykuły gospodarstwa domowego aż urząd skarbowy w listopadzie zablokował firmowe konto domagając się zaległego VAT i odsetek, razem 120 tys. zł . - Za co - oburzył się pan Wieńczysław i napisał odwołanie. Bez pieniędzy wytrzymał do stycznia, po czym zamknął firmę, a kierowców zwolnił. - Miałem dosyć szarpania się z urzędem, który mnie nękał - dodaje Jończyk.

Tak jak blisko 400 przedsiębiorców z regionu łódzkiego jego firma kupowała paliwo od spółek związanych z Andrzejem K. Nie raz i nie dwa zamiast oleju napędowego, który był wpisany na fakturach, do baków wlewano im olej opałowy. - Zarówno legalne, jak i nielegalne paliwo nabywaliśmy z tych samym magazynów, skąd zatem mogliśmy wiedzieć, że część handlujących ropą spółek istniała tylko na papierze - mówią przedstawiciele Stowarzyszenia Transportowców Ziemi Łódzkiej, które zrzesza już 80 firm.

Policjanci z Centralnego Biura Śledczego widzą sprawę inaczej. - Część transportowców rzeczywiście nie była świadoma, że bierze udział w przestępstwie, ale niektórzy kupowali z rozmysłem tańsze paliwo z nielegalnego źródła, bo chcieli ograniczyć koszty.

Izba Skarbowa w Łodzi nie prowadzi podziału na świadomych i nieświadomych nabywców paliwa i bezwzględnie nalicza VAT z odsetkami. Przedsiębiorcy składają odwołania, ale kto nie zapłaci kary, jest dłużnikiem fiskusa. - Jeśli prowadzone są postępowania podatkowe zgodnie z ordynacją nie możemy wydać zaświadczenia o niezaleganiu w podatkach - tłumaczy Agnieszka Pawlak, rzecznik łódzkiej izby.

Leszkowi Posiewale z Sieradza z tego powodu bank nie przedłużył kredytu obrotowego na 150 tys. zł. - Ograniczam działalność czekając aż sprawa się wyjaśni, ale nie wiem jak długo będzie to możliwe bez kredytu - mówi Posiewała. - Dziś potrzebuję 90 tys. zł, by firma mogła działać jak w ubiegłym roku, pod warunkiem że nadal będą zamówienia.

W kwietniu zwolnił trzech pracowników, a pozostali pracują tylko na półetatu. Stowarzyszenie transportowców wynajęło prawników skutecznie walczących z fiskusem w Wojewódzkim Sądzie Administracyjnym w Łodzi, który uchylił już cztery decyzje dyrektora Izby Skarbowej. - Sąd uzasadnił, że właścicieli firm transportowych można pozbawić prawa do odliczania VAT pod warunkiem, że świadomie naruszali prawo, a w tym przypadku takich dowodów nie ma - tłumaczy radca prawny Krzysztof Byjoch.

Dyrektor izby nakazał wszczęcie tych samych spraw od początku, więc mogą ciągnąć się latami. - Mamy w Polsce problem z systemem, bowiem urzędy zaskakująco często nie respektują wyroków sądów administracyjnych - mówi Tomasz Michalik z niezależnej spółki doradztwa podatkowego MDDiP. - Zdarzało się, że dyrektor izby skarbowej wziął pod uwagę orzeczenie sądu dopiero po trzecim wyroku. Podatnicy, którzy nie znają się na zawiłościach prawnych czują się w takich sytuacjach niczym bohater „Procesu" Kafki.

Przedsiębiorcy są przekonani o własnych racjach, ale nie chcą by wygrana sądowa przyszła po zamknięciu przedsiębiorstw, więc zgłosili się do sejmowej komisji przyjazne państwo. - Nie możemy dopuścić do upadku firm, które są w części rodzinne i nawet przy załamaniu koniunktury gospodarczej zachowają miejsca pracy - mówi Hanna Zdanowska, poseł PO z Łodzi. - Rozmawiamy z wiceministrem finansów Maciejem Grabowskim, żeby do czasu wyjaśnienia sporu czy firmy transportowe mają zapłacić zaległy VAT, mogły prowadzić działalność gospodarczą czyli posiadać nieobciążone konta bankowe.

 

Lokalna mafia paliwowa

 

Transportowcy kupowali paliwo firm związanych z Andrzejem K. ze Zduńskiej Woli, który według organów ścigania był ojcem lokalnej chrzestnym mafii paliwowej. Konglomerat związanych z nim spółek sprzedawał w latach 2003 - 2006 więcej oleju napędowego niż Orlen. Stworzoną przez Andrzeja K. grupę przestępczą rozpracowali funkcjonariusze łódzkiego Centralnego Biura Śledczego. Ustalili, że część paliwa do sprzedaży trafiała na rynek poprzez łańcuch spółek zarejestrowanych w różnych miastach Polski (Łódź, Katowice, Poznań, Sosnowiec, Wodzisław Śląski) zamieniając się po drodze z opałowego w napędowy. Odliczanie podatku VAT od fikcyjnych faktur jest naruszeniem ordynacji podatkowej i ścigane przez urzędy skarbowe. Przedsiębiorcy odliczyli podatek VAT, którego urzędy nie uznały, więc naliczyły transportowcom także karne odsetki.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (20) | dodaj komentarz

Mafia paliwowa po gorzowsku: Wpadli przez lewe faktury

poniedziałek, 13 kwietnia 2009 18:35

Mafia paliwowa po gorzowsku: Wpadli przez lewe faktury

Piotr Żytnicki
2008-08-25, ostatnia aktualizacja 2008-08-25 20:39

Pod koniec lipca na stacji przy sądzie wybuchł groźny pożar. Spłonął samochód dostawczy, którym - jak ustaliła Pod koniec lipca na stacji przy sądzie wybuchł groźny pożar. Spłonął samochód dostawczy, którym - jak ustaliła "Gazeta" - nielegalnie przewożono benzynę. Fot. Artur Brykner / AG

Korzystając ze sfałszowanych faktur Wiesław B. wprowadził do obrotu paliwo warte ponad 4 mln zł! Nie wiadomo, skąd pochodziło. Proceder kwitł na stacji tuż przy... gorzowskim sądzie

Dariusz Domarecki, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Gorzowie
Fot. Piotr Zytnicki / AG Dariusz Domarecki, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Gorzowie 12-tomowy akt oskarżenia od pięciu miesięcy jest już w gorzowskim sądzie, ale terminu pierwszej rozprawy nie wyznaczono, bo sędzia oddelegowany do sprawy wciąż zapoznaje się z dowodami. "Gazeta" jako pierwsza dotarła do szczegółów śledztwa.

Na trop nielegalnego procederu wpadli na początku 2007 r. kontrolerzy Generalnego Inspektoratu Inspekcji Finansowej, który monitorując m.in. bankowe transakcje, ma udaremniać legalizowanie dochodów pochodzących z przestępstwa, czyli tzw. pranie brudnych pieniędzy. - Z analizy przepływów finansowych wynikało, że jedna z gorzowskich spółek handlujących paliwem kupuje je od firm, które taką działalnością w ogóle się nie zajmują - mówi Dariusz Domarecki, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Gorzowie. - Po sprawdzeniu tej informacji okazało się, że spółka posługuje się sfałszowanymi fakturami. Firmy, które miały je wystawiać, wszystkiemu zaprzeczyły. Ich właściciele o gorzowskiej spółce nawet nie słyszeli. Posługując się fałszywymi fakturami, przedsiębiorcy mogli zalegalizować handel paliwem praktycznie z każdego źródła. - Na pierwszy rzut oka nic nie powinno budzić podejrzeń. Oskarżeni płacili nawet podatki - mówi Domarecki.

Kluczowe dla śledczych okazały się zeznania Sebastiana W., właściciela jednej z gorzowskich firm, która także miała wystawiać fałszywe faktury. Mężczyzna potwierdził, że uczestniczył w nielegalnym procederze. Śledczy ustalili, że oprócz wspomnianej spółki, z "usług" firmy korzystał gorzowianin Wiesław B., właściciel stacji benzynowych w Gorzowie. - W okresie od czerwca 2002 r. do grudnia 2004 r. oskarżony wprowadził do obrotu paliwo o wartości 4 mln 69 tys. zł. Oficjalnie jego dostarczycielami były trzy firmy: ta należąca do Sebastiana W. oraz jedna firma z Poznania i jedna z Wrocławia. Wiesław B. dysponował fakturami za zakup paliwa, chociaż firmy te nigdy mu go nie dostarczyły - mówi Dariusz Domarecki.

Co w takim razie przez ponad dwa lata sprzedawał Wiesław B. na swoich stacjach? - Paliwo niewiadomego pochodzenia - mówi prokurator. - Można podejrzewać, choć nie ma na to dowodów, że pochodziło z nielegalnego źródła.

Wiesław B. sprzedawał paliwo na niewielkiej stacji benzynowej przy ul. Mieszka I, kilkadziesiąt metrów od... siedziby Sądu Okręgowego, a także na stacji przy ul. Podmiejskiej. Na tej ostatniej w 2005 r. inspekcja handlowa stwierdziła paliwo i olej napędowy złej jakości. Dzisiaj stacja należy do mieszkanki Kamiennej Góry. Stacja przy gorzowskim sądzie - jak wynika z naszych informacji - jest natomiast własnością Ogólnopolskiego Serwisu Finansowego z siedzibą w Bydgoszczy. Kieruje nim Emilia L., której nazwisko pojawiało się w pracach komisji śledczej ds. Orlenu. "Nasz Dziennik" twierdził, że Emilia L. jest byłą funkcjonariuszką WSW i osobą powiązaną z mafią paliwową.

- Wiesław B. przestał być właścicielem stacji tuż po tym, jak w marcu prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie lewych faktur - zauważa nasz informator. I dodaje: - Ten sam model przestępstwa stosowała już mafia paliwowa w innych częściach kraju.

Pod koniec lipca na stacji przy sądzie wybuchł groźny pożar. Na ulicy płonęło rozlane paliwo. Ogień objął drzewa, śmietniki i zbliżył się do kamienic po drugiej stronie ulicy. W pożarze spłonął samochód dostawczy, którym - jak ustaliła "Gazeta" - nielegalnie przewożono benzynę. Od osób znających szczegóły sprawy dowiedzieliśmy się, że w spalonym aucie na stałe zamontowany był zbiornik o pojemności tysiąca litrów. O tym, że dowożono nim benzynę, opowiadali nam także mieszkańcy. Postępowanie w tej sprawie, również pod kątem umyślnego sprowadzenia niebezpieczeństwa katastrofy, prowadzi wciąż gorzowska policja.

Prokuratura ustaliła tymczasem, że sfałszowane faktury służyły także do wprowadzania w błąd urzędu skarbowego. Prokuratura ustaliła, że tylko Wiesław B. zyskał w ten sposób 950 tys. zł z podatku VAT, 800 tys. zł z podatku dochodowego i 250 tys. zł z podatku akcyzowego.

Oprócz Wiesława B., w sprawie oskarżeni są także Edward B., Ryszard W. i Agnieszka Ś., związani ze wspomnianą już spółką handlującą paliwem. Jak ustaliła prokuratura, w latach 2003-2004 r. firma ta, korzystając z fałszywych faktur, zalegalizowała obrót paliwem wartości 1,5 mln zł.

Oskarżonym grozi kara do ośmiu lat więzienia.

Źródło: Gazeta Wyborcza Gorzów
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

Prokuratura postawi zarzuty Zbigniewowi Ziobrze

piątek, 10 kwietnia 2009 9:41

Prokuratura postawi zarzuty Zbigniewowi Ziobrze

Drukuj A A A Logo dostawcy 
PAP/IAR | aktualizacja 2008-12-20 (13:47)

Zbigniew Ziobro 
Zbigniew Ziobro (fot. wp.pl / mg)

Zbigniew Ziobro został wezwany w charakterze podejrzanego na 20 stycznia do płockiej prokuratury. Śledczy postawią posłowi zarzuty w związku z ujawnieniem w 2006 roku akt mafii paliwowej Jarosławowi Kaczyńskiemu - informuje "Rzeczpospolita".


Ziobro ma odpowiadać za to, że dwa lata temu nakazał pokazać protokół zeznań świadka w sprawie mafii paliwowej ówczesnemu prezesowi PiS Jarosławowi Kaczyńskiemu.

- Chciałem przekonać Jarosława Kaczyńskiego do zmian w prawie, tak aby skutecznie ścigać mafię paliwową i to się udało. Przypominam zaś, że prezes miał jako członek Rady Bezpieczeństwa Narodowego certyfikaty dostępu do informacji niejawnych. Nic też z tych informacji nie wyciekło - mówił "Rz" Ziobro.


Zbigniew Ziobro stwierdził, że prokuratorskie zarzuty pod jego adresem są całkowicie nieuzasadnione. Powiedział, że wszelkie tego typu oskarżenia to zemsta polityczna Platformy Obywatelskiej. Zdaniem polityka, Platformie przeszkadzały jego skuteczne działania antykorupcyjne, bowiem niektóre były związane z osobami z kręgów partii Donalda Tuska.

Poseł Prawa i Sprawiedliwości przypomniał, że jest nie tylko byłym prokuratorem generalnym, ale także wiceprezesem największej partii opozycyjnej.

 Ziobro dodał, że ujawnienie akt dotyczących mafii paliwowej Jarosławowi Kaczyńskiego nie wpłynęło negatywnie na toczące się wówczas śledztwo, a wręcz przeciwnie - zwiększyło jego skuteczność.
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Hakowi prokuratorzy przeciw paliwowcom

piątek, 06 marca 2009 7:08

Staszak zbierał haki na ludzi PiS?

Wojciech Wybranowski 05-03-2009, ostatnia aktualizacja 06-03-2009 01:57

"Rz" dotarła do treści oświadczenia, które złożył w sądzie dyscyplinarnym Wojciech Miłoszewski - oskarżany o ujawnienie akt śledztwa prezesowi PiS

Wojciech Miłoszewski
Autor zdjęcia: Piotr Guzik źródło: Fotorzepa Wojciech Miłoszewski 

Prokurator Miłoszewski na polecenie ówczesnego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry w styczniu 2006 r. zreferował Jarosławowi Kaczyńskiemu stan śledztwa w sprawie mafii paliwowej.

Ziobro, który zrezygnował z immunitetu, usłyszał w tej sprawie zarzuty w styczniu. Prokuratorzy wystąpili też do Sądu Dyscyplinarnego przy Prokuratorze Generalnym o uchylenie immunitetu Miłoszewskiego. W lipcu go uchylono. Po odwołaniu śledczego w styczniu Odwoławczy Sąd Dyscyplinarny (druga instancja) uznał, że nie ma podstaw do pozbawienia go immunitetu.

Powodem takiej decyzji prawdopodobnie było pisemne oświadczenie złożone przez Miłoszewskiego. Aleksander Herzog, przewodniczący Odwoławczego Sądu Dyscyplinarnego, przyznaje: - Sąd bazuje na dokumentach przedłożonych przez strony.

"Rz" dotarła do oświadczenia śledczego. Sugeruje w nim, że były prokurator krajowy Marek Staszak zbierał informacje od prokuratorów zajmujących się mafią paliwową na temat ich kontaktów z politykami PiS. - Prokuratorzy krajowi mają prawo kontaktować się osobiści lub telefonicznie z podległymi im prokuratorami - ucina Katarzyna Szeska, rzecznik prokuratora generalnego.

- To wykorzystywanie prokuratury do działań politycznych, jak w PRL - komentuje Ziobro.

Rzeczpospolita link  http://www.rp.pl/artykul/2,272250_Staszak_zbieral_haki_na_PiS_.html


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Interesy znanego doradcy

środa, 25 lutego 2009 19:33
Piotr Nisztor 12-01-2009, ostatnia aktualizacja 12-01-2009 03:47  Rzeczpospolita

Szef centrum im. Adama Smitha. Robert Gwiazdowski doradzał jednocześnie PKN Orlen i spółce barona paliwowego podejrzewanego m.in. o oszustwa na szkodę płockiego koncernu

Robert Gwiazdowski dwukrotnie zeznawał  jako świadek w jednym z wątków sprawy tzw. mafii paliwowej
autor zdjęcia: Robert Gardziński źródło: Fotorzepa Robert Gwiazdowski dwukrotnie zeznawał jako świadek w jednym z wątków sprawy tzw. mafii paliwowej

Znany z występów w mediach ekspert ekonomiczny, 49-letni Robert Gwiazdowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha, we wrześniu 2006 r. i listopadzie 2008 r. składał zeznania w charakterze świadka w jednym z wątków sprawy tzw. mafii paliwowej - dowiedziała się „Rz".

 

Doradca Jerzego K.

 

Gwiazdowski był bowiem doradcą finansowym działającej w branży paliwowej spółki Ship Service. Spółką kierował Jerzy K., przedsiębiorca dobrze znany w branży naftowej. Śledczy badający sprawę mafii paliwowej zainteresowali się tym zachodniopomorskim biznesmenem (dziewięć miesięcy spędził w areszcie) m.in. ze względu na prowizje, które otrzymywał z tytułu pośrednictwa w handlu ropą.

Jedna ze spółek Jerzego K. (JFK Investment, potem zmieniła nazwę na Brends) zarobiła krocie na prowizji od kontraktu na dostawy ropy dla PKN Orlen od niemieckiej firmy BMP Trading. Wartość kontraktu, zawartego w 2000 r., szacowano na 400 mln dolarów.Działalnością Jerzego K. oraz spółki Ship Service zainteresowała się również sejmowa komisją śledcza ds. PKN Orlen. Nie udało jej się nic ustalić w tym wątku.

 

Praca dla córki

 

Gwiazdowski w rozmowie z „Rz" twierdzi, że rozpoczął współpracę z Ship Service, zanim jeszcze szefem firmy został Jerzy K. Przyznał również, że w jednej ze swoich firm zatrudniał córkę K. - Darię.

Zaznaczył jednak, że nie rekomendował jej ojciec. Daria była studentką Gwiazdowskiego, która początkowo odbywała u niego praktyki. Potem została zatrudniona na jedną czwartą etatu z pensją 750 zł miesięcznie. Jak mówił Gwiazdowski, miała szukać w Internecie informacji dotyczących sektora naftowego.

Kontrowersje budzi to, że Robert Gwiazdowski w tym samym czasie, kiedy doradzał Ship Service, pracował również dla PKN Orlen, czyli de facto pomagał... obu stronom.Dla płockiego koncernu Gwiazdowski przygotowywał m.in. projekt przejęcia spółki Ship Service.

 

Przejęcie, które badają śledczy

 

W 2002 r. PKN Orlen wykupił 6 tys. akcji spółki od Jerzego K. za około 6 mln złotych. Ich wartość miała być dużo niższa. Prokuratura postawiła w tej sprawie zarzuty działania na szkodę PKN Orlen dwóm byłym członkom zarządu koncernu, w tym m.in. Krzysztofowi C. Były wiceprezes Orlenu to znajomy Gwiazdowskiego, który w jednej ze swoich firm zatrudnia jego żonę Tamarę.

Zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa w tej sprawie złożył pod koniec 2005 r. zarząd Orlenu kierowany przez Igora Chalupca. Śledczy cały czas sprawdzają wykup akcji Ship Service. Za rządów Chalupca PKN Orlen rozstał się z Gwiazdowskim.

- Sprawa wykupu Ship Service nie miała wpływu na zakończenie współpracy - mówi „Rz" Chalupec. - Po prostu, aby wydawać pieniądze na doradców, musi być jakiś temat, a takiego nie było - tłumaczy. Pytany o kupno przez PKN Orlen akcji spółki Jerzego K., w której brał udział Gwiazdowski, odpowiada: - Pamiętam, że było mnóstwo niejasności, co dało podstawę do skierowania sprawy do prokuratury.

Sprawy związków Gwiazdowskiego z Ship Service i Jerzym K. nie chce oceniać Zbigniew Wróbel, były prezes Orlenu, który korzystał z jego rad w czasie kierowania koncernem. Właśnie za kadencji Wróbla doszło do kupna części akcji tej spółki.

- O kontrowersjach wokół sprawy dowiedziałem się już po odejściu z koncernu - mówi Wróbel. - Mam nadzieję, że Gwiazdowski robił wszystko zgodnie z zasadami etycznymi. Jednak rzeczywiście na początku cała sprawa mocno mnie skonfundowała.

Były prezes PKN Orlen nie ma najlepszego zdania o Jerzym K. - On wielokrotnie działał na niekorzyść Orlenu i dlatego też byliśmy w konflikcie - przyznaje Wróbel.

Prokurator Maciej Dończyk ze szczecińskiego Wydziału ds. Przestępczości Zorganizowanej Prokuratury Krajowej, który bada wątek mafii paliwowej, poinformował „Rz", że Jerzy K. ma postawione obecnie trzy zarzuty: oszustwa na szkodę PKN Orlen, wyrządzenia znacznej szkody majątkowej w mieniu spółki Brends oraz Ship Service.

Kilka miesięcy temu szczeciński sąd skazał K. na sześć miesięcy więzienia i grzywnę w wysokości 2 tys. zł za działanie na szkodę Ship Service. Obecnie przed sądem toczy się sprawa, w której K. jest oskarżony o wyłudzenie kredytu. - Zapadł już wyrok skazujący, ale sąd odwoławczy go uchylił i skierował sprawę do ponownego rozpatrzenia przez sąd - mówi „Rz" Elżbieta Zywar, rzecznik szczecińskiego Sądu Okręgowego.

 

Niedoszły świadek

 

Robert Gwiazdowski doradzał trzem kolejnym prezesom PKN Orlen: Andrzejowi Modrzejewskiemu, Zbigniewowi Wróblowi i Igorowi Chalupcowi. W 2001 roku UOP zatrzymał Modrzejewskiego (od tego rozpoczęła się głośna afera nazwana przez media Orlengate. Prezesa zatrzymano tuż przed posiedzeniem rady nadzorczej, która go później odwołała. Jak twierdził Wiesław Kaczmarek, ówczesny minister skarbu, powodem zatrzymania i odwołania miała być chęć zablokowania kontraktu na dostawy ropy).Modrzejewski pierwszy telefon po zatrzymaniu wykonał właśnie do Gwiazdowskiego.

Aferę z zatrzymaniem ówczesnego prezesa koncernu badała powołana pod koniec maja 2004 roku sejmowa komisja śledcza ds. PKN Orlen.Gwiazdowski nie był przesłuchiwany przez zasiadających tam posłów. - Nie wystarczyło nam czasu, może też nie doceniliśmy tego, co miałby nam do powiedzenia - mówi „Rz" Zbigniew Wassermann (PiS), członek komisji śledcze ds. PKN Orlen. - To był błąd, ale nie zdążyliśmy także przesłuchać kilku innych ważnych świadków w tej sprawie.Brak przesłuchania Gwiazdowskiego przed komisją dziwi także z innego powodu: ekspert należał do grona najbardziej zaufanych doradców Modrzejewskiego.

Kilka tygodni przed akcją UOP o dobrowolnym ustąpieniu Modrzejewskiego z funkcji szefa koncernu z Gwiazdowskim rozmawiał Andrzej Kratiuk - prominentny prawnik, nieformalny doradca ministra Wiesława Kaczmarka. - To nie ja dzwoniłem do Gwiazdowskiego, ale on do mnie, próbując jeszcze cokolwiek wynegocjować. Kaczmarek nie zgodził się wtedy na podjęcie rozmów - mówi „Rz" Kratiuk.

 

Przekonywanie przekonanych

 

Robert Gwiazdowski, absolwent Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego, to nie tylko rozchwytywany przez media ekspert w sprawach podatkowych i paliwowych, ale również lobbysta.

Z należącej do Skarbu Państwa Nafty Polskiej (kontrolującej grupę Lotos) pobierał kilka tysięcy złotych za każde spotkanie np. z urzędnikiem Ministerstwa Gospodarki. - Wiem, że wystawiał faktury za spotkania ze mną na Naftę Polską. Poinformował mnie o tym jeden z moich pracowników będących wówczas w radzie nadzorczej tej spółki - mówi „Rz" Przemysław Wipler, były dyrektor Departamentu Dywersyfikacji w Ministerstwie Gospodarki. - Dziwi mnie jego twierdzenie, że przekonywał mnie do rozwiązania, którego byłem gorącym zwolennikiem od dawna, o czym dobrze wiedział. Chodziło o przekazanie rurociągów produktowych z PERN do OLPP.Interesy Gwiazdowskiego nie ograniczają się tylko do lobbingu i doradztwa. Zarabia też w radach nadzorczych spółek.

Wraz z generałem Leonem Komornickim, byłym wiceszefem Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, zasiada w radzie nadzorczej spółki doradczej DGA SA. W zarządzie tej spółki znajduje się m.in. Janusz Wiśniewski, były wiceszef PKN Orlen. Wiśniewski podobno żartował wtedy w rozmowach ze znajomymi, że z usług Gwiazdowskiego nie skorzysta, bo wszyscy, którym pomaga, trafiają do więzienia. Chodziło tu nie tylko o zachodniopomorskiego biznesmena Jerzego K., ale także o aresztowanego prezesa jednej z rafinerii, której doradzał Gwiazdowski. - Nie potwierdzam tych informacji - śmieje się dziś Wiśniewski. - Bardzo cenię sobie pana mecenasa, mam z nim dobre relacje. Gwiazdowski współpracuje także ze Sławomirem Smołokowskim, który na początku lat 90. wraz z Grzegorzem Jankilewiczem założył na Cyprze spółkę J&S (dziś grupa Mercuria). Firma stała się monopolistą w dostarczaniu ropy polskim rafineriom. Robert Gwiazdowski nie chce jednak mówić o szczegółach tej współpracy. Przyznaje tylko, że chodzi o pewien projekt z branży medycznej.

Gwiazdowski zgodził się początkowo na rozmowę z „Rz". Potem odmówił jednak autoryzacji swoich wypowiedzi.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Prezydencka afera paliwowa w Czechach - €1,5 mln EUR

poniedziałek, 23 lutego 2009 10:29

Kilkudziesięciu żołnierzy, pracowników ochrony i policjantów w ciągu ponad dwóch lat ukradło ponad półtora miliona litrów paliwa z dwóch samolotów prezydenckich, które stacjonowały na praskim lotnisku wojskowymProceder wyglądał zawsze tak samo. Po wylądowaniu w Pradze, w baku samolotu prezydenckiego, zostawało kilka ton paliwa. Pracownicy przed lotem zgłaszali zamówienie na pełen bak, argumentując, że przestarzałe silniki rosyjskich tupolewów spalają nadmierną ilość paliwa. Dodatkowe paliwo ukrywano w cysternie stojącej nieopodal samolotu, a potem wywożono z płyty lotniska jako odpad ekologiczny. Paliwo trafiało do dwóch małych stacji benzynowych rolniczych spółdzielni produkcyjnych. Tam było mieszane z olejem opałowym i sprzedawane kierowcom.

Franciszek Ovczaczak z praskiego wydziału policji ujawnił, że w ciągu dwóch i pół roku cysterna wykonała ponad sto kursów a pracownicy lotniska sprzedali na lewo półtora miliona litrów paliwa o wartości miliona  EURO Taka ilość paliwa wystarczyłaby na 18 lotów prezydenckiego samolotu z Pragi do Kanady i z powrotem.

Zródło IAR
Czesi ujawnili kulisy jednej z najbardziej sensacyjnych afer ostatnich lat.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Eksperymenty Prokuratora Marka Wełny w sprawach paliwowych - list do redakcji

sobota, 27 grudnia 2008 7:19
Po przeczytaniu mi, jako niewidomemu, pana artykułu pt. „Hak Dukaczewskiego" zamieszczonego w numerze 50 Tygodnika „WPROST" z dnia 16.12.2007 roku, chciałem jako ofiara eksperymentalnych przestępstw i urzędowego terroryzmu Marka Wełny - według artykułu aktualnie „szeregowego" prokuratora Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie - głośno krzyknąć „Chwała generałowi Dukaczewskiemu !".
 

Wrocław, 21.12.2007r


mgr inż. Leszek Szlachcic
mail: ozynowa@poczta.fm
Sz.Pan Redaktor
Jan Piński
Tygodnik „WPROST"

Milenium Plaza
Al.Jerozolimskie 123a
02-017 Warszawa



Panie Redaktorze!


Po przeczytaniu mi, jako niewidomemu, pana artykułu pt. „Hak Dukaczewskiego" zamieszczonego w numerze 50 Tygodnika „WPROST" z dnia 16.12.2007 roku, chciałem jako ofiara eksperymentalnych przestępstw i urzędowego terroryzmu Marka Wełny - według artykułu aktualnie „szeregowego" prokuratora Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie - głośno krzyknąć „Chwała generałowi Dukaczewskiemu !". Chwała za to, że podjął się - niezależnie od kierujących nim motywacji - ukarać Marka Wełnę, tego chorego mentalnie i niekompetentnego w sprawach podatkowych i gospodarczych prokuratora, który jako bezwzględny karierowicz kieruje się wyłącznie, w sprawach które prowadzi jako urzędnik prokuratury, interesem osobistym a nie społecznym. W obecnej Polsce, gdy wymiar sprawiedliwości został wypaczony zarządzeniami i wytycznymi Lecha Kaczyńskiego, gdy był Ministrem Sprawiedliwości (lata 2000-2001) wręcz niemożliwe jest ukaranie tego cynicznego terrorysty urzędowego, za ewidentne i udokumentowane czyny karalne przez Marka Wełnę popełnione. Doświadczyłem tego osobiście składając kilka dobrze udokumentowanych zawiadomień o popełnieniu wielu przestępstw, m.in. przez prokuratora Marka Wełnę. Wydane przez Ministra Sprawiedliwości Lecha Kaczyńskiego rozporządzenia, wytyczne i instrukcje praktycznie uniemożliwiają pociągnięcie do odpowiedzialności prokuratora, nawet wówczas, gdy popełnił ewidentne, szczegółowo udokumentowane przestępstwa. A co dopiero mówić o przypadkach, gdy takie czyny nasuwają jakiekolwiek najmniejsze wątpliwości. Ówczesne rozporządzenia Lecha Kaczyńskiego, w ostatnich dwóch latach radykalnie wzmocnione przez byłego już ministra Zbigniewa Ziobro, prowadziły wprost do pełnienia przez urzędy prokuratury roli SB-cji IV Rzeczpospolitej. A w takich systemach żaden szary obywatel nie ma szans na dochodzenie sprawiedliwości i ukaranie praktycznie nietykalnych funkcjonariuszy publicznych, zwłaszcza tych szeroko chronionych ustawowo immunitetami, postawionymi de facto ponad prawem rzekomo dla ochrony społeczeństwa i tego właśnie prawa. Dotyczy to przede wszystkim korporacji prokuratorskiej, pilnującej aby jej funkcjonariuszom nie stała się krzywda, nawet jeśli stawiane zarzuty są wiarygodne i udokumentowane. Obecnie ukaranie prokuratora jest dużo trudniejsze niż miało to miejsce w PRL. Wiem co mówię i mogę łatwo takie twierdzenie udowodnić. Moje liczne, kodeksowo poprawne i dokładnie udokumentowane próby doprowadzenia do ukarania służbowego i sądowego prokuratora Marka Wełnę rozbijały się o korporacyjną zmowę prokuratorską lub o niefrasobliwe postanowienia sędziów w jednoinstancyjnym postępowaniu, zawsze bez merytorycznego wglądu w sprawę. Ścigam Marka Wełnę za popełnione przez niego przestępstwa w trakcie prowadzonego przez tego prokuratora patologicznego i niekompetentnego śledztwa w mojej sprawie gospodarczej i podatkowej. Wszystkie moje dotychczasowe próby nie powiodły się i informacja, że szef WSI miał również na celu ukaranie Marka Wełny bardzo mnie podbudowała, jako szarego obywatela. Z tego powodu chwała generałowi Dukaczewskiemu.


Chcę jednak wyraźnie zaznaczyć, że mój list nie ma w najmniejszym stopniu charakteru lamentu osoby pokrzywdzonej. Jestem doświadczonym biznesmenem i człowiekiem walki, a nie osobą skarżącą się na doznane krzywdy. Wcześniej czy później doprowadzę Marka Wełnę przed wymiar sprawiedliwości, z którego chcę go na stałe wyeliminować. Sprawa jego przestępstw tak szybko się nie przedawni a liczne dowody w sprawie spokojnie czekają w aktach sądowych. Udokumentowane są jego przestępstwa kryminalne, wprowadzenie terroryzmu urzędniczego, liczne przestępstwa przeciwko wymiarowi sprawiedliwości i nadużywanie władzy prokuratorskiej.


Piszę ten list, bo do żywego zostałem poruszony pańskim artykułem, w którym usiłuje Pan gloryfikować Marka Wełnę, tego patologicznego prokuratora, który dla osiągnięcia założonych osobistych celów idzie „po trupach", stosując zastraszanie, nieludzkie represje i inne kryminalne metody wobec przedsiębiorców będących jedynie kandydatami na podejrzanych w sprawach gospodarczych i podatkowych. Zdecydowałem się zareagować na pański artykuł, aby pokazać prawdziwe oblicze i kwalifikacje tego prymitywnego karierowicza, chcącego dostać się do Prokuratury Krajowej za wszelką cenę, a obecnie jedynie „szeregowego" prokuratora Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie. Marek Wełna dla korzyści służbowych i osobistych nie waha się zniszczyć wielu niewinnych przedsiębiorców i podmiotów gospodarczych, posługując się nawet terroryzmem urzędniczym, co wykazuję na przykładzie konkretnej tragedii zgotowanej mnie i moim najbliższym w trakcie patologicznego śledztwa sygn.akt VI Ds 27/01/s, prowadzonego w 2001 roku przez niego, wówczas prokuratora Prokuratury Okręgowej w Krakowie. W tym celu polecam załączony dokument „Przestępstwa i urzędowy terroryzm prokuratora Marka Wełny - czyli eksperyment wprowadzania w życie niezgodnej z prawem kryminalizacji działalności gospodarczej, przeprowadzony w trakcie patologicznego śledztwa prowadzonego przeciwko mnie".


Do tego, by stanowczo zareagować na pański artykuł upoważnia mnie nie tylko tragedia, jaką zgotował mnie i mojej rodzinie prokurator Marek Wełna, ale również fakt, że mam 73 lata, poważne osiągnięcia zawodowe i społeczne, że jestem inwalidą I grupy - niewidomym, ostatecznie oślepionym przez prokuratora Marka Wełnę, a przede wszystkim fakt, że dotychczas nie jestem karany sądownie. To Marek Wełna spowodował, że byłem przetrzymywany ja, człowiek stary, schorowany i niewidomy przez 27 miesięcy w najostrzejszym więzieniu, jakim jest areszt śledczy. To ten chory mentalnie prokurator zaaresztował na 19 miesięcy mojego całkowicie niewinnego młodszego syna oraz moją szwagierkę na 6 miesięcy - oboje w charakterze zakładników, co nosiło ewidentne znamiona terroryzmu urzędniczego. Marek Wełna aresztował w charakterze zakładników wiele innych niewinnych osób, co zresztą zapowiedział otwarcie podczas pierwszego przesłuchania. Wszystko to dla zmuszenia mnie do przyznania się do niepopełnionych czynów, by mógł on efektownie zakończyć zmontowaną przez siebie pseudoaferę gospodarczą, w której oskarżył wiele niewinnych osób z mojego otoczenia.


Prokurator Prokuratury Okręgowej w Krakowie Marek Wełna w czerwcu 2001 roku postanowił przejąć śledztwo przeciwko mojej osobie, po 8.miesiącach całkowicie bezczynnego przetrzymywania mnie w areszcie śledczym. Byłem dla niego jak się okazało idealnym kandydatem dla przeeksperymentowania kryminalizacji działalności gospodarczej, umożliwionej jak wyżej podałem rozporządzeniami ówczesnego Ministra Sprawiedliwości Lecha Kaczyńskiego. Kryminalizacja ta polegała na stosowaniu w sprawach podatkowych i gospodarczych nieuprawnionego w tym zakresie kodeksu karnego, ostrzejszego i umożliwiającego stosowanie wobec podejrzanych przedsiębiorców aresztu tymczasowego ze względu na zagrożenie wyższą karą, aresztów które nagminnie miały charakter „wydobywczy", zamiast obowiązującego w sprawach podatkowych kodeksu karnego skarbowego. Śledztwa tak prowadzone opierają się na pomówieniach i wymuszonych aresztami zeznaniach, zamiast na dowodach materialnych w postaci dokumentacji. Ten niedopuszczalny eksperyment na mojej osobie prokurator Marek Wełna rozpoczął zanim przejął śledztwo w sprawie „mafii paliwowej" z Prokuratury Okręgowej w Szczecinie. Do zaatakowania mojej osoby przyczynił się prokurator Andrzej Kaucz, mój urzędowy wróg jeszcze z czasów PRL, w których w latach 1983-84 jako nadzorujący Prokurator Wojewódzki we Wrocławiu przegrał ze mną prestiżową sprawę sądową o spekulację, która obecnie jest zwykłym handlem. Prokurator Andrzej Kaucz czuł do mnie dużą niechęć, gdyż na zakończenie mojej sprawy w 1983 roku doprowadziłem do zwolnienia z pracy (!) w Prokuraturze Wojewódzkiej oskarżającego mnie prokuratora Andrzeja Walnera, podległego prokuratorowi Andrzejowi Kauczowi. Prokurator Andrzej Kaucz już w lipcu 2001r był typowany na Prokuratora Krajowego w zbliżającym się rządzie Leszka Millera i podczas spotkania z Markiem Wełną w nagrodę za zniszczenie mnie obiecał temu krakowskiemu prokuratorowi awans do Prokuratury Krajowej. O tym fakcie zresztą Marek Wełna pochwalił się mojemu adwokatowi Lechowi Adamczykowi, obecnemu członkowi Trybunału Stanu. Prokurator Marek Wełna zdawał sobie sprawę z tego, że podjęty w 2001r na mojej osobie eksperyment wprowadzenia kryminalizacji działalności gospodarczej będzie mógł być kontynuowany po zmianie rządzącej ekipy i że w tym zakresie rząd Leszka Millera będzie realizował idee Lecha Kaczyńskiego z lat 2000-2001. Należało oczekiwać, że Leszek Miller jako typowy aparatczyk PRL będzie kontynuował uwłaszczanie urzędów prokuratorskich oraz powszechne stosowanie aresztów tymczasowych. Efektem uzgodnień Marka Wełny z Andrzejem Kauczem dokonanych w lipcu 2001 roku było zwolnienie się prokuratora Marka Wełny z Prokuratury Okręgowej w Krakowie z dniem 1 listopada 2001r i oddanie się do dyspozycji Andrzeja Kaucza, świeżo nominowanego v-ce ministra - Prokuratora Krajowego. Jednak po dwóch tygodniach nastąpiła w atmosferze skandalu dymisja Andrzeja Kaucza i Marek Wełna jak niepyszny musiał wrócić do Prokuratury Okręgowej w Krakowie, gdzie jednak śledztwo w mojej sprawie prowadził już specjalnie w tej sprawie oddelegowany z Prokuratury Rejonowej w Oświęcimiu prokurator Rafał Babiński. Nie przeszkodziło to jednak we wpływach Marka Wełny na moje losy, zwłaszcza że prokurator Rafał Babiński traktował Marka Wełnę jako swojego mistrza, oczekując szybkiego i stałego awansu do Prokuratury Okręgowej. W okresie rządu z premierem Leszkiem Millerem na czele, koncepcja Lecha Kaczyńskiego w zakresie umacniania prokuratury, stosowania wobec przedsiębiorców aresztów tymczasowych i wdrażania kryminalizacji działalności gospodarczej była wdrażana na dużą skalę. Świadczy o tym choćby natychmiastowe odwołanie Barbary Piwnik ze stanowiska Ministra Sprawiedliwości, zaraz po tym jak zaczęła porządki w prokuraturze i zwolniła kilku Prokuratorów Apelacyjnych. Również w tym czasie miała miejsce tzw. sprawa Romana Kluski. Samemu Lechowi Kaczyńskiemu jego koncepcja totalnej walki z coraz liczniejszymi grupami społecznymi dała opinię skutecznego szeryfa i pomogła w zamianie fotela Prezydenta Warszawy na fotel Prezydenta RP. Od 2005r kryminalizacja działalności gospodarczej i powszechne karanie przedsiębiorców bez osądzenia poprzez bezpodstawne stosowanie aresztów tymczasowych zostały przez Ministra Sprawiedliwości Zbigniewa Ziobro realizowane zbyt otwarcie i medialnie, głównie dla osiągnięcia taniej popularności wśród spauperyzowanego społeczeństwa. O ile efektami poufnych rozporządzeń, wytycznych i instrukcji z lat 2000-2001 Lech Kaczyński cynicznie i perfidnie uzyskał społeczne poparcie, to otwarte działania Zbigniewa Ziobro po dwóch latach, w 2007 roku, doprowadziły PiS do klęski wyborczej i utraty władzy.


Natomiast w mojej sprawie działania w 2002r podjął prokurator Rafał Babiński według wzorców Marka Wełny. Nadal przetrzymywał w areszcie „wydobywczym" niewinnych zakładników, zaaresztował kolejnych przedsiębiorców, dewastował kolejne legalnie działające podmioty gospodarcze, w tym głównie Przedsiębiorstwo Produkcyjno Usługowe Niewidomych BRIN Group Sp. z o.o. z siedzibą w Chorzowie. Zdewastowana przez prokuratora Rafała Babińskiego spółka w Chorzowie, działająca legalnie od 1993r, poniosła straty w wysokości ponad 2 mln zł oraz utraciło w niej pracę ponad 100 pracowników, w tym 80 niewidomych.


W efekcie eksperymentu na mojej osobie prokurator Marek Wełna ogłosił credo w Gazecie Krakowskiej z dnia 8.11.2002r w wywiadzie „Złoto z fabryki faktur", opisane szczegółowo w załączniku do niniejszego pisma. Polemika z ogłoszonymi w tym artykule poglądami Marka Wełny ze strony z-cy Prokuratora Okręgowego ze Szczecina Z.Kuligowskiego zakończyła się klęską tego ostatniego (został zdymisjonowany) a Marka Wełnę uznano za skutecznego prokuratora i w jego ręce przekazano śledztwa w sprawie tzw. mafii paliwowej. Nikogo nie interesowało to, że stosowane przez prokuratora Marka Wełnę przestępcze metody śledcze nie mają nic wspólnego ze sprawiedliwością i demokracją. Dokładnie opisuję to w załączniku do niniejszego pisma. Stosowane metody nie prowadzą również do szybkiego sądowego ukarania ewentualnych winnych, gdyż prokuratorskie matactwa skutkują kierowaniem do sądu kilkaset stronicowych niejasnych aktów oskarżenia przeciwko zwykle kilkunastu oskarżonym, wraz z kilkaset tomami zwykle niepotrzebnych akt oraz wytypowaniem kilkaset świadków oskarżenia, zwykle niezorientowanych w sprawie. Nie liczy tu prokurator Marek Wełna na szybkie ukaranie przez sąd rzekomo winnych, gdyż stosowanymi metodami nie jest w stanie udowodnić podejrzanym konkretnej winy, w związku z tym liczy na wieloletnie utknięcie sprawy w sądzie dla uniknięcia przez tego prokuratora kompromitacji i odpowiedzialności za niezgodne z prawem śledztwo. W ten sposób oskarżeni przedsiębiorcy karani są bez osądzenia poprzez włóczenie się latami po sądach z piętnem oskarżonego. Taką właśnie metodę wobec mnie zastosował prokurator Rafał Babiński, naśladowca i uczeń prokuratora Marka Wełny, w wyniku niekompetentnego i niezgodnego z prawem śledztwa.


Prokurator Rafał Babiński aby maksymalnie zagmatwać sprawę skierował do sądów aż dwa akty oskarżenia w tej samej sprawie, które łącznie zawierają ponad tysiąc stron, powołał łącznie 750 świadków oskarżenia oraz załączył do tych aktów oskarżenia łącznie ponad 300 tomów akt sprawy. Takie akty oskarżenia w sprawach podatkowych i gospodarczych rozpatrywane są przez sądy wiele lat. Jeśli oskarżony przedsiębiorca choć trochę zna prawo i nie odda się bezkrytycznie w ręce adwokatów pozorujących obronę, to domagając się rzetelnego udowodnienia przede wszystkim czy przestępstwo miało miejsce, domagając się dowodów materialnych w postaci opinii biegłych sądowych, może po wieloletnim długim procesie doprowadzić do oddalenia prokuratorskich oskarżeń. Wniesiony pierwszy akt oskarżenia w mojej sprawie sygn.akt VI Ds 27/01/s rozpatruje Sąd Rejonowy dla Wrocławia Śródmieście II Wydział Karny jako sprawę sygn.akt II K 1379/02 już od 5 lat i potrwa ona jeszcze według moich przewidywań następne 10 lat, gdyż do tej pory przesłuchano dopiero 20% świadków oskarżenia i jeszcze nie zlecono sporządzenia koniecznych opinii biegłych sądowych, zgodnie z wniesionymi 24 wnioskami dowodowymi. Drugi akt oskarżenia sygn.akt VI Ds 49/02/s, wniesiony jak napisałem celowo dla zagmatwania tej samej sprawy karnej, rozpatrywany jest przez Sąd Okręgowy we Wrocławiu III Wydział Karny pod sygn.akt III K 24/06 i jest on w bardzo wstępnej fazie, choć trwa już dwa lata. Te wniesione w mojej sprawie akty oskarżenia są więc przykładem klasycznego prokuratorskiego matactwa przed sądem i dowodem na to, że prokuratorom z Prokuratury Okręgowej w Krakowie nie zależało na szybkim osądzeniu. Zdawali oni sobie sprawę z tego, że zarówno ja, jak i moi najbliżsi jesteśmy niewinni. Chodziło prokuratorom bezczelnie i cynicznie o to, aby proces ciągnął się wiele lat, abyśmy przez wiele lat włóczyli się po sądach karnych z piętnem oskarżonego. Do tej pory prokuratorzy ci osiągnęli jednak za wniesione do sądów akty oskarżenia, które są ewidentnymi bublami prawnymi, awans do Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie. Dodatkowo dla unikania konfrontacji ze mną autor tych bubli prawnych nie zjawia się na rozprawach zarówno w Sądzie Rejonowym, jak i w Sądzie Okręgowym we Wrocławiu, mimo składanych w tej sprawie do sądu moich wniosków. Świadczy to o lekceważeniu przez oskarżyciela publicznego niezawisłości sądu, stawianiu się ponad prawem, zgodnie z rolą, jaką w społeczeństwie określiły im rozporządzenia Lecha Kaczyńskiego z lat 2000-2001. Takie postawy tych urzędników prokuratury są również wynikiem dewastacji wymiaru sprawiedliwości przez ministra Zbigniewa Ziobro.


W tej sytuacji proszę się nie dziwić, że pisząc ten list używam ostrych słów wobec prokuratora Marka Wełny i jego naśladowcy prokuratora Rafała Babińskiego, prowokując ich wręcz do oskarżenia mnie o poniżenie ich w środowisku prokuratorskim (art.212 kk), albo o naruszenie ich dóbr osobistych (art.216 kk). Z takiej ich reakcji byłbym bardzo zadowolony, gdyż wówczas przed sądem w trybie 3. instancyjnym mógłbym wykazać prawdziwe oblicze i kwalifikacje tych patologicznych urzędników państwowych. Moje oczekiwanie wynika z faktu, że wszystkie moje dotychczasowe zawiadomienia o popełnieniu przestępstw przez prokuratora Marka Wełnę i prokuratora Rafała Babińskiego, kierowane do właściwych urzędów prokuratorskich zostały oddalone przez Sądy Rejonowe, bez merytorycznego wglądu w sprawę. Sądy te wydające w takich sprawach postanowienia jednoosobowo w trybie jednoinstancyjnym, decyzjami Lecha Kaczyńskiego zostały podporządkowane urzędom prokuratorskim i służalczo zobowiązane są do przyklepywania niemal wszystkich prokuratorskich wniosków. Trzeba zaznaczyć, że kodeks postępowania karnego wręcz zobowiązuje pokrzywdzonego do zawiadomienia prokuratury o przestępstwie, o którym dany obywatel posiada wiedzę (art.304 §1 kpk). W moim przypadku to przyklepywanie przez jednoinstancyjne sądy wniosków prokuratury o oddaleniu moich doniesień lub o umorzeniu spraw na ich wstępnym etapie ma wręcz charakter patologiczny, bo dotyczy to wielu spraw wręcz oczywistych i szczegółowo udokumentowanych. Przykładem ewidentnym jest doniesienie o sfałszowaniu dowodu w postaci notatki służbowej z dnia 27.06.2001r - w aktach sprawy sygn.akt II K 1379/02 w tomie 14 karta 309 - sporządzonej przez policjantkę Jolantę Pająk z CBŚ oddz. w Krakowie, działającą wspólnie i w porozumieniu z prokuratorem Markiem Wełną, wówczas pracującym w Prokuraturze Okręgowej w Krakowie. Autorzy tej notatki umieścili w niej tendencyjnie i świadomie informacje, które umożliwiały pomówienie i aresztowanie w charakterze zakładnika mojego niewinnego młodszego syna, a ukryli z całą pewnością znane im z bankowych wykazów wpłat i wypłat gotówkowych na firmowe konto fakty, oczyszczające syna z jakichkolwiek podejrzeń. Takie oczywiste dowody przestępstw śledczych nie są rozpatrywane przez „przyklepujących" prokuratorskie wnioski sędziów, bez należytego wglądu merytorycznego w sprawę. W ten sposób urzędowi terroryści unikają dotychczas odpowiedzialności karnej za swoje przestępcze czyny, tworząc coraz liczniejszą grupę ludzi całkowicie bezkarnych, według wzorców z PRL. Nie tracę jednak nadziei, że w końcu przeprowadzę w tej sprawie, również w kilku innych, wieloinstancyjny rzetelny proces (np. na podstawie art.212 lub art.216 kk) wbrew systemowi wprowadzonemu przez Lecha Kaczyńskiego.


Na zakończenie pragnę opisać pewien incydent, który świadczy o tym, że prokurator Marek Wełna w kwestii zarzucanego mu faktu przyjęcia 2 mln zł łapówki od barona paliwowego Piotra K. ze Sztumu nie jest zbyt czysty. Nie wiem, czy prokurator Marek Wełna wziął tę łapówkę, bo nie było mnie przy tym. Natomiast w tamtym czasie, w sierpniu i wrześniu 2002 roku przetrzymywany byłem w sąsiedniej celi z Piotrem K. w Areszcie Śledczym w Krakowie. Często razem wyprowadzani byliśmy na spacery lub do kantyny, w której ja robiłem zakupy za 200,-zł a on za 1.000,-zł. Piotr K. szczegółowo wypytywał mnie o prokuratora Marka Wełnę, domagając się szczegółowej charakterystyki jego osobowości i jego metod prowadzenia śledztwa. Pamiętam, że wyraziłem swój pogląd iż prokurator Marek Wełna zachowywał się jakby nie interesowało go prowadzone śledztwo. Powodem mogło być to, że żył wówczas głównie budową swojego domu pod Krakowem, o czym Marek Wełna z zapałem rozmawiał z policjantami, jakby oni wykonywali dla niego jakieś roboty. Dlatego istotny jest incydent mający miejsce w dniu zwolnienia Piotra K. z aresztu, na początku października 2002 roku. Otóż Piotr K. zataił wobec nas współosadzonych, że został zwolniony z aresztu przez prokuratora Marka Wełnę. Jest to fakt wyjątkowy i zatajenie przed nami było bezsporne i celowe. Oznajmił nam wychodząc z celi, że zostaje przeniesiony do Aresztu Śledczego w Kielcach, gdyż tam toczą się jakieś sprawy przeciwko niemu. Zatajenie zwolnienia z aresztu jest możliwe przy pomocy funkcjonariuszy więziennych i zwykle na polecenie „z góry". Z tych względów uważam ten incydent za ważny w sprawie i dlatego opisałem go.


Celem mojego listu jest wyprowadzenie Pana Redaktora i licznych czytelników Tygodnika WPROST z błędnej oceny prokuratora Marka Wełny. Nigdy nie był on mężem opatrznościowym walki z mafią paliwową. Powszechne areszty i oskarżanie przedsiębiorców będących dopiero kandydatami na podejrzanych, to jeszcze nie jest wymierzanie sprawiedliwości, a opisana moja sprawa wskazuje, że u podstaw takich urzędniczych zabiegów leży często - a w przypadku prokuratora Marka Wełny z całą pewnością - prymitywny własny interes. Ten czynny urzędowy terrorysta nie może być gloryfikowany w żadnym przypadku. Tego patologicznego realizatora kryminalizacji działalności gospodarczej w Polsce musi dosięgnąć sprawiedliwość. Piszę ten list do Tygodnika WPROST, gdyż moje doświadczenie i wiedza na temat prokuratora Marka Wełny nie są moją prywatną sprawą. Zjawisko niszczenia polskiego biznesu metodami kryminalnymi, wywołujące sprzeciw i rezonans społeczny choćby w przypadku nagłośnionej sprawy Romana Kluski, nie jest znane ogółowi, mimo że jest bardzo groźne dla kondycji naszego kraju. Tragedie poszczególnych przedsiębiorców, ich rodzin i firm „zamiata się pod dywan" lapidarnym stwierdzeniem : sprawę osądzi niezawisły sąd. Matactwa prokuratorskie przed tymi niezawisłymi sądami, znaczone przestępstwami przeciwko wymiarowi sprawiedliwości i innymi wręcz kryminalnymi, popełnianymi przez chronionymi immunitetami i korporacyjną zmową prokuratorów, powodują że składy orzekające w sądach nie mają szans na sprawiedliwe osądzanie. Do zakończenia wieloletnich śledztw i następnie procesów sądowych to prokuratorzy wymierzają oskarżonym dotkliwe kary. Marek Wełna w poczuciu całkowitej bezkarności i asekuracji ze strony krakowskich sądów w mojej sprawie dopuścił się wielu ewidentnych czynów kryminalnych licząc na to, że nikt w systemie stworzonym przez Lecha Kaczyńskiego go nie osądzi.


Pisząc ten list nie szukam pomocy czy oznak współczucia i litości. Wiem, że wyegzekwuję w końcu sprawiedliwość wobec tego urzędowego terrorysty i karierowicza, jakim niewątpliwie jest prokurator Marek Wełna, który według Pana Redaktora jest represjonowany i z tego powodu musi pozostawać jedynie „szeregowym" prokuratorem w Prokuraturze Apelacyjnej w Krakowie. Wcześniej czy później doprowadzę do ukarania Marka Wełny za popełnione przez niego przestępstwa i wprowadzanie terroryzmu urzędniczego. W tych moich dążeniach z pewnością pomocne będzie dla mojej sprawy nawet milczenie i brak reakcji Redakcji Tygodnika WPROST na ten mój list. Dobrze bowiem wiedzieć jakie redakcje jakie realizują misje medialne. W obecnych czasach mam do dyspozycji różne kanały medialne i stanowisko Pana Redaktora może mi sprawę ułatwić. Moja determinacja jest ogromna z powodów opisanych w tym liście oraz w załączniku do niego. Nie godzę się na istniejącą w wymiarze sprawiedliwości patologię i włożę dużo wysiłku by ją nagłośnić. Należy skończyć z haniebnymi praktykami przestępców i urzędowych terrorystów typu prokurator Marek Wełna, chronionych przez zdewastowane sądy. Dopiero wówczas tak naprawdę znajdziemy się w nowoczesnej Europie.

Leszek Szlachcic


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

Kto sprzyjał mafii paliwowej - Szczecin

czwartek, 25 grudnia 2008 23:38

Kto sprzyjał mafii paliwowej

Opublikowano: 10 października, 2005
      Ujawnione przez "Głos" kulisy szczecińskiego wątku działalności mafii paliwowej wywołały spore zainteresowanie Centralnego Biura Śledczego i prokuratury, ale też oburzenie jednego z podejrzanych - Jerzego K., aresztowanego prezesa firmy Ship Service ze Szczecina.

     Zaniepokoiły się także władze koncernu PKN Orlen, którego niejasną rolę w kulisach władzy Jerzego K. w Ship Service wyjaśnia obecnie krakowska Prokuratura Apelacyjna. Wadliwe akty prawne, niejasne transakcje handlowe, gigantyczne łapówki i pisane pod zamówienie rozporządzenia ministrów - to materiał dowodowy już zebrany w tym śledztwie.

     Parasol ochronny nad Szczecinem

     Przypomnijmy, że pod zarzutem przyjęcia 2,5 mln zł łapówki od mafii paliwowej, oficerowie Centralnego Biura Śledczego zatrzymali w połowie września naczelnika III Urzędu Skarbowego w Szczecinie Jarosława J. oraz doradcę podatkowego Stanisława B., związanego z firmami Trans-Sad i BGM - imperium paliwowym Arkadiusza G.

     Wcześniej aresztowano dwóch byłych funkcjonariuszy SB, którzy pośredniczyli w przekazaniu 2,4 mln zł łapówki dla policjantów, by ci zamienili tajne dokumenty znajdujące się w aktach śledztwa paliwowego. Pieniądze miał wyłożyć Jan B. ze Szczecina - wspólnik Arkadiusza G. Prokuratura krakowska wydała też nakaz aresztowania Jerzego K. - prezesa szczecińskiej spółki Ship Service, podejrzanego o działalność na szkodę PKN Orlen oraz wyłudzenie gigantycznego kredytu.

     Kontrolujący firmy paliwowe inspektorzy skarbowi przekonują jednak, że to przede wszystkim państwo - a nie skorumpowani urzędnicy i funkcjonariusze - roztoczyło nad mafią paliwową parasol ochronny.

      Świadczyć ma o tym rozporządzenie z dn. 22 grudnia 2000 roku w sprawie podatku akcyzowego, w którym ówczesny minister finansów Jerzy Bauc zarządził:
"W okresie do dnia 31 grudnia 2001 r. zwalnia się od podatku akcyzowego sprzedaż oleju napędowego i opałowego, dokonywaną przez producenta tego paliwa na zamówienie:
a) Polskiego Koncernu Naftowego "Orlen" S.A.
b) BGM Petrotrade Poland sp. z o.o., (firma Arkadiusza G. - przyp. red.)
c) Przedsiębiorstwa Usług Morskich "Ship-Service" S.A. (gdzie prezesem był Jerzy K. - przyp. red),
d) Porta Baltic Service S.A. (mniejszościowy akcjonariusz Ship Service-przyp. red.)

      Przeciwko wprowadzonym przez ministra niezrozumiałym ulgom pogrążającym konkurencję protestowała czwarta z wymienionych w rozporządzeniu firm.
- Wpisano nas dla zamydlenia oczu. Nasz protest poparł sam minister transportu, który głośno mówił, że to bezprawie. Nikt go nie słuchał, a ustawione na zamówienie przepisy obowiązywały przez cały rok - mówi proszący o anonimowość akcjonariusz Porta Baltic Service S.A (istotne zapisy z tego rozporządzenia, jeszcze przed opublikowaniem znaleziono w komputerze firmy BGM Arkadiusza G.).
- Rozporządzenie jest przed miotem naszego zainteresowania w legislacyjnym wątku śledztwa dotyczącym mafii paliwowej - mówi prokurator Marek Wełna z Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie.
Z ustaleń śledztwa wynika, że nie był to pierwszy ukłon państwa w stronę paliwowych baronów. Pierwsze wadliwe akty prawne pojawiły się już w 1996 roku - dodaje prokurator Wełna.

     O co chodzi w Ship Service

     Jednym ze szczecińskich wątków śledztwa paliwowego stała się - po naszej publikacji - sprzedaż koncernowi PKN Orlen 6000 akcji na okaziciela od spółki Brends należącej do Jerzego K.. Do transakcji, która dała Orlenowi 60 procent udziałów w Ship Service, doszło 19 lutego 2002 roku. Mniejszościowy akcjonariusz Ship Sernice - Porta Baltic zawiadomił niedawno prokuraturę o podejrzeniu popełnienia przestępstwa - udowadnia, że operacja ta była nie tylko sprzeczna ze statutem spółki, ale że akcje Jerzego K. były zajęte na mocy orzeczenia sądowego, a ich sprzedaż Orlenowi była nielegalna - zmierzała tylko do ucieczki spod egzekucji roszczeń zarządzonej przez sąd.

      Akcjonariusze Porta Baltic zaalarmowali prokuraturę, że poprzednie władze Orlenu podpisały z Jerzym K. zadziwiające porozumienie, w którym - jak twierdzą - zagwarantowano mu szereg uprawnień korporacyjnych kosztem nawet PKN Orlen (m.in. decydujący wpływ na obsadę zarządu i rady nadzorczej Ship Service).
"Troska o dobro Jerzego K, jaką wykazali członkowie zarządu PKN Orlen zadziwia i wymaga dogłębnego wyjaśnienia rzeczywistych motywów. Treść podpisanego z nim porozumienia budzi podejrzenie, że członkowie PKN Orlen mieli świadomość kłopotów Jerzego K. z wierzycielami (...) Obecne władze koncernu nie tylko nie naprawiają błędnej i szkodliwej decyzji poprzedników, ale nadal wspierają poczynania Jerzego K., które zmierzały do wyprowadzania pieniędzy z Ship Service S.A. Więcej - kierując się posłuszeństwem wobec Jerzego K. członkowie aktualnego zarządu PKN Orlen wykonują jego polecenia słane z aresztu śledczego i powołują do rady nadzorczej i zarządu spółki osoby przez niego wskazane" -donoszą akcjonariusze. 

      Jerzy K. zaprzecza

      Aresztowany 1 czerwca Jerzy K. w liście nadesłanym z celi przy ul. Kaszubskiej do redakcji "Głosu" wszystkiemu zaprzecza: "Nieprawdą jest, że faktyczną władzę w Ship Service Orlen miał przypisać jej prezesowi Jerzemu K. Nieprawdą jest, że Orlen pozbawił się tym samym wszelkich uprawnień wynikających z pakietu większościowego. Nieprawdą jest, że głos przebywającego w areszcie śledczym Jerzego K., pomimo zawieszenia go w funkcji prezesa wciąż jest decydujący (w radzie nadzorczej obsadził kilka dni temu swojego brata" czytamy w liście z aresztu.

       Dotychczasowy prezes firmy bunkierskiej Ship Service zaprzecza nawet temu, jakoby jego działalność jest przedmiotem zainteresowania śledczych z Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie, którzy demaskują mafię paliwową w Polsce - także tę ze Szczecina (taką informację podaliśmy w "Głosie" w połowie września). Nasze ustalenia potwierdza jednak prokurator Marcin Kowalski z Prokuratury Okręgowej w Szczecinie: - Śledztwo dotyczące Ship Service i działalności prezesa Jerzego K. prowadzi krakowska prokuratura. Ja zostałem do tej sprawy oddelegowany.

      Orlen wycofuje poparcie

      Władze Orlenu są zaniepokojone zainteresowaniem mediów i prokuratury spółką Ship Service. Członek zarządu PKN Orlen Dariusz Witkowski przyznaje, że podpisując z Jerzym K. porozumienie z 2002 roku, pomimo posiadania większościowych udziałów (60 proc), koncern zrzekł się wpływu na zarządzanie spółką Ship Service, w tym również - na powoływanie prezesa zarządu (był nim "z klucza" Jerzy K.)
- Obecnie koncern nie posiada kontroli operacyjnej nad spółką, adekwatnej do wysokości zaangażowania kapitałowego. Motywy podpisania takiej umowy przez ówczesne władze koncernu nie są dla nas w chwili obecnej jasne - zaznacza Dariusz Witkowski.
Wiceprezes PKN Orlen dodaje, że w Ship Service trwają obecnie liczne kontrole, a po zakończeniu analiz prawnych PKN Orlen podejmie kroki prawne, łącznie ze skierowaniem spraw na drogę postępowań sądowych.
- W maju zarząd koncernu podjął decyzję o zamiarze wycofania zaangażowania kapitałowego z spółki Ship Service. Wyznaczeni doradcy prawni i finansowi pracują nad realizacją tej niełatwej -ze względu na historycznie zagmatwany stan prawny - transakcji - podkreśla Dariusz Witkowski. 

       Autor: Ewa Ornacka

Ale został uniewinniony

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Są zarzuty wobec byłego kierownictwa Orlenu

środa, 24 grudnia 2008 13:33
Są zarzuty wobec byłego kierownictwa Orlenu .

W ramach śledztwa prowadzonego przez ABW płocka Prokuratura Okręgowa przedstawiła zarzuty nadużycia uprawnień i niedopełnienia obowiązków byłemu wiceprezesowi PKN Orlen Sławomirowi G. oraz byłemu dyrektorowi biura eksploatacji tej spółki Andrzejowi W. Jak poinformowała w środowym komunikacie ABW, zarzucane wobec obu podejrzanych czyny mogły narazić Skarb Państwa na straty w wysokości ponad 4 mln zł.

Chodzi o śledztwo dotyczące umowy na opracowanie i wdrożenie systemu do uszczelnienia procedur związanych z pobieraniem paliw z baz wydawczych i ich dostawy na stacje PKN Orlen w okresie od sierpnia 2002 do sierpnia 2004 r.
- Wobec obu podejrzanych, którym przedstawiono zarzuty, zastosowano poręczenie majątkowe. Akta śledztwa liczą ponad 20 tomów - powiedziała rzecznik płockiej Prokuratury Okręgowej Iwona Śmigielska Kowalska.

W przypadku Sławomira G. zarzuty dotyczą podpisania umowy na dostawę systemu bez ekonomicznego uzasadnienia i bez uzyskania wymaganej przez statut PKN Orlen stosownej uchwały zarządu spółki, a w przypadku Andrzeja W. - niesporządzenia i nieprzedłożenia prawidłowo udokumentowanego wniosku rekomendującego wybór dostawcy systemu. Obaj nie nadzorowali w sposób właściwy funkcjonowania zakupionego sytemu.

Śledztwo w tej sprawie wszczęto w połowie 2006 r. po zawiadomieniu złożonym przez kolejny zarząd PKN Orlen - kierowany wówczas przez Igora Chalupca, który był prezesem spółki od października 2004 do stycznia 2007 r. Po uzyskaniu opinii biegłego postępowanie umorzono w grudniu 2007 r. Zażalenie na tę decyzję w styczniu 2008 r. złożył PKN Orlen, a miesiąc później wniosek ten uwzględnił sąd, uchylając umorzenie śledztwa. Sprawą ponownie zajęli się śledczy, powołując m.in. nowego biegłego.

Sławomir G. był wiceprezesem PKN Orlen od lutego 2002 do listopada 2004 r., odpowiadającym za sprawy finansowe spółki. Zasiadał w zarządzie kierowanym wtedy przez Zbigniewa Wróbla.
PAP, PKo/12:03
http://wiadomosci.onet.pl/1886612,11,item.html

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Adwokat trafił do celi, bo sędzia pomyliła sprawy

niedziela, 21 grudnia 2008 18:05

Włodzimierz Sawicki, znany zielonogórski adwokat spędził w areszcie ponad 40 dni. - Sędzia, która decydowała o areszcie, pomyliła moją sprawę z inną - uważa adwokat i żąda 200 tys. zł odszkodowania

Zobacz powiekszenie
Fot. Agnieszka Kosiec / AG - Najprawdopodobniej siedziałem w celi zamiast kogoś innego - mówi adwokat Włodzimierz Sawicki   27 listopada ub. r. CBŚ zatrzymało dwóch zielonogórskich adwokatów: Włodzimierza Sawickiego i Piotra Ż. Ten drugi był wcześniej zastępcą szefa zielonogórskiej Prokuratury Rejonowej, Sawicki to w Zielonej Górze uznana firma, adwokat z wieloletnim doświadczeniem, bronił w kilku głośnych sprawach. Ostatnio m.in. dyrektora jednego ze szpitali i męża byłej prezydent miasta.

W uzasadnieniu było inne nazwisko

Katowicka Prokuratura Apelacyjna postawiła Sawickiemu zarzuty płatnej protekcji w jednym z wątków afery paliwowej. Według ustaleń śledczych, adwokat, powołując się na swoje wpływy w instytucji państwowej, obiecywał pośredniczyć w załatwieniu uchylenia aresztu w trzech sprawach. Pierwsza dotyczyła okresu od marca do czerwca 2004 r. Mecenas za załatwienie zwolnienia z zielonogórskiego aresztu dla Mariusza Ch. miał żądać 200 tys. zł. Kilka miesięcy później w Krakowie za zwolnienie Tomasza R. chciał 300 tys. zł. Trzecia sprawa miała miejsce w Gdańsku w drugiej połowie 2004 r. Tu obietnica wyjścia z aresztu miała kosztować Andrzeja H. 50 tys. zł. Sawicki faktycznie prowadził te sprawy, ale nie przyznaje się do zarzutów.- Jakim cudem mam mieć wejścia w sądach czy prokuraturach w całej Polsce - zastanawia się adwokat. Mimo takich wątpliwości 29 listopada Sąd Rejonowy w Katowicach aresztował go na dwa miesiące. Pod postanowieniem podpisała się sędzia Monika Matuszewska. Prawnik dopiero w celi przeczytał uzasadnienie. To - jak twierdzi - aż roiło się od błędów. Matuszewska wymienia zupełnie inne nazwisko, inne okoliczności sprawy, nawet sygnatura akt jest błędna. Według niej za zastosowaniem aresztu przemawia m.in. to, że "podczas przesłuchania w charakterze podejrzanego Robert M. nie przyznał się do stawianych mu zarzutów i odmówił składania wyjaśnień"

- Po pierwsze nazywam się inaczej, poza tym wyjaśnienia składałem - odpowiada Sawicki. Kolejnym powodem aresztowania miała być wysoka kara, jaka groziła mecenasowi. Matuszewska pisze, że ponieważ grozi mu ponad 8 lat więzienia, istnieje obawa, że będzie utrudniał śledztwo. Tymczasem kodeks karny za płatną protekcję przewiduje karę tylko do ośmiu lat więzienia. Nie zgadza się również to, że jak pisze sędzia, Sawicki już jest aresztowany i przebywa w celi w Katowicach. Adwokat twierdzi, że w jego sprawie nie występuje również świadek koronny, tymczasem w uzasadnieniu czytamy, że to właśnie jego zeznania obciążają Sawickiego.

Pierwszy efekt pomyłek jest taki, że adwokata nie przyjęto do aresztu z powodu błędnej sygnatury. Następnego dnia Sąd Rejonowy, ale już nie sędzia Matuszewska, prostuje błąd i nazywa to oczywistą omyłką pisarską. Sawicki z aresztu sam pisze zażalenie, w którym wytyka inne błędy. Matuszewska odpowiada, że inne nazwisko to kolejna oczywista omyłka pisarska. Nie koryguje jednak pozostałych błędów. Sprawa trafia do Sądu Okręgowego. Sawicki spędza święta w celi. 10 stycznia Sąd Okręgowy uchyla mu areszt. Nie odnosi się jednak do pomyłek Sądu Rejonowego. - Rozpatrywał sprawę tylko merytorycznie i uznał, że nie ma dużego prawdopodobieństwa, że popełniłem przestępstwo - twierdzi Sawicki.

W celi przywitali mnie słowami "witaj w piekle"

Według adwokata to pomyłka Matuszewskiej spowodowała, że siedział w areszcie. - W celi przywitali słowami "Witaj w piekle". Spędziłem tam ponad 40 dni tylko dlatego, że ona pomyliła sprawy. Można powiedzieć, że siedziałem za kogoś innego. Dowodem na to jest decyzja Sądu Okręgowego, który nie znalazł żadnych powodów do aresztu. Dowody w mojej sprawie są słabe, gdyby tak nie było, sąd wyznaczyłby chociaż kaucję. - uważa Sawicki

Podobnie wypowiadają się prawnicy, z którymi rozmawiała "Gazeta" - Nie znam akt sprawy, ale wygląda na to, że sąd I instancji popełnił ewidentny błąd. Sąd Okręgowy uchylając areszt uznał, że w ogóle nie ma prawdopodobieństwa popełnienia przestępstwa. To druzgocąca ocena - komentuje jeden z sędziów Sądu Okręgowego w Zielonej Górze.

W sądzie nie wiedzą, co zrobić z Sawickim

W katowickim sądzie nie wiedzą, co zrobić ze sprawą Sawickiego. Mimo że minęły już trzy tygodnie, nie ma jeszcze uzasadnienia do uchylenia aresztu. - Sprawdzamy akta, ale wygląda na to, że sąd popełnił błąd. Na razie mogę powiedzieć, że adwokat może napisać skargę - mówi sędzia Teresa Truchlińska, rzecznik prasowy Sądu Okręgowego w Katowicach.

Tymczasem Sawicki nie zamierza odpuścić. Oprócz skargi chce złożyć doniesienie o popełnieniu przestępstwa przez Matuszewską. Żąda również odszkodowania. Wystąpił już z przedsądowym wezwaniem do zapłaty 200 tys. zł. - To nieudolny sędzia, nie powinien sądzić - uważa adwokat

Krzysztof Kołodziejczyk
2007-01-28, ostatnia aktualizacja 2007-01-29 00:00
http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,53600,3881419.html?nltxx=856991&nltdt=2007-01-29-09-

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Wełna: byłem pod stałym nadzorem - zagadka rezygnacji

sobota, 29 listopada 2008 21:35
amk , pmaj 29-11-2008, ostatnia aktualizacja 29-11-2008 16:03

Były naciski na śledczych w sprawie mafii paliwowej - twierdzi krakowski prokurator Marek Wełna w zeznaniach, które złożył w płockiej prokuraturze. Powiedział,że był pod stałym nadzorem Zbigniewa Ziobry, Janusza Kaczmarka i Bogdana Święczkowskiego.

Prokurator Marek Wełna. autor zdjęcia: Piotr Guzik źródło: Fotorzepa Prokurator Marek Wełna.

Wełna może zostać świadkiem sejmowej komisji śledczej do sprawy nacisków.

Rezygnacja Wełny, tropiciela mafii paliwowej z kierowania specjalnym zespołem prokuratorów była zagadką. Jego zeznania rzucają na to wydarzenie nowe światło.

Według Wełny zainteresowanie prokuratorów koncentrowało się wątkach, w których pojawiały się nazwiska polityków lewicy - Jacka Piechoty i Małgorzaty Ostrowskiej, a także nazwisko Sławomira Millera - przyrodniego brata byłego premiera Leszka Millera. Wełna - według doniesień mediów - opisuje zdarzenie z 28 lutego 2006 roku, kiedy to Święczkowski naciskał na niego, by postawił zarzuty Jackowi Piechocie oraz Sławomirowi Millerowi.

Ziobro zaprzeczył jakoby miały miejsce naciski na Wełnę w sprawie postawienia zarzutów Jackowi Piechocie i Sławomirowi Millerowi. Przyznał jednak, że oczekiwał od Wełny, by przyspieszył pracę nad śledztwem dotyczącym mafii paliwowej.

Były minister sprawiedliwości podkreślił, że chciał, aby Wełna albo jeśli były do tego podstawy, kierował sprawy do sądu, albo jeśli takich podstaw nie było, umarzał je. Ziobro zaznaczył, że działał w interesie publicznym, bo osoby, wokół których toczyły się postępowania prokuratorskie, też chciały jak najszybciej oczyścić się z zarzutów.

TVN24
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Grzegorz Ślak – wytrawny naftowiec w potyczkach z prokuraturą

sobota, 13 września 2008 22:22

Grzegorz Ślak – wytrawny naftowiec w potyczkach z prokuraturą

 

Przykład I

 

Ślak znów ma kłopoty

Puls Biznesu - 12-09-2008 04:51Grzegorz Ślak, były prezes orlenowskiej Rafinerii Trzebinia, giełdowego Skotanu, a do niedawna klubu piłkarskiego Polonia, znów ma kłopot.Doniesienie do prokuratury na byłego szefa złożył Biocol, a sąd oddalił zarzuty wysuwane wobec niego przez Rafinerię Trzebinia - informuje "Puls Biznesu".

Zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa do chorzowskiej prokuratury rejonowej złożyła przeciw niemu spółka Biocol, której szefował na przełomie lat 2007 i 2008.

— Wskutek błędów w zarządzaniu pan Ślak naraził spółkę na straty finansowe. Będziemy od niego żądać naprawienia szkód — stwierdził Tomasz Formela, obecny prezes Biocolu.

Złożenie zawiadomienia potwierdziła chorzowska prokuratura.

Co na to sam zainteresowany?

— Po pierwsze, nie odpowiadam za konflikt między akcjonariuszami Biocolu. Po drugie, jeśli potwierdzi się sformułowanie przeciw mnie takich oszczerczych opinii, to wystąpię do sadu z oskarżeniem prywatnym o ochronę dóbr osobistych — ripostuje Grzegorz Ślak.

Jaki konflikt akcjonariuszy ma na myśli? Tego nie ujawnia.

To niejedyna sprawa, z którą boryka się prezes Ślak. Od ponad dwóch lat w krakowskiej prokuraturze toczy się przeciw niemu śledztwo w sprawie rzekomego uszczuplenia należności podatkowej o gigantyczną kwotę 764 mln zł. Miało do tego dojść w latach 2002-04, a więc w okresie, kiedy stał na czele Rafinerii Trzebinia. Dotąd jednak ani nie umorzono sprawy, ani nie sformułowano aktu oskarżenia. Na początku maja w rozmowie z "PB" prokurator Łukasz Gramza sugerował, że decyzja może zapaść w ciągu trzech miesięcy. Tak się jednak nie stało.

Miesiąc temu prokurator Marek Wełna z biura ds. przestępczości zorganizowanej prokuratury krajowej twierdził, że w ciągu najbliższych dni prokuratura uzupełni i zmieni zarzuty dotyczące udziału Grzegorza Ślaka w nielegalnym obrocie paliwami. Nadal ich jednak nie sformułowano, a prokurator Wełna tłumaczy zwłokę m.in. koniecznością prze- prowadzenia dodatkowych czynności.

Tymczasem Grzegorz Ślak wygrał kolejną potyczkę biznesowo-sądową. Sąd w Katowicach oddalił apelację Rafinerii Trzebinia w wytoczonej mu sprawie.

— Rafineria zarzucała mojemu klientowi naruszenie ochrony tajemnic spółki, w tym m.in. kopiowanie składu chemicznego biopaliw w czasie gdy po opuszczeniu Trzebini kierował Skotanem. Sugerowano też, że w wywiadach prasowych ujawnił tajemnice handlowe orlenowskiej spółki. Sąd nie podzielił tego stanowiska — podkreśla mecenas Andrzej Przewrocki, pełnomocnik Grzegorza Ślaka.
 Przykład

 

Były prezes Rafinerii Trzebinia i Skotanu oskarża prokuratora

 

 

Puls Biznesu - 08-05-2008 05:22

 

Został oskarżony o potężne zaległości podatkowe. Minęły trzy lata, a aktu oskarżenia nie ma. Gorzej niż u Romana Kluski - pisze "Puls Biznesu".Jest poranek 29 czerwca 2006 r. Grzegorz Ślak, zdolny menedżer związany z sektorem biopaliwowym, zostaje o 6.00 rano zatrzymany przez Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Trafia na przesłuchanie do Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie, która stawia mu zarzut uszczuplenia należności podatkowej o gigantyczną kwotę 764 mln zł.

Miało do tego dojść w latach 2002-04, a więc w okresie, kiedy szefował orlenowską Rafinerią Trzebinia. W konsekwencji Grzegorz Ślak na 30 dni traci wolność. Traci też prezesurę giełdowego Skotanu, ale przede wszystkim dobre imię w świecie polskiego biznesu. Być może bez żadnego powodu.

Postępowanie dowodowe w tej sprawie trwa trzy lata. Prokuratura do dziś nie znalazła wystarczających dowodów, by sformułować przeciwko niemu akt oskarżenia. Prezes Ślak jest zdesperowany.

- Chciałbym, aby takie sytuacje już nigdy nie spotykały menedżerów, którzy chcą faktycznie coś zrobić w przedsiębiorstwach z udziałem skarbu państwa. Dlatego postaram się, by osoby, które naruszyły prawo przy stawianiu mi zarzutów, poniosły odpowiedzialność. Rozważam złożenie doniesienia do prokuratury przeciwko prokuratorowi prowadzącemu sprawę. Nie może być tak, że w kraju w środku Europy można człowieka pozbawić wolności i oczerniać go w oczach opinii publicznej. I to tylko dlatego, że jest to w interesie politycznym władzy wykonawczej - zaznacza.

Gdy Grzegorz Ślak wyszedł w 2006 r. z aresztu (za kilkusettysięczną kaucją i zakazem opuszczania kraju), postanowił działać i bronić swojego dobrego imienia.

- Zleciłem ekspertyzy prawne, które miały wykazać, czy można było postawić mi zarzuty w sytuacji, gdy żaden organ podatkowy uszczuplenia nie stwierdził, a ponadto istniała wiążąca interpretacja podatkowa. Ta z mocy prawa wyłącza odpowiedzialność karną. Ekspertyzy wykazały jednoznacznie, że zarzutów takich nie można było postawić. Nastąpiło więc naruszenie prawa - podkreśla Grzegorz Ślak.

Co więcej - jak przypomina pionier polskich biopaliw - Rafineria Trzebinia dotąd nie zapłaciła ani grosza kary z tytułu nieprawidłowego naliczania podatku akcyzowego za lata 2002-04. Część kontroli (za 2002 r.) już zakończono i nie potwierdzono informacji o uszczupleniu. Przypomnijmy jednak, że trwa jeszcze kontrola za 2003 r. i za styczeń-kwiecień 2004 r.

Grzegorz Ślak nie chce jednak, by porównywano go z głośnym przypadkiem Romana Kluski, byłego właściciela nowosądeckiego Optimusa.

- Między obiema sprawami istnieje kilka poważnych różnic: Tam była decyzja organu skarbowego pierwszej instancji i organy ścigania znały przynajmniej orientacyjną kwotę rzekomych roszczeń skarbowych. W moim przypadku takiej decyzji nie było i tylko prokurator wie, skąd wzięła się taka kwota uszczuplenia. Działałem na podstawie wiążących opinii instytutów i organów skarbowych - podkreśla Grzegorz Ślak.

Łukasz Gramza, prowadzący sprawę w krakowskiej Prokuraturze Apelacyjnej, broni swoich racji. Twierdzi, że zgromadzony materiał pozwalał na postawienie zarzutów. Oparte one były na wiarygodnych informacjach od organów skarbowych i przesłuchaniach świadków. Zaznacza także, że decyzji o uszczupleniu podatkowym za 2002 r. nie ma tylko dlatego, że urząd skarbowy stwierdził, że trudno będzie udowodnić, że obowiązki fiskalne na pewno zostały złamane. Przyznaje jednak, że w związku z zakończeniem kontroli za 2002 r. i brakiem stwierdzenia uszczuplenia pierwotna kwota roszczeń może zostać pomniejszona.

Prokurator podkreśla też, że obecnie główną kość niezgody stanowi sprawa tzw. wiążącej interpretacji podatkowej, na którą powołuje się Grzegorz Ślak.

- Naszym zdaniem, została ona przygotowana na podstawie nierzetelnych danych. Urząd skarbowy, który interpretację wydawał, został wprowadzony w błąd po to, by wydać dokument korzystny dla podatnika. Jeśli nie postawimy aktu oskarżenia, przyznam się do błędu. Postępowanie jeszcze się nie zakończyło - mówi Łukasz Gramza


Podziel się
oceń
0
1

komentarze (12) | dodaj komentarz

Generalska kariera Mieczysława K.

sobota, 16 sierpnia 2008 22:08

Wszyscy ludzie generała

 

Piątek, 20 maja 2005r.
Podczas zatrzymania generała Mieczysław K., byłego komendanta wojewódzkiego policji w Katowicach, w jego domu w podczęstochowskich Izbiskach, znaleziono materiały policyjne z okresu, gdy był on komendantem wojewódzkim policji w Częstochowie i w Katowicach, ale także kilka dokumentów z 2003 roku, gdy był już na emeryturze – dowiedzieliśmy się nieoficjalnie. Jak generał wszedł w posiadanie tych materiałów?
Generał K. odchodząc na emeryturę wziął na pamiątkę skarbonkę w kształcie policjanta... Fot. A. Grugiel
– Nie potwierdzam i nie zaprzeczam tej informacji – mówi Włodzimierz Krzywicki, rzecznik Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie. – O wszystkim oficjalnie poinformujemy na poniedziałkowej konferencji prasowej.
W tej chwili specjalna grupa analizuje wszystkie materiały znalezione w domu generała. Niektóre z nich to oryginały, inne są kserokopiami. Z kilkuset stron prawie połowa dotyczy spraw paliwowych; są jednak i takie, które są związane ze sprawami kilku śląskich biznesmenów. Właśnie te pochodzą z 2003 roku. W praktyce oznacza to, że generał, będąc już na emeryturze, miał w komendzie swoich ludzi, którzy dostarczali mu wskazane materiały.
Z pozyskaniem materiałów nie miał prawdopodobnie problemów, bo odchodząc na emeryturę zostawił w policji kilkanaście (albo i kilkadziesiąt) osób na najważniejszych stanowiskach, które zawdzięczały mu wysokie stanowiska i sowite apanaże.
Po co generałowi K. potrzebne były te materiały? Czy pomagał śląskim przedsiębiorcom którzy czuli się zagrożeni?
Otrzymaliśmy list z poważnymi zarzutami dotyczącymi wysokich funkcjonariuszy CBŚ
Do DZ trafił list z sensacyjnymi informacjami na temat związków aresztowanego gen. Mieczysława K. z funkcjonariuszami sprawującymi wysokie funkcje w Centralnym Biurze Śledczym i Śląskiej Komendzie Wojewódzkiej. Czy to zemsta osób, którym generał i jego pupile nadepnęli na odcisk?
Autorzy listu wskazują na dwuznaczne powiązania generała z Dariuszem Atłasikiem, kierownikiem sekcji do zwalczania przestępstw gospodarczych w KWP w Katowicach, Robertem Lipke szefem częstochowskiego oddziału Centralnego Biura Śledczego oraz z zastępcą dyrektora CBŚ w Warszawie Dariuszem Woźnickim. Wszyscy oni współpracowali z K. jeszcze za czasów jego pracy w komendzie częstochowskiej. To on sprowadził ich do Katowic. Dwaj ostatni stworzyli w Katowicach pierwszy w kraju wydział do walki z korupcją. Jego funkcjonariusze mają świetne wyniki.
Według autorów listu przy ich współpracy K. miał rzekomo doprowadzić do podpisania umowy na dostawę paliwa do komend z Techmetem. Szefowie tej częstochowskiej spółki odpowiadają przed sądem za wyłudzenia i oszustwa. Gdy afera wyszła na jaw, owi opisywani w liście do DZ funkcjonariusze mieli rzekomo pomóc generałowi w wyciszeniu sprawy?
Osoby, którym autorzy listu zarzucają współpracę z byłym szefem śląskiego garnizonu, twierdzą że to bzdury.
– To pisał ktoś, kto dobrze zna przebieg mojej służby. W powszechnie znane fakty wplątał nieprawdziwe informacje – mówi Dariusz Atłasik, kierownik sekcji PG w KWP.
W liście są także nazwiska innych policjantów. Gen. Kazimierz Szwajcowski, szef garnizonu, po zapoznaniu się z treścią listu odmówił komentarza w tej sprawie. Stwierdził, że dotyczy on emerytów oraz osób, które już w komendzie nie pracują.
W imieniu Lipkego i Woźnickiego wypowiedział się nadkomisarz Zbigniew Matwiej, rzecznik CBŚ: – Szef CBŚ dobiera sobie podwładnych autorytatywnie, kierując się doświadczeniem zawodowym i wcześniejszymi osiągnięciami oficerów. Jak na razie nie ma żadnych podstaw, by weryfikować swoją opinię na temat pracy tych osób.

Wykluczony generał
  
Zatrzymanie gen. Mieczysława K. przez Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego zszokowało nie tylko jego byłych podwładnych ze śląskiego garnizonu. To w końcu pierwszy generał policji, który znalazł się za kratkami!
W dodatku jest oskarżony o korupcję i sprzedaż tajnych informacji mafii. To ostatnie sprowadziło ogromne niebezpieczeństwo na policjantów z grupy zwalczającej przestępczość paliwową i ich najbliższych.
Przed tygodniem, w czwartek wieczorem dwaj funkcjonariusze ABW weszli do domu K. w podczęstochowskich Izbiskach. Pijany generał stawiał opór. Zdołał przeładować broń i wymierzyć w oficera. Ten rzucił się na K. i zdążył go obezwładnić. Świadkiem zatrzymania i przeszukania domu była Marlena Kluk, córka K., sędzia z Częstochowy.
Byłego śląskiego komendanta policji przewieziono do Krakowa, gdzie został przesłuchany. Nie przyznał się do stawianych mu zarzutów, ale chętnie odpowiada na pytania. A zarzutów jest sporo: ujawnienie tajemnicy państwowej i służbowej, korupcja i zmuszanie funkcjonariuszy do zaniechania czynności służbowych. Grozi mu za to 12 lat więzienia. Póki co za kratkami pozostanie do końca czerwca. Jest to przewidywany termin zakończenia w prokuraturze śledztwa w sprawie mafii paliwowej, z którą, jak się podejrzewa, generał miał się kontaktować. Jaki będzie dalszy los generała? Wszystko w rękach sądu.
DZ już od soboty informował nie tylko o szczegółach zatrzymania generała, ale o kolejnych ujawnianych aferalnych wątkach z życia K. i jego otoczenia. Przypomnieliśmy m.in. sprawę Techmetu, częstochowskiej firmy handlującej paliwami. Jej właściciel Jarosław M. wygrał przetarg na dostawę paliw dla śląskiego garnizonu. Niedługo potem postawiono mu poważne zarzuty.
W czasie, kiedy współpracował z KWP, zaciągał wielomilionowe kredyty i podpisywał umowy leasingowe. Zobowiązań nie spłacał. Chodzi o 39 mln zł. Techmet kontrakt z policją stracił w 2001 roku. Komendant główny przeprowadził wówczas z K. rozmowę dyscyplinującą. Zarzucił mu brak nadzoru nad logistyką.
Kolejna afera z udziałem gen. K., którą przypomnieliśmy czytelnikom, to umowa na zakup gazu do radiowozów. W kwietniu 2000 roku podpisały ją ze spółką Paka Gaz trzy komendy rejonowe (w Sosnowcu, Katowicach i Mysłowicach). Wcześniej K. podpisał z tą firmą zgodę na przyjęcie darowizny.
Paka Gaz za darmo zainstalowała w 113 radiowozach instalacje gazowe. Postawiła jednak warunek – gaz do tych aut miał być kupowany w tej spółce. Policja płaciła za niego o 30-40 groszy więcej na litrze niż inni klienci. Umowę zerwał dopiero następca K. – gen. Eugeniusz Szczerbak.
Kontakty generała z baronami mafii paliwowej światło dzienne ujrzały w 2002 roku, kiedy oficerowie CBŚ rozpracowali szczecińską firmę BGM. Zajmowała się obrotem paliwami. W teczce właściciela spółki Jana B. znaleziono m.in. decyzje Marka Biernackiego, ówczesnego ministra spraw wewnętrznych oraz Jana Michny, komendanta głównego policji, o powołaniu do życia w CBŚ specjalnej grupy do walki z gangami paliwowymi. Miał mu je przekazać K. Na faksach był numer KWP.
W mediach pojawiły się spekulacje o tym, że K. ma szansę zostać świadkiem koronnym. Pytanie tylko, na ile można mu wierzyć? Podczas przeszukania domu generała ABW znalazła kserokopie tajnych dokumentów oraz osobiste notatki K. W nich zaś to o czym mówił od 2002 roku, kiedy zaczęło się wokół niego robić gorąco. Z owych notatek wynika, że jego kontakty z mafią paliwową odbywały się na polecenie... nieżyjącego już gen. Marka Papały, komendanta głównego policji.
– To jest grubymi nićmi szyte. Te notatki równie dobrze mogły powstać miesiąc temu. Papała jest wygodnym świadkiem, bo już nic nie powie – mówi wysoki rangą oficer komendy głównej.

Próba samobójcza na pokaz?
  
Nożykiem od golarki gen. Mieczysław K. próbował wczoraj popełnić samobójstwo. Po opatrzeniu ran aresztowany generał wrócił do celi.
Nieoficjalną informację, że Mieczysław K. kilka razy ostrym narzędziem uderzył się po rękach i stopach, podcinając sobie żyły, potwierdził prokurator Piotr Krupiński z Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie, prowadzący śledztwo. Życiu i zdrowiu generała nie zagraża niebezpieczeństwo. Nadal przebywa w tej samej celi, w której został osadzony w piątek ,13 maja.
Jak uważa rzecznik Prokuratury Apelacyjnej, prok.
Włodzimierz Krzywicki, to zdarzenie nie będzie traktowane jako faktyczna próba targnięcia się na życie. Z pierwszych wyjaśnień, które generał złożył służbie więziennej wynika, iż jest przygnębiony z powodu „kampanii medialnej skierowanej przeciwko sobie” i to podał jako przyczynę swojego postępowania.

Generalska kariera Mieczysława K.
  
Mieczysław K. (57 lat) pracę w policji zaczął od Komendy Milicji Obywatelskiej w Katowicach Śródmieściu. Następnie awansował do komendy wojewódzkiej w Częstochowie. W 1990 roku został zastępcą komendanta wojewódzkiego, a cztery lata później szefem częstochowskiego garnizonu. Był to czas przełomu. K. zajmował się m.in. weryfikacją funkcjonariuszy SB. Miał bardzo dobrą opinię wśród współpracowników. Cieszył się charyzmą. Słynął z trzymania podwładnych żelazną ręką. Wielu z nich po prostu się go bało. Potrafił zwolnić z pracy z byle powodu.
Po reformie administracyjnej awansował na stanowisko śląskiego komendanta policji w Katowicach. Pierwszą naradę z komendantami miejskimi rozpoczął od walnięcia pięścią w stół i tubalnego: „Ja wam pokażę, jak się pracuje!”
Ponieważ nie znał swoich nowych podwładnych, sprowadził z Częstochowy zaufane osoby. W mediach mówiono wówczas o „częstochowskim desancie”.
K. wydał walkę korupcji i nieprawidłowościom w policji. Niedługo potem założył pierwszy w kraju wydział do walki z korupcją. Specgliniarze z tego wydziału podbijali śląskie statystyki. Choć złośliwi twierdzili, że zamiast zabrać się za wysokich urzędników, łapali drobnych łapówkarzy, a prawdziwe afery przelatywały im między palcami.
Pomysłem Kluka i ówczesnego wojewody śląskiego Marka Kempskiego były sławetne kwadraty bezpieczeństwa, czyli oczyszczenie centrów miast z agencji towarzyskich i narkomanów. Efekty były marne. Właśnie wtedy zlikwidowano komisariat na katowickim 1000-leciu. Przestępczość w tamtym rejonie znacznie wzrosła. Nasiliły się rozboje, włamania do mieszkań, kradzieże samochodów. Dopiero dzięki gen. Kazimierzowi Szwajcowskiemu postanowiono odtworzyć komisariat.
Mimo wielkich słów, jakie wypowiadał K., sam nie był czysty. Krakowska prokuratura zarzuca mu kontakty z mafią paliwową i sprzedaż gangsterom tajnych informacji. Generał wystawił jak na patelnię policjantów tropiących mafię oraz sprawił, że przestępcy mogli bezkarnie prowadzić swoją działalność. Do dymisji podał się w 2002 roku. Przeszedł na emeryturę. Oficjalna wersja głosi, że zachorował na boreliozę.
Grupa „Częstochowa”
  
Zaraz po objęciu stanowiska komendanta wojewódzkiego policji w Katowicach Mieczysław K. zaczął obsadzać swoimi ludźmi strategiczne stanowiska w śląskim garnizonie. W ciągu kilku tygodniu ściągnął do pracy siedem najbardziej zaufanych osób; w 2000 roku, u szczytu kariery K., na Śląsk – z dawnego województwa częstochowskiego, każdego dnia, przyjeżdżały już dwa pełne autobusy policjantów.
Mieczysław K., który został komendantem po generale Janie Michnie, zmiany zaczął od stanowiska szefa kadr – na tym fotelu umieścił zaufaną Kazimierę Skowerską. W ten sposób miał pełen przegląd personaliów w garnizonie. Całe godziny spędzała ona w gabinecie K., tocząc z nim niekończące się narady. Naczelnikiem Wydziału Transportu zrobił Zbigniewa Jarosa, szefem logistyki Wacława Gabrysia.
To oni kontrolowali całą bazę transportową i odpowiadali za zaopatrzenie w paliwa. Cała trójka pochodziła z dawnego garnizonu częstochowskiego. Skład „ministerstwa transportu” uzupełniała kolejna zaufana spod Jasnej Góry – szefowa Wydziału Ruchu Drogowego Komendy Wojewódzkiej – Mariola Noszczyk-Będkowska. W policji takie stanowisko uchodzi za szczególnie cenne, bo w przypadku przyłapania Bardzo Ważnej Osoby na jeździe pod wpływem alkoholu, zawsze można „coś zaradzić”. Nie ma jednak żadnych dowodów, że takie przypadki miały u nas miejsce. Skład „pierwszej brygady” z Częstochowy uzupełniała zaufana księgowa.
– Do pełni władzy w komendzie nie trzeba było więcej – mówi jeden z policjantów KWP. – Kto ma tutaj władzę nad kadrami i finansami, w praktyce rządzi wszystkim.
Generał K. swoimi ludźmi obsadził też strategiczne komendy powiatowe policji – w Częstochowie, Sosnowcu, Gliwicach i Katowicach. Ich szefami zostali odpowiednio – Tadeusz Kowalik, Marian Strzelecki, Roman Szafraniec i Mirosław Cygan. Co najmniej dwóch z nich od samego początku wykazywało się wyjątkową indolencją, mimo to K. ich premiował i trzymał na stanowiskach.
Ta „pierwsza brygada”, jak nazywano tych ludzi w komendzie wojewódzkiej, zaczęła ściągać do pracy kolejne osoby. Zasada była następująca – w każdym wydziale na poważnym stanowisku musiała być osoba z grupy „Częstochowa”. Jeśli naczelnikiem był ktoś z Katowic, Gliwic czy Sosnowca, to zastępca musiał się już wywodzić z dawnego województwa częstochowskiego. Jeśli ktoś zaczynał mówić głośno o tym zawłaszczeniu komendy, popadał w niełaski.
– Pamiętam, że kiedyś przez godzinę ślęczałem przed drzwiami K. Gdy miałem już do niego wejść, pojawił się jakiś aspirant z Częstochowy i natychmiast wszedł do gabinetu – wspomina jeden z wysokich oficerów KWP.
Według wyliczeń, w szczytowym okresie, na najważniejszych stanowiskach w Komendzie Wojewódzkiej Policji znajdowało się 50 policjantów z dawnego województwa częstochowskiego. Dojeżdżali oni do pracy dwoma współfinansowanymi przez resort autobusami, złośliwie nazywanymi przez tutejszych policjantów „wieśbusami”.
Dzisiaj większość „pierwszej brygady” już nie pracuje na wysokich stanowiskach, albo odeszła na emeryturę. Ze stanowisk systematycznie usuwali ich dwaj następcy K. – Eugeniusz Szczerbak i Kazimierz Szwajcowski.
Przy tak ogromnej grupie zaufanych, którzy zawdzięczali K. stanowiska i awanse, ustalenie osoby czy osób, które mogły wynieść mu dokumenty, będzie niezwykle trudne. Jak powiedział nam jeden z policjantów, jeszcze w 2003 roku generał Mieczysław K. regularnie odwiedzał w komendzie wojewódzkiej „swoich” ludzi.
.

Sąd odsunął Marlenę Kluk
Sędzia Marlena Kluk, córka aresztowanego generała, byłego komendanta śląskiej policji zrezygnowała z prowadzenia sprawy Marcina M., ps. Marcepan, szefa gangu, który zajmował się ściąganiem haraczy i handlem narkotykami. Przestępca, którego sądziła, twierdził, że funkcjonariusze nakłaniali go do składania zeznań obciążających generała K. i potwierdzających jego powiązania z mafią paliwową. Wczoraj częstochowski sąd na specjalnym posiedzeniu przyjął wniosek Marleny Kluk. Uznał, że sędzia mogłaby nie być obiektywna w tym procesie.
– Sąd uznał, że w sytuacji, gdy jej ojciec jest podejrzany o kontakty z mafią paliwową i jest prowadzone w jego sprawie śledztwo, proces Marcina M. powinien prowadzić ktoś inny – informuje Bogusław Zając, rzecznik częstochowskich sądów. – Proces musi więc rozpocząć się od nowa. Tak nakazują przepisy. Przewodnicząca wydziału karnego, w którym pracuje Marlena Kluk. wyznaczy nowego referendarza na początku przyszłego tygodnia – dodaje sędzia Zając.
Mariusz M., ps. Marcepan, szef gangu śląskiego informacje o podstępnych i nielegalnych działaniach, jakie organy ścigania prowadzą przeciwko Mieczysławowi K. przekazał jego córce w ubiegłym roku. Marlena Kluk zawiadomiła o tym prezes Sądu Okręgowego w Częstochowie, która złożyła doniesienie do organów ścigania. Sprawą zajęła się katowicka prokuratura, która umorzyła jednak śledztwo.
– Mariusz M. nie chciał nic powiedzieć. A generał K. posiadał informacje o nakłanianiu do obciążających go zeznań jedynie z drugiej ręki – przypomina Grzegorz Ocieczek, prokurator rejonowy Centrum Zachód w Katowicach.
Wcześniej prokuratura umorzyła postępowanie wszczęte po podobnym doniesieniu złożonym przez innego mafioso z gangu Marcepana – Sylwestra W. Marlena Kluk jest na razie na zwolnieniu chorobowym. Wszystkie rozprawy w tym tygodniu, które sędzia Kluk miała prowadzić, spadały z wokandy.
K. Pachowicz, A. Minorczyk-Cichy, V. Gradek

Podziel się
oceń
1
1

komentarze (8) | dodaj komentarz

sobota, 27 sierpnia 2016

Licznik odwiedzin:  175 147  

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

O mnie

WOJCIECH STEFAN JAROŃ - Jestem autorem książki pt. "Wybrane zagadnienia nadzoru akcyzowego w obrocie przetworami naftowymi" wyd. 2002 - zajmuje się doradztwem techniczno - ekonomicznym. Jestem członkiem Polskiej Izby Paliw Płynnych w Warszawie.

O moim bloogu

Jest to bloog służacy do zbierania wypowiedzi i ujawniania faktów prześladowania prywatnych przedsiebiorców i niszczenia prywatnych firm sektora paliwowego zarówno w dystrybucji, imporcie , produkcji ...

więcej...

Jest to bloog służacy do zbierania wypowiedzi i ujawniania faktów prześladowania prywatnych przedsiebiorców i niszczenia prywatnych firm sektora paliwowego zarówno w dystrybucji, imporcie , produkcji oraz opinie o podłożu nagonki w tym sprawa Sejmowej Komisji Śledczej ds. PKN Orlen Sentencja: summum ius, summa iniuria - najwyższe prawo, największa krzywda; najwyższe prawo może stać się najwyższym bezprawiem

schowaj...

Kategorie

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 175147

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl